W Wielką Sobotę 03.04.2021 odszedł od nas na zawsze Pan Stefan Lipina, kolejny z WIELKICH Bocheńskiego Klubu Sportowego.
1957r. Drużyna piłkarska BKS-u. Stefan Lipina w dolnym rzędzie, w środku.
Świetny piłkarz, jeden z czołowych napastników bocheńskiej drużyny piłki nożnej z lat pięćdziesiątych ub. stulecia. Z drużyną tą uzyskał w 1957 roku historyczny awans do ówczesnej klasy okręgowej, odpowiednika dzisiejszej III ligi. Doskonały technicznie zawodnik, zdobywca wielu bramek dla bocheńskiego zespołu.
90-lecie BKS. Stefan Lipina z prawej, obok Jego Kolega z tamtej drużyny, zmarły w styczniu 2021, Jan Wilk.
Powszechnie lubiany, cichy i skromny człowiek. Były pracownik umysłowy nieistniejącego już Zakładu Naczyń Kamionkowych w Bochni.
Msza Święta żałobna w poniedziałek 12.04.21 o godz. 13.30 w kaplicy przy ul. Orackiej. Spoczywaj w pokoju, Panie Stefanie!
Z wielkim optymizmem w MS BKS rozpoczęto piłkarski sezon 1977/78. Zawodnikom stworzono świetne, jak na tamte czasy, warunki treningowo-bytowe. Trener Jerzy Nosek mający niezłe rozeznanie w potencjale i umiejętnościach zawodników, z którymi przecież jeszcze niedawno sam grywał, próbował stworzyć nową drużynę na zasadach proporcjonalności, w równym stopniu korzystając z piłkarzy obydwu zespołów. Jakiś czas zdawało to egzamin, lecz na dłuższą metę nie dało spodziewanych efektów.
„Hutnik” Bochnia tuż przed połączeniem z BKS-em…
Wyniki osiągane przez zespół były sporym rozczarowaniem dla kierownictwa Klubu, dlatego też po skończonym sezonie rozwiązano umowę z dotychczasowym trenerem i sprowadzono do Klubu nowego szkoleniowca. Został nim były zawodnik „Hutnika” Kraków, Jan Tyrka, pracujący w hutniczym klubie z zespołami młodzieżowymi. Wraz z nim do Bochni przybyli dwaj zawodnicy „Hutnika”, bramkarz Andrzej Sitek oraz napastnik Wojciech Laśkiewicz. Przygotowania do sezonu rozpoczęto dwutygodniowym obozem kondycyjnym w Kamienicy k/Limanowej i takie zgrupowania, poprzedzające każdą rundę rozgrywek odbywały się już cyklicznie aż do sezonu 1981/82, przeważnie w obiektach wczasowych krakowskiego kombinatu metalurgicznego, w Rabie Niżnej, Szczawnicy, czy Kosarzyskach.
Sezon 1978/79. Zimowy obóz kondycyjny w Kr. Na zdjęciu od lewej stoją: Roman Szewczyk, Marian Kurek, Jan Noszkowski, Jan Krupa, Janusz Balicki, Antoni Noszkowski+, trener Jan Tyrka, poniżej Janusz Międzik+, Andrzej Sitek, Wojciech Laśkiewicz.
Miejsce zakwaterowania – Pensjonat „Leśniczówka” Kosarzyska.Od lewej: Antoni Noszkowski+, Józef Zawada, Franciszek Kożuchowicz, Zygmunt Olszewski.
Stworzono optymalne warunki do podjęcia walki o upragnioną w Bochni III ligę. Pierwsza runda nowego sezonu potwierdziła dobrą pracę trenera i drużyny, która tylko w dwóch meczach musiała uznać wyższość przeciwnika. Do drugiej rundy przystąpiono z umiarkowanym optymizmem, wszak poznano już walory najgroźniejszych przeciwników. Były nimi tarnowskie zespoły „Błękitni” i „Tarnovia”, niedawni jeszcze III-ligowcy oraz szerzej wówczas nieznany „Igloopol” Dębica”, będący w początkowej fazie budowania swojej potęgi, zarówno zakładowej, jak i piłkarskiej. Mocno przepracowany okres przygotowawczy i zimowe zgrupowanie w Krościenku n/Dunajcem dawały podstawy do walki o czołową lokatę, jednak „zadyszka” pod koniec rozgrywek i zbyt łatwo stracone kilka punktów dały w efekcie dopiero czwarte miejsce w grupie. Do kolejnego, sezonu 1978/79, drużyna przystąpiła wzmocniona kilkoma kolejnymi, wartościowymi zawodnikami. Najcenniejszym nabytkiem był bez wątpienia rozgrywający Ryszard Zamojdzik, długoletni piłkarz „Cracovii”. Pozyskano również dwóch napastników – z „Wawelu” Kraków Leszka Uniwersała, zaś z II-ligowej „Wisłoki” Dębica Jerzego Cebulę. Dodatkowo, w tym samym czasie, rozbłysnął olbrzymi talent Leszka Kucharskiego, 17-letniego młodzieżowca bocheńskiego Klubu, później czołowego napastnika I-ligowego już wtedy „Igloopolu” Dębica. Na drodze do awansu znów stanęły te same zespoły zespoły – doświadczona „Tarnovia” oraz bogaty, pozyskujący coraz lepszych zawodników „Igloopol”. Sezon 1979/80 był najlepszym pod względem sportowym, w którym uczestniczyłem jako zawodnik. Mimo dwóch porażek w pierwszej rundzie, do samego końca rozgrywek szliśmy w trzy zespoły dosłownie „łeb w łeb”. Po bezbramkowym remisie na stadionie „Tarnovii”, ewentualna wygrana na własnym boisku z „Igloopolem” dawało realną szansę na zajęcie pierwszego miejsca i grę w barażach o III ligę. Mecz ten był sporym wydarzeniem w naszym mieście, a stadion wypełniono do ostatniego miejsca. Pierwsza połowa spotkania dość wyrównana, z szansą na bramkę po strzale Leszka Uniwersała w poprzeczkę. Później było coraz gorzej, a bramki zdobywał już tylko zespół z Dębicy, wygrywając zasłużenie całe spotkanie 3:0. Była to nasza jedyna, ale jakże bolesna, porażka w drugiej rundzie rozgrywek. Okazała się początkiem końca budowanego od kilku lat zespołu… Następny sezon piłkarski 1980/81 toczył się już wg. reguł narzuconych przez zmiany społeczno-polityczne w naszym kraju. Robotnicze protesty nabierały mocy i powoli obejmowały wszystkie sfery życia, nie omijając sportu. Chociaż mogliśmy jeszcze wyjechać na zgrupowanie do Raby Niżnej, to już było wiadomo, że kończy się opieka i „parasol ochronny” ZPH nad bocheńskim Klubem.
Zgrupowanie – Raba Niżna 1980/81…Od lewej: K.Rogoziewicz, R.Zamojdzik+, A.Sitek, Józef Matlęga+, A.Skipioł, R.Szewczyk, A.Kumor, Z Olszewski, NN, NN, J.Zawada, T.Rajca, M.Kurek, kierowca z ZPH, W.Filipek+
Po powrocie z obozu drastycznie zmniejszono zakładowe dotacje, przestano zwalniać zawodników na treningi i pozbyto się trenera Tyrki, korzystającego z zakładowego etatu. Jego miejsce zajął Roman Struzik, nauczyciel WF-u w jednej z bocheńskich szkół podstawowych, były zawodnik II drużyny BKS-u. Trenerski start miał znacznie ułatwiony, bo zespół był dobrze przygotowany do rundy jesiennej przez trenera Tyrkę. Wystarczyło to do zajęcia drugiego miejsca w pierwszej rundzie, z niewielką stratą punktową do liderującej „Unii” Tarnów, kolejnego spadkowicza z III ligi. Przed rundą rewanżową wyjechaliśmy z nowym trenerem na ostatni obóz kondycyjny w zakładowym ośrodku w Rabie Niżnej. Niestety, po powrocie, w rundzie rewanżowej było już tylko gorzej. Pod koniec rundy nastąpiła seria porażek – sześć w siedmiu meczach – skutkująca utratą kontaktu z czołówką tabeli i dość odległym miejscem na koniec sezonu… Sezon 1981/82 przyniósł bardzo duże zmiany. W bocheńskim zespole nastąpiły znaczne ubytki kadrowe. Do USA wyjechał Ryszard Zamojdzik, niedługo potem w jego ślady poszedł Andrzej Sitek. Do Austrii wyemigrowali Władysław Filipek i Leszek Uniwersał, zaś do „Igloopolu” przeszedł Leszek Kucharski. Z gry w bocheńskiej drużynie zrezygnowali także Jerzy Cebula i Józef Zawada – w taki właśnie sposób zakończyła się moja dziewiętnastoletnia przygoda z bocheńską piłką… Tak poważne osłabienie drużyny nie mogło pozostać bez wpływu na wyniki zespołu. Po kilku kolejnych porażkach do dymisji podał się trener Struzik i tym samym pierwszy zespół wrócił do roli IV-ligowego średniaka. Rok później rozwiązała się Rada Patronacka Klubu złożona z miejscowych zakładów pracy, a Klub powrócił do swojej starej nazwy „Bocheński Klub Sportowy”. (jzawada)
Ps. W kolejnym odcinku napiszę o Wojskowym Bocheńskim Klubie Sportowym (WBKS) na podstawie wspomnień znanego, bocheńskiego piłkarza Wojciecha Kujacza… (jz)
W Bocheńskim Klubie Sportowym nigdy się nie „przelewało”…
Początki istnienia klubu można z pewnością uznać za okres bezinteresownej i spontanicznej działalności grupy ludzi, chcących uprawiać sport w sposób choćby minimalnie zorganizowany. Był to rok 1921… Nikogo nie raziły i nikomu nie przeszkadzały siermiężne, wykonywane własnym sumptem ze starych koszul i bielizny namiastki strojów sportowych, a także najzwyklejsze buty, zastępujące nieosiągalne wtedy obuwie piłkarskie. Pierwszym, szumnie i na wyrost nazwanym boiskiem, na którym kopano piłkę, był plac targowy, usytuowany w okolicach dzisiejszego skrzyżowania ulicy Proszowskiej i Partyzantów. Z czasem zaczęto dostrzegać te mankamenty i niedostatki, które powoli i systematycznie korygowano. Przyjęto pierwszą nazwę zespołu – Towarzystwo Sportowe Bochnia, czyli TS Bochnia. Rozgrywano towarzyskie spotkania z zespołami z Bochni i okolic, działającymi na podobnych zasadach.
Ponieważ plac targowy nigdy nie spełniał roli wymarzonego boiska, w 1922 roku założyciele TS Bochnia zwrócili się do władz miejskich z prośbą o wydzierżawienie boiska na Placu Turka. Urząd Miasta już wtedy przyjął ulubioną formę „pomocy” Klubowi (stosowaną na różne sposoby w czasach późniejszych oraz całkiem nam współczesnych)… odmawiając piłkarzom możliwości korzystania z tego Placu. Dopiero po roku, pod wpływem interwencji miejscowych organizacji społecznych i Związku Piłki Nożnej w Krakowie, zezwolono na nieodpłatne korzystanie z Placu Turka, żądając jednocześnie kaucji w wysokości…300 tysięcy złotych na poczet ewentualnych szkód!
1923r. – Piłkarska drużyna TS Bochnia na Placu Turka(„90 lat bocheńskiej piłki nożnej” opr. Marcin Leśniak)W tle charakterystyczny budynek mieszkalny za Urzędem Miasta…
W tym samym 1923 roku wybrano pierwszy Zarząd Klubu TS Bochnia i zgłoszono, już oficjalnie, piłkarską drużynę w najniższej, rozgrywkowej klasie „C”. Już po roku drużyna awansowała do klasy „B”, co wówczas wiązało się z wyjazdami na mecze do Krakowa, Tarnowa czy Nowego Sącza. Ponieważ Klub nie otrzymywał żadnych subwencji, zawodnicy jeździli na mecze pociągami za własne pieniądze, nierzadko ryzykując też jazdę bez biletu! Niewiele lepszy „dobrobyt” finansowy w Bocheńskim Klubie Sportowym trwał i trwa (z małymi wyjątkami), do dnia dzisiejszego. Czasami Klub miał to szczęście, że raz na jakiś czas pozyskiwał hojniejszego sponsora, po czym wszystko wracało do tzw. normy, czyli zwyczajnej biedy… Dlatego też przywiązanie do barw klubowych, lub tzw. patriotyzm lokalny były jedynym czynnikiem wiążącym zawodnika z Klubem, a każda propozycja z innego klubu, lepsza piłkarsko lub finansowo była przeważnie przez niego przyjmowana. Jednym z takich lepszych organizacyjnie i finansowo okresów, w którym osobiście, jako zawodnik, miałem szczęście/przyjemność uczestniczyć, były lata 1974 – 1981. Zaproponowano mi grę w drużynie „Hutnik” Bochnia, która powstała w 1972 roku przy Zakładzie Przetwórstwa Hutniczego (ZPH), wówczas filii krakowskiej Huty im. Lenina. Chociaż o fuzji tych dwóch bocheńskich klubów mówiono już w 1974 roku, to jednak włodarze BKS-u nie podjęli tematu, nie chcąc się „zadawać” z niżej notowanym pod względem sportowym sąsiadem. Jednak upływający czas dość szybko zweryfikował różnice w poziomie sportowym i materialnym obydwu klubów i już pod koniec 1976 roku ówczesny prezes BKS-u p. Ryszard Haber podjął rozmowy z kierownictwem ZPH na temat połączenia tych klubów i z początkiem 1977 roku fuzja stała się faktem. Przy ulicy Parkowej powstał Międzyzakładowy Spółdzielczy Bocheński Klub Sportowy (MS BKS), wspomagany finansowo przez kilka miejscowych zakładów pracy. Wybrano nowy Zarząd Klubu, oparty prawie w całości na znaczących osobach z kierownictwa ZPH, w składzie: Władysław Trzupek – prezes, Zenon Dzidko – wiceprezes, Antoni Noszkowski – sekretarz, Jan Cepak – kier. sekcji p.n., Jan Mazur – kier. drużyny oraz Jerzy Kornecki – skarbnik (poprzedni Zarząd BKS).
Każdy kibic i sympatyk Klubu otrzymywał informator ze składem osobowym Zarządu MS BKS, kadry I zespołu oraz .terminarzem rozgrywek.
Szkoleniowcem pierwszego zespołu został Jerzy Nosek, były długoletni piłkarz BKS-u, który właśnie zakończył czynne uprawianie sportu, grając przez dwa sezony w hutniczym zespole. Zadanie postawione przed zawodnikami i trenerem było jasne i klarowne – zajęcie miejsca premiowanego awansem do III ligi…
Ps. Wkrótce ciąg dalszy historii połączenia BKS-u z „Hutnikiem” Bochnia… (jzawada)
Od ponad dziesięciu lat prowadzę bloga traktującego o historii Bocheńskiego Klubu Sportowego. Tej najdawniejszej, znanej mi z odszukanych publikacji oraz przekazów i wspomnień ludzi, którzy tę historię tworzyli, jak również na podstawie własnych obserwacji i osobistego, blisko pięćdziesięcioletniego uczestnictwa w życiu sportowym naszego miasta i Klubu. Pamiętam wiele zawodów i wydarzeń sportowych w dyscyplinach całkiem już w Bochni zapomnianych, takich jak gimnastyka, kolarstwo, podnoszenie ciężarów, czy też zapasy. Wiem, że żyją i funkcjonują wśród nas ludzie uprawiający niegdyś wspomniane dyscypliny sportu – prawdziwi świadkowie tamtych czasów. Do niektórych z Nich udało mi się dotrzeć, z niektórymi byłem wstępnie umówiony… niestety, pandemia pokrzyżowała moje plany. Mimo tego staram się uzupełniać na bieżąco moje wpisy wtedy, gdy uda mi się pozyskać, lub po prostu przypomnieć choćby jakieś nazwisko, lub wydarzenie. Właśnie udało mi się „rozszyfrować” nazwiska zawodników pierwszej drużyny BKS-u z dwóch zdjęć – z roku 1947 oraz początku lat pięćdziesiątych ub. wieku.
20.X.1947r. BKS Bochnia – od lewej Kinczel, Kopacz, Mazur, Zdebski, Woronkowicz, Maj, Krakowski, Durbas, Krawczyk, Sołtys, Mastaj III.Rok 1950/51 – BKS Bochnia. Od lewej: trener Stanisław Adamczyk, Władysław Kinczel, Eryk Piesiur, Kazimierz Samoder, Wilhelm Wilk, Roman Turkiewicz, NN, poniżej: Józef Krakowski, Eugeniusz Lupa, Jerzy Kulik, Kazimierz Krakowski, Władysław Kurpiel.
Pisanie o historii sportu w naszym mieście jest dla mnie – i jest to oczywistością – działalnością ‚non profit’. Przy pomocy bloga i przekazu internetowego mogę na bieżąco przypominać historię mojego Klubu i ludzi, dzięki którym przeżyłem wspaniałą przygodę. Spotykam się, w większości, z życzliwym przyjęciem całkiem licznego grona Czytelników mojego bloga – za co serdecznie dziękuję – chociaż zdarza mi się czasem usłyszeć, że o tej, czy innej dyscyplinie za mało, lub wcale nie napisałem, że nie piszę o tym, czy innym byłym zawodniku. Cóż mogę odpowiedzieć na takie zarzuty? Udostępnijcie (o co ciągle proszę!) jakieś materiały, to napiszę, lub… spróbujcie sami pisać, to przecież takie proste… Ze swej strony służę pomocą, obiecuję.
Obiecuję również, że nikomu nie zwrócę uwagi w tak „wyszukany” sposób, jak zrobił to prof. nadzw. dr. hab. inż. (jeśli opuściłem coś, to serdecznie przepraszam!) Jan Krupa, wnuk ikony bocheńskiego sportu, doktora Władysława Krupy. Otóż Szanowny Pan Profesor w dość specyficzny sposób podziękował mi za wspomnienia o Jego zasłużonym dla Bochni Dziadku, wytykając „literówkę” w nazwie wspomnianej przeze mnie słynnej, krakowskiej uczelni.
Szanowny Panie, Informuję, że we fragmencie tekstu, cytuję: „Dr. Władysław Krupa (1899 – 1968)Krakowianin z urodzenia, bochnianin z wyboru… Sportowiec, lekarz pulmonolog, działacz społeczny. W latach 1918 – 1926 studiował na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagielońskiego, umiejętnie godząc naukę z wyczynowym uprawianiem sportu w TS „Wisła” Kraków”,zakradł się błąd w pisowni Uniwersytet Jagielloński.Jan Krupa – wnuk Władysława
Przez ten straszliwy błąd już nikt nie będzie wiedział, jakąż to zacną uczelnię skończył dr. nauk med. Władysław Krupa. Tłukę się w pierś ze wstydem… mea culpa, mea maxima culpa…
A tymczasem… karawana jedzie dalej… Już wkrótce kolejny odcinek wspomnień o sportowcach i działaczach Bocheńskiego Klubu Sportowego. (jzawada)
Ostatnią z przedstawianych formacji zespołów piłkarskich naszego Klubu z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku są napastnicy. W opisywanym przeze mnie okresie Bocheński Klub Sportowy reprezentowała dość liczna grupa utalentowanych zawodników, w zdecydowanej większości wychowanków Klubu.
BKS 1965 – od lewej: Zbigniew Sikorski, Grzegorz Jonak, Alojzy Jaroszewski, (-)Guczalski, (-)Książek, Jerzy Nosek, Andrzej Dyl, Józef Ślizowski, Ryszard Migda, Janusz Nowak
Jak powszechnie wiadomo, głównym zadaniem napastników było (i jest) zdobywanie bramek, więc do tej formacji dobierano zawodników posiadających odpowiednie walory piłkarskie, które upoważniały ich do gry najbliżej bramki przeciwnika. Tak więc dwójka skrzydłowych, oprócz techniki i szybkości, musiała również posiadać umiejętności dryblingu, zaś środkowy napastnik przeważnie przyzwoite warunki fizyczne i dobrą grę głową. Ówczesny sposób gry napastników, bez względu na zajmowaną pozycję, charakteryzował się bardzo dużym indywidualizmem poszczególnych zawodników, którzy często i za wszelką cenę chcieli swoje akcje finalizować samodzielnie, nie bacząc na lepiej ustawionych partnerów. Przypominało to trochę powrót do historycznych początków futbolu i „systemu” 1-0-0-10, gdzie każdy z dziesięciu zawodników w polu czuł się „właścicielem” piłki i pędził z nią sam w stronę bramki przeciwnika.
Z lewej Józef Ślizowski, obok Jan Mastaj, grający trener BKS-u...
Bocheński zespół posiadał wtedy takich wspaniałych dryblerów jak Józef Ślizowski i Rudolf Skipioł, którzy dysponując wszystkimi potrzebnymi umiejętnościami, czasami w nadmiarze korzystali z zamiłowania do samego „wkręcania w glebę” obrońców przeciwnika. W efekcie, zwlekając z oddaniem strzału, zmęczeni samym „kiwaniem” dość często tracili piłkę, zaś w kolejnej akcji… zaczynali zabawę od początku…
Oczywiście, zdobywali również wiele bramek, a grając w tak widowiskowy sposób, byli ulubieńcami publiczności. Starsi kibice w anegdotach opowiadali, że niejednokrotnie, któryś z Nich po wymanewrowaniu całej obrony dopóty nie uderzał na bramkę, dopóki nie ograł jeszcze bramkarza…
Od lewej: Stanisław Broszkiewicz, Henryk Widełka, Kazimierz Samoder, Stefan Lipina
Skrzydłowymi byli również: nieustępliwy, twardo grający Kazimierz Samoder, dobry technicznie i bardzo szybki Stanisław Broszkiewicz, zaś w późniejszym okresie, posiadający podobne parametry umiejętności oraz wrodzonej szybkości Ryszard Reguła i Ryszard Migda.
Środkowi napastnicy, wśród których do wyróżniających się zawodników należał niezbyt wysoki jak na tę pozycję, za to z niesamowitym wyczuciem miejsca i sytuacji strzeleckich, bramkostrzelny Henryk Widełka, byli wspierani w akcjach ofensywnych przez świetnie wyszkolonych pod każdym względem łączników, takich jak Jan Mastaj i Tadeusz Ropek oraz pomocników, Stefana Lipinę i Eryka Piesiura. Ich późniejszymi następcami w ataku byli zawodnicy, z którymi przez pewien czas miałem satysfakcję grać w jednej drużynie. Byli to Włodzimierz Reguła, bardzo szybki i skoczny zawodnik, Janusz Nowak, silny, ambitnie i ostro grający napastnik oraz Jerzy Nosek, posiadający potężne uderzenie z prawej nogi, kapitalnie grający głową
Jednak największe wrażenie w tamtym czasie zrobił na mnie (i chyba nie tylko!) Andrzej Dyl, zawodnik III-ligowej wówczas „Korony” Kraków, odbywający zasadniczą służbę wojskową w bocheńskiej jednostce. Posiadał on wszystkie walory cechujące dobrego, środkowego napastnika i potrafił je świetnie wykorzystywać na boisku, będąc przez dwa sezony najskuteczniejszym strzelcem bocheńskiego zespołu. Ponieważ BKS przez kilka lat miał możliwość pozyskiwania żołnierzy-sportowców powołanych do służby wojskowej w naszym mieście, dlatego też w zespole pojawiło się w tym czasie kilku całkiem niezłych zawodników (m.in. Guczalski, Książek), wzmacniając tym samym konkurencję i poziom sportowy drużyny. (jzawada)
Ps. O kolejnym, ale w innym już czasie, mariażu sportowym naszego Klubu z bocheńską Jednostką Wojskową, już niedługo… (jz)
Po bramkarzach i obrońcach przyszedł czas na pomocników i napastników Bocheńskiego Klubu Sportowego z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego już wieku. Była to dość liczna grupa piłkarzy, którzy, tak jak poprzednio opisywani, byli zawodnikami naszego Klubu w bardzo podobnym okresie czasu. W dwóch kolejnych odcinkach postaram się przedstawić sylwetki zawodników tych formacji. Przedtem krótkie wprowadzenie na temat ówczesnego systemu gry w piłkę nożną.
Po rewolucyjnej, jak na owe czasy, modyfikacji systemu gry wymyślonego przez angielskiego menadżera piłkarskiego Herberta Chapmana i nazwanego „WM”, w ustawieniu boiskowym przedstawiało się to w następujący sposób: w górnych i dolnych częściach każdej z tych liter „umiejscowiono” piłkarzy, co, czytane kolejno od góry, do dołu dawało ustawienie 3-2-2-3, czyli trzech obrońców (graficznie góra litery „W”), dwóch pomocników (dół litery „W”), dwóch cofniętych napastników-łączników (góra „M”) oraz trzech napastników (dół „M”), czyli środkowy i dwóch skrzydłowych. Biorąc pod uwagę sztywno obowiązującą wtedy numerację zawodników, wyglądało to tak: „2,3,4” obrońcy, „5,6” pomocnicy, „8,10” łącznicy, „7,9,11” napastnicy. W praktyce, zwłaszcza w niższych klasach, różnie to wyglądało – łącznicy tylko „łączyli” pomoc z atakiem, będąc de facto ofensywnie nastawionymi grajkami, niezbyt ochoczo wspierającymi linie obronne zespołu. W rezultacie, klasyczna dwójka pomocników była najciężej harującą formacją drużyny.
W strojach meczowych zespół rezerw BKS-u, w „cywilu” zawodnicy pierwszej drużyny. Od prawej Tadeusz Martyka, Jan Szlachetko, Aleksander Wnęk, pierwszy z lewej Włodzimierz Reguła, obok Jerzy Olesiński. U dołu, z lewej strony, Zbigniew Karski.
Do tej formacji dobierano zawodników więcej niż przyzwoicie wyszkolonych technicznie, silnych fizycznie i, co najważniejsze, posiadających tzw. żelazne płuca, ponieważ mieli oni do „obrobienia” zdecydowanie największą – w stosunku do innych formacji – część boiska. Spośród tych rozpoznanych przeze mnie na zdjęciach piłkarzy BKS-u, wielu z Nich udało mi się przypisać do wzmiankowanych pozycji.
Pierwszy z lewej Jerzy Świerczek, w środku Jerzy Olesiński…
Etatowym wręcz zawodnikiem tej formacji był łącznik Jerzy Świerczek. Dobrze wyszkolony technicznie, w drużynie pełnił rolę kreatora większości ofensywnych poczynań zespołu, zasilając napastników celnymi podaniami. Często wspomagali Go Tadeusz Martyka, czy Stefan Lipina.
W środku Jan Szlachetko…
Jednym z najlepszych pomocników defensywnych w historii Klubu był, bez wątpienia, Jan Szlachetko. Świetnie „czytający” grę, skuteczny w grze głową, wręcz nie do przejścia w pojedynkach „1 na 1”.
Dwaj Ślązacy w BKS-ie – pierwszy z prawej Paweł Porwol, pierwszy z lewej Eryk Piesiur…
Do tych, z gatunku niezastąpionych w drużynie, należeli Paweł Porwol oraz Eryk Piesiur, dwaj Ślązacy, pozyskani przez Klub w połowie lat pięćdziesiątych. Pierwszy z Nich był twardo grającym zawodnikiem, o dużej wydolności organizmu i nieustępliwości w bezpośrednich starciach z przeciwnikiem. O Eryku Piesiurze, niekwestionowanym, wieloletnim liderze piłkarskiej drużyny BKS-u pisałem już w części dziewiątej tych wspomnień.W pomocy grywali czasami, w zależności od potrzeb, nominalni obrońcy bocheńskiej drużyny Jerzy Olesiński i Marian Starzyk oraz pomocnik zespołu rezerw Zbigniew Karski, którzy również w tej roli spisywali się bez zarzutu… (jzawada)
Dopiero wtedy, gdy poznamy historię gry zwanej piłką nożną i jej systemy stosowane od zarania dziejów, możemy zauważyć, w jak niesamowity sposób ewoluowała ta dyscyplina sportu. Czy można sobie dzisiaj wyobrazić np. „system” 1-0-0-10, gdzie „1” to oczywiście bramkarz, a reszta to sami napastnicy??? Tak to na początku – druga połowa dziewiętnastego wieku – wyglądało. Potem zaczęto wprowadzać konkretne przepisy obowiązujące grających i stopniowo, ale bardzo oszczędnie wprowadzano nowe formacje w piłkarskich zespołach. Najpierw dodano pozycję pomocnika 1-0-1-9, później wymyślono pozycję obrońcy (również jednego) i powstał system 1-1-1-8. Te „przeróbki” trwały nadal, bo wymyślano kolejne przepisy – np. „spalonego”. Nie było go, gdy bliżej bramki znajdowało się minimum trzech zawodników drużyny broniącej. To spowodowało powstanie systemu 1-2-3-5, który obowiązywał do 1925 roku. Wtedy też, ze względu na to, iż padało zbyt dużo bramek, Anglicy wymyślili tzw. system WM, z trzema obrońcami 1-3-2-5. Po modyfikacjach na 1-3-2-2-3 obowiązywał on (teoretycznie) przez 25 lat, choć w Polsce, zwłaszcza w niższych klasach rozgrywkowych, trwał do początku lat sześćdziesiątych! Dopiero później ruszyła lawina różnych kombinacji systemów gry, poczynając od słynnego włoskiego „murowania” bramki, czyli „catenaccio”…
BKS 1955r. – u góry od lewej Grzegorz Jonak, Roman Turkiewicz, Jan Szlachetko, Alojzy Jaroszewski, Aleksander Wnęk, poniżej od lewej Marian Starzyk, Józef Ślizowski, Marian Rataj, Jerzy Olesiński, Włodzimierz Reguła, Adam Łakoma.
To, może trochę przydługie wprowadzenie, potrzebne było do przedstawienia kolejnej, po bramkarzach, grupy zawodników naszego Klubu, broniących dostępu do bramki BKS-u. Tutaj również przypomnę zawodników, których tylko oglądałem z trybuny stadionu oraz tych, z którymi grałem. Właśnie w takim jeszcze systemie (1-3-2-5) stawiałem pierwsze kroki w mojej przygodzie z piłką… W tamtym systemie gry zawodnicy byli niejako przypisani do konkretnych pozycji, bez możliwości jakichkolwiek roszad. Dobierani pod względem odpowiednich warunków fizycznych i predyspozycji. Przykładowo: lewy obrońca (jak i lewoskrzydłowy) musiał być zawodnikiem dobrze grającym lewą nogą, zaś środkowy, czyli stoper, prócz solidnego wzrostu i wagi musiał nie tylko umieć mocno i daleko kopnąć piłkę, ale i dobrze grać głową… i z głową! To on przeważnie dyrygował zespołem i jako jedyny z obrońców mógł podejść pod bramkę przeciwnika przy rzucie rożnym. Pozostali obrońcy praktycznie nie opuszczali swojej połowy boiska. Zadaniem obrońców, oczywiście poza zabezpieczeniem dostępu do własnej bramki, było jak najszybsze, często z pominięciem linii pomocy, dostarczenie piłki piątce napastników. Linię obrony w tamtym okresie tworzyli wychowankowie BKS-u i sporadycznie zawodnicy pozyskani z pobliskich, niewielkich klubów. Do podstawowych zawodników formacji obronnych z lat pięćdziesiątych należy zaliczyć Józefa Krakowskiego, Zbigniewa Sikorskiego, Romana Turkiewicza, Alojzego Jaroszewskiego, Mariana Starzyka, Wiesława Żabczyńskiego, Adama Łakomę, Jerzego Olesińskiego, Wiesława Biernata.
BKS Ib 1959r. – drugi od prawej stoi Stefan Kruczek, poniżej pierwszy od prawej Aleksander Wnęk, trzeci Marian Struzik.
Nie należy również zapominać o ich zmiennikach z zespołu rezerw, którymi byli Aleksander Wnęk, Stefan Kruczek, czy też Marian Struzik.
Pierwszy z lewej Roman Turkiewicz, czwarty Józef Krakowski, piąty Alojzy Jaroszewski.
Wszystkich mogłem wielokrotnie oglądać w akcjach meczowych, z gry wielu z Nich brałem przykład. Józef Krakowski imponował niesamowitą wprost walecznością i poświęceniem. Dla Niego, jak i dla Wiesława Żabczyńskiego nie było straconych piłek. Marian Starzyk świetnie grał głową, w powietrznych pojedynkach nie miał sobie równych.
Od lewej Wiesław Żabczyński, Alojzy Jaroszewski, Marian Starzyk, Zbigniew Sikorski, Marian Biernat, Józef Krakowski
Stoperzy, Zbigniew Sikorski i Roman Turkiewicz oprócz świetnych warunków fizycznych wyróżniali się wyszkoleniem technicznym, elegancją i wielkim spokojem w grze, zaś Jerzy Olesiński grywał także w pomocy. Był szybkim i skocznym zawodnikiem, grającym bardzo twardo. Był również niezawodnym egzekutorem rzutów karnych.
BKS 1957 – pierwszy z lewej Zbigniew Sikorski, trzeci Wiesław Żabczyński, czwarty Alojzy Jaroszewski, szósty Jerzy Olesiński.
Alojzego „Miśka” Jaroszewskiego cechowała olbrzymia waleczność i twardość w grze. Potężnie zbudowany boczny obrońca nie patyczkował się z próbującymi Go minąć skrzydłowymi – ich rajdy przeważnie kończyły się „fruwaniem” nad bieżnią… Wówczas nie było jeszcze „kartkowania”, więc powtarzalność podobnych fauli nie skutkowała usunięciem z boiska. Sama gra, choć nie tak szybka jak obecnie, wcale nie była mniej widowiskowa! Wręcz przeciwnie – ofensywna gra pięcioma napastnikami przynosiła efekty w postaci dużej ilości zdobywanych bramek! (jzawada)
W ubiegły czwartek, 14.01.20 odszedł na zawsze Jan Wilk, były zawodnik Bocheńskiego Klubu Sportowego.
1955r. BKS Bochnia. Drugi od prawej stoi Jan Wilk…
Swoją przygodę z piłką rozpoczął w „Olimpii” Bochnia. Po połączeniu pod jednym szyldem w 1947 roku bocheńskich, piłkarskich klubów, reprezentował barwy BKS-u przez prawie dziesięć lat. Kolejnym etapem w jego sportowym życiu była całkiem udana kariera sędziego piłki nożnej. Rozpoczął ją, za namową swojego starszego kolegi klubowego Stanisława Mastaja, wówczas jednego z najlepszych arbitrów piłkarskich w Polsce. Był jego, a w późniejszym czasie również Mariana Biernata asystentem na meczach najwyższego szczebla rozgrywek piłkarskich w naszym kraju. Samodzielnie prowadził spotkania ówczesnej ligi okręgowej, czyli dzisiejszej III ligi.
Jan Wilk (z lewej) na uroczystościach z okazji 90 lat BKS-u.
Był miłym, bezpośrednim człowiekiem o wysokiej kulturze osobistej i etyce zawodowej. Prywatnie, jako mistrz krawiecki prowadził zakład krawiecki w Bochni, przy ulicy Tadeusza Kościuszki.
Msza Św. pogrzebowa odbędzie się w piątek o godz. 11.00 w Bazylice Św. Mikołaja w Bochni.Spoczywaj w pokoju Panie Janie… (jz)
Po przypomnieniu tych „trochę” starszych bramkarzy Bocheńskiego Klubu Sportowego przyszedł czas na przedstawienie tych, z którymi miałem osobistą przyjemność grać i trenować w naszym Klubie. Byli to w większości wychowankowie klubu, którzy wspólnie, z zespołem, przeszli całą drogę piłkarskiej edukacji, poczynając od najmłodszych trampkarzy, aż do gry w pierwszej drużynie BKS-u. Należeli do nich: Andrzej Krakowiak, Maciej Pacuła, Janusz Międzik, Józef Filipek. Tymi, którzy zasilili nasz zespół przychodząc z innych klubów byli Marian Bugajski („Strażak” Chodenice) oraz Andrzej Sitek („Hutnik” Kraków). Na posiadanych przeze mnie zdjęciach niektórzy z nich byli jeszcze juniorami, inni już „tylko” oldbojami BKS-u…
1966r. – Zespół juniorów starszych BKS-u. Drugi od prawej Andrzej Krakowiak…
Andrzej Krakowiak był bardzo sprawnym i dobrym technicznie bramkarzem. Silny fizycznie, nie bojący się twardej gry na przedpolu. Niestety, po jednym sezonie w seniorach, z przyczyn rodzinnych zrezygnował z gry. Jako ciekawostkę można dodać to, że Jego następcą w pierwszej drużynie Klubu został… stojący po prawej (zdjęcie powyżej) Maciej Pacuła, wtedy jeszcze bramkostrzelny, środkowy napastnik juniorskiego zespołu.
1971r. – Seniorzy BKS-u na bocheńskim stadionie… Pierwszy z lewej Maciej Pacuła…
Maciek Pacuła był jednym z najlepszych bramkarzy z którymi grałem w naszym Klubie. Niezbyt wysoki, jak na bramkarza, dysponował za to szybkością, dużą skocznością i wyczuciem dystansu. Kibice z wielką przyjemnością oglądali i oklaskiwali Jego powietrzne parady. W BKS-ie grał kilka lat, w połowie lat siedemdziesiątych wyjechał z Polski do USA, gdzie mieszka do dzisiaj.
1979r. – zespół oldbojów BKS-u przed meczem z „Garbarnią” Kraków – w ciemnym swetrze Marian Bugajski…
Marian Bugajski posiadał bardzo dobre warunki fizyczne. Imponował wyszkoleniem technicznym, ogólną sprawnością, dobrą grą nogami i dużym spokojem w grze. Przez kilka sezonów był mocnym punktem zespołu. W jego ślady poszło dwóch synów (Darek i Tomek), broniąc w późniejszych latach barw bocheńskiego zespołu.
1974r. – Drużyna BKS-u przed towarzyskim meczem w Delitsch (NRD). Czwarty od lewej stoi Janusz Międzik...
Do wyróżniających się bramkarzy naszego Klubu trzeba z pewnością zaliczyć Janusza Międzika. Wszechstronnie wyszkolony, bardzo dobry technicznie, posiadał wszystkie niezbędne atuty, które powinny cechować dobrego bramkarza. Przez dwa lata podstawowy golkiper BKS-u, później, po fuzji z „Hutnikiem” rywalizował o miejsce w drużynie z Andrzejem Sitkiem. W 1981 jeden sezon w „Jadowniczance” Jadowniki. Po zakończeniu wyczynowego uprawiania sportu zatrudniony jako gospodarz obiektów sportowych bocheńskiego Klubu. W wolnych chwilach pomagał w wyszukiwaniu i szkoleniu bramkarskiej młodzieży BKS-u. Jednym z Jego wychowanków był Marek Pączek, późniejszy bramkarz m.in. „Cracovii”.
1977r. – drużyna BKS-u na zgrupowaniu zimowym w Kosarzyskach k/Piwnicznej. Pierwszy od lewej leży Janusz Międzik, obok Andrzej Sitek..
Po połączeniu w 1977 roku bocheńskich IV-ligowych klubów „Hutnika” Bochnia z Bocheńskim Klubem Sportowym, nasz Klub został niejako filią krakowskiego „Hutnika”. Na tej podstawie mógł korzystać z zawodników i obiektów treningowych hutniczego klubu. Wtedy też, nasz zespół zasiliło kilku zawodników z ligową przeszłością w „Hutniku” Kraków. Jednym z Nich był bramkarz Andrzej Sitek. Do BKS-u przyszedł jako zawodnik świetnie wyszkolony i przygotowany do gry przez ówczesnych szkoleniowców krakowskiego ligowca. Przez blisko cztery lata, aż do końca sezonu 1980/81 był pierwszym bramkarzem naszego zespołu. Po zakończeniu rozgrywek wyjechał „za chlebem” do USA, gdzie przez jakiś był zawodnikiem polonijnego klubu piłkarskiego. (jzawada)
Przedstawiając kolejną grupę byłych zawodników-bramkarzy BKS-u, z racji posiadania dość skromnych materiałów faktograficznych, w niektórych przypadkach mogę jedynie podać znane mi nazwiska. Byli to Jerzy Kulik, Wacław Gryglaszewski oraz Jerzy Steckiw, późniejszy znany i ceniony trener wielu polskich, ligowych zespołów piłkarskich. W pozostałych opisach posiłkuję się osobistymi wspomnieniami i moimi, subiektywnymi ocenami.
Do nich z pewnością należał Grzegorz Jonak (1943-2005), którego największymi atutami były: skoczność, świetna gra na przedpolu i pewny chwyt. Był zdecydowanie jednym z najlepszych bramkarzy w historii naszego Klubu.
Drużyna BKS-u przed spotkaniem na bocheńskim stadionie…(drugi z lewej Grzegorz „Grzela” Jonak)
Do wyróżniających się piłkarzy należeli również broniący nadzwyczaj widowiskowo, efektownie Józef Blok oraz świetnie wyszkolony technicznie, imponujący spokojem w najbardziej gorących sytuacjach Michał Kaczorowski . Niektórzy, tak jak opisywany wcześniej Marian Biernat, równie dobrze radzili sobie na tej pozycji w zespołach piłki ręcznej. Każdy z wymienionych wyróżniał się dużą sprawnością fizyczną oraz niezłym, jak na owe czasy, wyszkoleniem technicznym. I choć żaden z nich nie dysponował specjalnie wysokim, jak na bramkarza przystało wzrostem, braki te nadrabiali wyskokiem, zwinnością i ofiarnością w grze.
BKS – I zespół (drugi od lewej Michał Kaczorowski)
Jak wiadomo, każdy zawodnik występujący na tej pozycji musi się zmierzyć w czasie meczu z wieloma – oprócz przeciwnika – niedogodnościami, zwłaszcza przy niesprzyjających warunkach pogodowych. Biorąc pod uwagę, iż w niższych klasach rozgrywkowych większość boisk, na których nasi piłkarze toczyli boje, w dużym stopniu pozbawiona była trawy, to w czasie opadów deszczu plac gry zamieniał się w grzęzawisko, poprzetykane potężnymi kałużami. Łatwo więc sobie wyobrazić wygląd i samopoczucie bramkarza, zmuszonego w ciągu meczu do wielu interwencji w takiej wodnisto-błotnej mazi! Sprzęt zawodników, tj. koszulki, spodenki, getry, buty, wytwarzane wtedy były z materiałów naturalnych, a więc błyskawicznie nasiąkających wodą. Stanowiło to niebagatelne dociążenie każdego zawodnika. Jeszcze gorzej, zwłaszcza w okresie chłodów wiosennych, czy też jesienno-zimowych, miał bramkarz – przeważnie ubrany w gruby, wełniany sweter i czasami obszerne, dresowe spodnie.
BKS – bramkarz Marian Biernat drugi od prawej…
Namoczone i ubłocone „ubranko” mogło odebrać całkowicie ochotę do zabawy… Grało się skórzaną piłką, po kilkunastu minutach gry w takich warunkach wydawało się, że waży ona dobre kilka kilogramów! Doprawdy, ciarki mnie jeszcze teraz przechodzą, gdy przypomnę sobie chwile, kiedy trzeba było czymś takim główkować, zwłaszcza po 50-60 metrowym wykopie golkipera…. I nie było, że boli! Wówczas bramkarze tylko w taki sposób wprowadzali piłkę do gry, toteż jako obrońcy, zdarzało mi się niekiedy po spotkaniu schodzić z boiska solidnie zamroczony. Ale jakoś udało się przeżyć… i jeszcze wiele lat trzeba było czekać, aby materiały używane do produkcji podstawowego wyposażenia piłkarza zapewniały pełny i nieporównywalny z tamtym sprzętem komfort jego użytkowania. Dlatego też trzeba docenić poświęcenie i hart ducha ówczesnych zawodników z numerem jeden na koszulce, nie zważających na wszelkie przeciwności bramkarskiego losu… (jzawada)
Ps. W przyszłym tygodniu sylwetki bramkarzy BKS-u z lat 1968 – 1980… (jz)