
Zdrowia i pomyślności dla bocheńskich sportowców, a także lepszych czasów dla mojego, Bocheńskiego Klubu Sportowego! (jz) bksoldboy

Zdrowia i pomyślności dla bocheńskich sportowców, a także lepszych czasów dla mojego, Bocheńskiego Klubu Sportowego! (jz) bksoldboy
Poruszając jakiekolwiek drażliwe społecznie tematy, trzeba zdawać sobie sprawę nie tylko z odpowiedzialności za słowa, ale także z konsekwencji jakie się z tego tytułu ponosi. Zarówno w wymiarze prawnym, jak i – nazwijmy go – towarzyskim. Doświadczam tego co jakiś czas i na różne sposoby, czy to poprzez straszenie mnie listem adwokackim, czy też „koleżeńskimi” ostrzeżeniami typu „uważaj, bo bardzo skrupulatnie czytam te twoje wpisy…”! Cóż mogę Wam na to odpowiedzieć? Jedynie to, że dzięki moim wpisom na blogu możecie cośkolwiek dowiedzieć się o Klubie, lub poszerzyć swoją skromną wiedzę o Nim – mówię to zupełnie szczerze i bez zbytniej złośliwości.
Ale wracajmy do tematów poruszonych w poprzednich dwóch odcinkach… Porównując zrobione w odstępie zaledwie dwóch tygodni zdjęcia tego samego terenu zapytam, czy jest on aktualnie objęty pracami związanymi z budową zapowiadanego od blisko pięciu lat kompleksu rekreacyjno-sportowego, czy też zaoranym i wybronowanym polem pod uprawy rolne??? No, jak myślicie? Terenem własności UM w Bochni ponoć „zaklepanym” pod tę inwestycję, czy wydzierżawionym na kilka lat przez jakiegoś rolnika??? Czy może testem wiarygodności i skuteczności działania działaczy poprzedniego i częściowo obecnego Zarządu Klubu? Wydaje mi się, że są to pytania retoryczne…

Pytajmy dalej… Czy nie odbyło się utajnione spotkanie przedstawiciela poprzedniego Zarządu Klubu z członkami Rady naszego pięknego grodu w sprawie odsprzedaży deweloperom terenów, na których znajduje się miejski stadion sportowy? Czy ktoś to autorytatywnie zaneguje? Zaprzeczy, że nie było takiego spotkania? I że nie chodzi mi tutaj o to, iż na owym spotkaniu ostatecznie nie doszło do porozumienia w tej sprawie, tylko że z taką handlową propozycją wystąpił ówczesny członek Zarządu BKS-u???
Kolejnymi punktami programu tamtego Zarządu była „poprawa wizerunku Klubu” oraz „wprowadzenie Klubu na wyższy poziom sportowy”… Powstaje pytanie, czy miało się to dokonać poprzez ściągnięcie do Klubu kilku (pięciu?) zawodników z różnych egzotycznych zakątków świata, m.in. z Brazylii i Pakistanu? Bo komuś zamarzyła się znów trzecia liga? Kiedy zapytałem jednego z działaczy, dlaczego nie wprowadzają do pierwszego zespołu własnych wychowanków, czyli juniorów, usłyszałem: -” ale którego? … żaden się nie nadaje!…”. Czyżby tak szybko zapomniano o kolejnym haśle programowym pt. „gotowy plan szkolenia dzieci i młodzieży, który gwarantuje odpowiedni poziom i… produkcję dobrych piłkarzy”? Chciałbym wiedzieć ile „tego” naprodukowano i dlaczego efektem tej produkcji był spadek obydwu zespołów juniorów do lokalnych, „buraczanych lig”??? Że w tym samym kierunku podążył zespół seniorów? O jakim szkoleniu dzieci była mowa? Pod hasłem „dzieci” rozumiem grupy naborowe, a już później, wyłonione z tych najbardziej utalentowanych dzieciaków drużyny trampkarskie, będące naturalnym zapleczem zespołów juniorskich, zaś w kolejnym etapie szkolenia przechodzących do pierwszego zespołu seniorów. Ale żeby tak się to wszystko „kręciło”, powinien być spełniony ten jeden, podstawowy warunek – trampkarze MUSZĄ wrócić do macierzy, czyli do Bocheńskiego Klubu Sportowego. Nigdy, ale to nigdy, w stuletniej historii BKS-u nie było tak okaleczonej sekcji piłkarskiej Klubu, jak za czasów panoszenia się na Parkowej, nieustannie hołubionego przez władze miejskie, MOSiR-u! Dość tego żerowania i czerpania zysków z handlu trampkarzami, szkolonymi tam, przykro mi to mówić, przez trenerów, będących niegdyś czołowymi piłkarzami BKS-u! Chyba również nikomu nie muszę tłumaczyć, jak ułomnym tworem jest klub, w którym nie jest zachowana ciągłość sportowego szkolenia. Jak młody piłkarz może czuć jakąkolwiek więź z Klubem, z którym sportowo, a co dopiero emocjonalnie, nic go nie łączy??? Wreszcie, jak długo jeszcze można pozwalać na to, by trampkarze byli szkoleni w bocheńskim Mosirze, za pieniądze bocheńskiego podatnika dla obcych klubów??? Czy to normalne, że np. w tym roku ANI JEDEN z kończących okres szkolenia trampkarskiego w Mosirze nie zasilił drużyny juniorów BKS-u? Że szkoli się ich tam i sprzedaje do „Puszczy” Niepołomice, oraz kilku krakowskich klubów? Odzyskanie tej piłkarskiej młodzieży dla Naszego Klubu powinno być jednym z priorytetowych działań nowego Prezesa BKS-u i Jego współpracowników. Jestem pełen nadziei, że uda im się tego dokonać, bo pokazują, że można skutecznie działać!

Wreszcie kolejna, nieustająco podnoszona przeze mnie sprawa dotycząca zdewastowanego przez bezkarną samowolę szefowej MOSiR-u, jedynego w mieście boiska piłkarskiego. Przy braku jakiejkolwiek reakcji na tę samowolę zarówno burmistrza Bochni, jak i odpowiadających za prawidłowe wykonanie zadania odpowiednich służb kontrolnych, m.in. nadzoru budowlanego.
Ale o tym i paru jeszcze innych sprawach napiszę wkrótce… (jz)
Ps. Kiedy w 2010 roku założyłem sportowego bloga o nazwie „BKS Oldboys” przyświecał mi jeden, główny cel – nie pozwolić, by pamięć o Bocheńskim Klubie Sportowym i ludziach, którzy tworzyli Jego historię odchodziła w zapomnienie. By wspominanie tych ludzi i wydarzeń związanych z klubową działalnością było dla czytających nie tylko powrotem do przeszłości, ale równocześnie sprawiało im przyjemność i uczyło szacunku do historii i osiągnięć tego zasłużonego dla miasta Klubu. Niestety, dość szybko okazało się, że co rusz trafia się właśnie na tzw. sprawy drażliwe, co siłą rzeczy może generować pewne problemy. Jak już wcześniej pisałem, co jakiś czas straszy się mnie karnymi konsekwencjami za moje niektóre działania. Czasami w sposób absurdalny i „na zapas”. Właśnie w ostatnich dniach do grona „straszaków” dołączył pewien współautor książki o stuletniej historii BKS-u, który na spotkaniu w UM w obecności kilku osób, w tym przekazującego mi tę informację uczestnika w/w imprezy, zaocznie i na wszelki wypadek groził mi strasznymi wręcz konsekwencjami „karno-sądowo-Bóg wie jakimi”, jeśli odważę się kiedyś opublikować w swoim blogu cokolwiek z tego wiekopomnego dzieła. Spoko – nie wezmę nawet tej książki do ręki, obiecuję! Ale pisać nie przestanę, też obiecuję… Zaś wszystkim tym próbującym mnie zastraszyć i każdemu z osobna, dedykuję fragment skeczu pt. „Ucz się, Jasiu…” w wykonaniu artystów niezapomnianego warszawskiego Kabaretu „Dudek”: -„Oni mogą panu majstrowi skoczyć tam, gdzie pan może pana majstra w du*ę pocałować… wężykiem…wężykiem…” (jzawada)
Niezdrowe reakcje niektórych osób na artykuł „BKS – nic nie jest dane na zawsze”, który niedawno ukazał się w moim blogu świadczą o całkowitym braku zrozumienia kontekstu tego, o czym i w jakim celu w ogóle piszę. Nie robię tego, by sprawiać uciechę ludziom zawistnym i złośliwym, źle życzącym Klubowi. Mojemu Klubowi przecież! Jako były zawodnik tego Klubu i wieloletni jego społeczny działacz, chcę uświadomić obecnym i przyszłym zarządcom BKS-u ciążącą na Nich odpowiedzialność za słowa i czyny oraz za mądre gospodarowanie społecznym i sponsorskim groszem! (jz)
Ekipa, która w 2017 roku przejęła zarządzanie Bocheńskim Klubem Sportowym, być może i miała dobre chęci, ale zrobiła to w najgorszym z możliwych stylu TKM (Teraz K***a My), nie biorąc w ogóle pod uwagę jakiejkolwiek współpracy z ludźmi związanymi dotychczas z Klubem, no może poza jedną osobą, deklarującą współpracę… z każdym Zarządem. Już na Walnym Zebraniu Sprawozdawczo-Wyborczym wykazała się świetnym przygotowaniem ilościowym i taktycznym, z rozpisanymi rolami. Zebranie zaczęło się od wysłuchania sprawozdania z działalności finansowej i sportowej Klubu. Podsumowania dokonał ustępujący Prezes Zarządu BKS-u, Marcin Krokosz, były piłkarz Klubu. Przypomniał całkiem nieodległe czasy, kiedy parę lat wcześniej, po kilku zebraniach członków Klubu nie było żadnych chętnych do objęcia tego stanowiska, ba, nie było chętnych do kandydowania do Zarządu! I tu należy się wyjaśnienie, co było tego powodem… Otóż, wtedy właśnie decyzją ówczesnego (czyli obecnego) burmistrza oraz skarbniczki Miasta uznano, że otrzymane w poprzedniej kadencji i od poprzedniego burmistrza miejskie dotacje na funkcjonowanie Klubu zostały wydatkowane niezgodnie z przepisami. Na paradoks zakrawa fakt, iż pieniądze te Klubowi, nie mając większych oporów, rozliczała wtedy… ta sama skarbniczka miejska!
Miasto wystawiło ledwo wiążącemu przysłowiowy koniec z końcem Klubowi rachunek zwrotny, opiewający na potężną kwotę ponad 440 tysięcy złotych, równocześnie ograniczając do minimum wszelkie dotacje. Dalsze funkcjonowanie Klubu stanęło pod dużym znakiem zapytania. Pomocną dłoń w tych ciężkich dla Klubu czasach podało Starostwo Powiatowe, które korzystając z posiadanych uprawnień objęło Klub nadzorem kuratorskim w osobie Jarosława Marca, ówczesnego przewodniczącego Rady Powiatu. Działania te pozwoliły na zachowanie ciągłości funkcjonowania Klubu i związane z tym wszelkie działania naprawcze. Miały one za zadanie m.in. w ściśle określonym przepisami czasie, bodajże sześciu miesięcy, doprowadzić do powstania nowego Zarządu Klubu, gotowego wziąć na swoje barki spłatę długów. Brak chętnych do podjęcia się tej roli oznaczał definitywne i nieodwracalne zakończenie działalności Bocheńskiego Klubu Sportowego. Dosłownie w ostatniej chwili tego niełatwego zadania podjęło się kilka osób, właśnie Marcin Krokosz, a także jego dawni koledzy z boiska, również wychowankowie Klubu, Marcin Leśniak, Marek Pączek i Marcin Imiołek. W tym pierwszym, najcięższym okresie, pomoc zaoferował także, wtedy już były kurator J. Marzec, który do współpracy namówił również jednego ze swoich kolegów, przez pewien czas wspomagającego finansowo sekcję piłkarską Klubu, za co obu Panom należą się olbrzymie podziękowania!
Wówczas, z początkiem 2012 roku, dług Klubu względem Miasta wynosił dokładnie 442 003 004 złotych, zaś na koniec 2016 roku, w momencie ustępowania ze stanowiska kwota zaległości została znacznie zmniejszona do 122 465 004 złotych, przy jednoczesnym, pierwszym od początku kadencji dodatnim bilansie finansowym wynoszącym ponad 9 tysięcy złotych. Również od strony sportowej nie było się czego wstydzić, wręcz przeciwnie! Świetnie prowadzeni przez grającego trenera Sławka Zubela piłkarze BKS-u po raz drugi w historii Klubu awansowali do III ligi i choć po dwóch sezonach zaliczyli spadek do niższej ligi, to już po roku odbudowany zespół piłkarzy potrafił wywalczyć pierwsze miejsce w swojej grupie i znów zagrać w barażach o III ligę. Był to niewątpliwie znaczący sukces sportowy zarówno piłkarzy jak i kierownictwa Klubu, nawet pomimo tego, iż w meczu barażowym musieli uznać wyższość zespołu „Hutnika” z Trzebini-Sierszy. Może i dobrze, że tak się stało, bo w ocenie wielu kibiców BKS-u, Klubu nie było stać ani finansowo, ani kadrowo na grę w trzeciej lidze. Nie gorzej spisywali się juniorzy starsi, których od awansu do Małopolskiej Ligi Juniorów dzielił już tylko jeden mecz barażowy. Wygrali go w cztery dni po ukonstytuowaniu się nowego Zarządu BKS-u, który zasługi przypisał…swoim działaniom!
Tymczasem powróćmy do Klubu na wyborcze zebranie anno domini 2017. Prowadził je w sposób mało profesjonalny, momentami nawet dyletancki, eliminujący jakąkolwiek merytoryczną dyskusję, były dwukrotny burmistrz, także były prezes Klubu. Przyjął zgłoszone same „słuszne” kandydatury, które po chwili „zaklepano” jednogłośnie i odtrąbiono zwycięstwo. Znów triumfalistycznie i w świetnie opanowanym stylu „na gotowo”… Ale wielkomocarstwowe plany, o których mówiono już w powyborczych wywiadach do lokalnej prasy, zarówno te z gatunku urbanistycznych, jak i te sportowe okazały się w efekcie zwykłą wydmuszką. Przypomnijmy więc hasła, z którymi wystartowali: – trochę enigmatyczna „poprawa wizerunku Klubu”, dalej „wprowadzenie Klubu na wyższy poziom sportowy” (czytaj: do trzeciej ligi), „gotowa kadra trenerska”, „gotowy plan szkolenia dzieci i młodzieży, który gwarantuje odpowiedni poziom i – uwaga! – produkcję(sic!) dobrych piłkarzy”. Sztandarowym zaś hasłem była „budowa kompleksu sportowo-rekreacyjnego”, w tym priorytetowo, stadionu piłkarskiego. Całość miałaby się znajdować na terenach sąsiadujących z dawnym boiskiem nieistniejącego już klubu „Strażak” w Chodenicach n/Rabą, kilka kilometrów od centrum miasta. Epatowano sportową część opinii publicznej gotowym ponoć projektem architektoniczno-budowlanym i jakimiś wstępnymi uzgodnieniami, czy też obiecankami ze strony burmistrza Bochni. Zabrano się więc „ostro” do roboty – na należących do miasta chodenickich łąkach-nieużytkach wyznaczono palikami plac pod boisko… i to by było na tyle! – jak mawiał pewien klasyk…

Minęło kilka lat i oto jak wgląda ta potężna inwestycja! Choć powiem szczerze, osobiście wcale mi to nie przeszkadza, bo lubię obcować z przyrodą… Ale w tle tej historii rodzą się dwa podstawowe pytania: – komu i dlaczego tak bardzo zależało/zależy na wyprowadzeniu piłki i klubu z miasta? Deweloperom? Bo na pewno nie bocheńskim kibicom! Nikomu zaś chyba nie muszę tłumaczyć ile jest warta działka przy Parkowej, będąca od wielu lat już tylko żałosnym substytutem boiska piłkarskiego!
Ale o tym czy były takie zakusy i innych efektach pracy dotyczącej „dźwignięcia” Klubu na wyższy poziom wizerunkowy i sportowy już wkrótce, w kolejnym odcinku… (jzawada)

A dla przypomnienia tekst p.t. „Jak uwłaszczano majątek BKS-u” …
Z perspektywy ponad dziesięciu lat prowadzenia bloga tematycznie związanego z dziejami Bocheńskiego Klubu Sportowego można zauważyć, że już coraz trudniej zdobyć jakieś niepublikowane wcześniej materiały, traktujące o jakże bogatej przeszłości tego wiekowego – dosłownie – Jubilata. Czasami jeszcze udaje się je pozyskać od rodzin byłych sportowców, choć przeważnie są to tylko wyrywkowe wspomnienia przekazywane z pokolenia na pokolenie, czy też pożółkłe fotografie, niestety, tylko sporadycznie zawierające opisy ich treści. Na szczęście trafiają się także prawdziwe „perełki”, będące dla poszukującego wielce satysfakcjonującą nagrodą, zaś dla Czytelników mojego bloga zachętą do regularnego zapoznawania się ze stuletnią historią Bocheńskiego Klubu Sportowego.

Bezsprzecznie, taką właśnie „perełką” jest historia jednego z najlepszych przedwojennych piłkarzy naszego Klubu, legendarnego bramkarza Mieczysława Rychtera. Urodzony w 1912 roku już w wieku niespełna dziewiętnastu lat został pierwszym bramkarzem bocheńskiego Klubu, co w w tamtych czasach było nie lada wyczynem – wówczas priorytetem był wiek zawodnika i doświadczenie. Wkrótce zaczęło być głośno o Jego umiejętnościach i świetnej postawie w meczach bocheńskiej drużyny piłkarskiej.


Ówczesny system rozgrywek był zdecydowanie różny od późniejszych, aż po obecne czasy ciągle modyfikowanych. Piłkarze z Bochni w latach trzydziestych ub. wieku grali na trzecim, a nawet (krótko) drugim poziomie rozgrywkowym w Polsce! Bocheński bramkarz z sezonu na sezon regularnie zbierał coraz lepsze recenzje za swoje występy, czego naturalnym efektem było spore zainteresowanie ze strony wielu możniejszych klubów, z krakowską „Wisłą” na czele. Potwierdzeniem Jego klasy i wysokich umiejętności niech będzie poniższa rekomendacja w prasie sportowej dla kapitana związkowego, czyli ówczesnego selekcjonera reprezentacji!

Wielka kariera piłkarska stała otworem przed Mieczysławem Rychterem, jednak jego bramkarskie losy potoczyły się w całkiem niespodziewany sposób. Klubem, który pierwszy bardzo konkretnie zadziałał w tej materii okazał się krakowski „Kabel”. Piłkarski zespół tego klubu toczył zacięte boje z bocheńską drużyną – najpierw o awans do klasy „A”, później już na tym właśnie szczeblu rozgrywek. Oto kolejny dziennikarski opis pojedynku tych, chyba niezbyt przyjaźnie do siebie nastawionych drużyn.

Pan Mieczysław otrzymał propozycję pracy w Fabryce Kabli i gry w przyzakładowym zespole. Propozycję przyjął i już wkrótce stał się ulubieńcem kibiców krakowskiej drużyny, prowadzonej wówczas przez węgierskiego szkoleniowca Antona Krizera.



Choć zainteresowanie jego pozyskaniem przez inne kluby w dalszym ciągu nie słabło, Mieczysław Rychter postanowił jednak kontynuować swoją karierę w „Kablu”. Powód okazał się prozaiczno-romantyczny – otóż na treningi i mecze, wraz z węgierskim trenerem przychodziła często jego urodziwa, czarnowłosa córka Ludwiga. Natychmiast „wpadła w oko” Panu Mieczysławowi, który podjął skuteczne, jak się później okazało, zaloty. Po niedługim czasie byli już parą, a finalizacją związku był ślub w lutym 1939 roku. Zamieszkali w Krakowie-Prokocimiu. Zaraz po wybuchu wojny nastąpiło kilkuletnie rozstanie młodych małżonków, Ludwiga wyjechała na Węgry, zaś Mieczysław wrócił w rodzinne strony. Po zakończeniu działań wojennych postanowili osiąść na stałe w Bochni, gdzie wszystko powoli wracało do życia po latach hitlerowskiej okupacji. Społecznym trudem odbudowano zniszczony stadion, na który wrócili piłkarze z Mieczysławem Rychterem na czele.


Jeszcze przez kilka następnych lat strzegł On dostępu do bramki bocheńskiego zespołu, by na początku lat pięćdziesiątych zakończyć przerwaną na czas wojenny, doskonale rozwijającą się karierę sportową. Tym bardziej, że już w 1946 roku powiększyła się Jego rodzina – na świat przyszedł syn Roman, kilka lat potem córka Grażyna.


Dorastające dzieci odziedziczyły po Ojcu sportowe pasje. Roman poszedł w ślady Ojca i równie udanie spisywał się w bramce juniorskiej drużyny BKS-u. Dysponując doskonałymi warunkami fizycznymi i potężnym rzutem był również jednym z czołowych piłkarzy ręcznych drużyny MKS Bochnia. Po skończeniu nauki w bocheńskim LO opuścił rodzinne miasto i podjął studia w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej w Gdyni. Z miastem tym i żołnierską służbą związał całe swoje dorosłe życie. Jego młodsza siostra Grażyna była również piłkarką ręczną i z dużym powodzeniem grała w zespole MKS, prowadzonym przez trenera Jerzego Widło. Właśnie Pani Grażynie Jaśkiewicz, córce Mieczysława Rychterą, serdecznie dziękuję za udostępnienie zdjęć z rodzinnego albumu, a także za cierpliwe i obszerne zaznajomienie niżej podpisanego z fascynującą historią sportowej Rodziny Rychterów.
Mieczysław i Ludwiga Rychterowie, w pomieszczeniach domu rodzinnego w pobliżu dworca kolejowego w Bochni, prowadzili mały lokal barowy, który był czynny do końca lat siedemdziesiątych. Pan Mieczysław Rychter zmarł w 1966 roku w wieku zaledwie 54 lat.

Historię każdego klubu sportowego tworzą i „piszą” swoimi dokonaniami ludzie – w pierwszym rzędzie zawodnicy, trenerzy i działacze, ale także kibice i sympatycy. Cóż wart byłby wysiłek sportowca, litry potu wylewanego na treningach, serducho wkładane w meczowe pojedynki z przeciwnikiem, kiedy gra się przy pustych trybunach, lub najwyżej dla garstki widzów, często będących tylko osobami bliskimi, rodzinnie związanymi z zawodnikami? Dlatego z olbrzymim sentymentem, ale i pełną satysfakcją będę wspominał lata gry dla mojego Klubu, na stadionie, na którym nigdy nie brakowało życzliwych i spontanicznie reagujących kibiców. Takich, na których zawsze można było liczyć… Teraz, Bocheński Klub Sportowy ogromnie potrzebuje wsparcia. I właśnie takich, jak wtedy, kibiców! (jzawada)
Zbierając wspomnienia o bocheńskich sportowcach, prawie nigdy nie zdarzyło mi się spotkać z odmową ze strony ich rodzin, lub brakiem chęci podzielenia się ze mną swoją wiedzą i rodzinnymi pamiątkami. Cóż, bywało i tak, że kończyło się tylko na obietnicach, nawet kilkakrotnie powtarzanych. Najczęściej jednak spotyka się to z całkowitą aprobatą i zrozumieniem i wtedy jedynym problemem jest ilość, jakość i wartość historyczna przekazywanych materiałów. Często jest tak mało danych, że trzeba się mocno „gimnastykować”, by wiarygodnie, w sposób udokumentowany, przedstawić opisywane osoby, później zaś ocena wartości tych informacji leży po stronie czytającego… Zdarza się i tak, że sportowe dokonania jednego z członków rodu są tak znaczące, że pamięta się tylko o nich, pomijając całkowicie pozostałych.

Jedną z takich właśnie rodzin, jest bocheńska Rodzina Arłamowskich. Najbardziej znany, doktor praw, mecenas Edward Arłamowski (1909-1979) to jedna z najważniejszych postaci polskich szachów. Wybitny zawodnik i reprezentant kraju, uznany teoretyk szachowy (czytaj BKS – ocalić od zapomnienia – cz. VII) Prawniczy zawód wybrali również kolejni, męscy przedstawiciele rodu – Stanisław Arłamowski (1920-1999) znany bocheński radca prawny oraz Jego syn, Bogusław Arłamowski, aktualnie mieszkający w Dębicy i prowadzący tam kancelarię adwokacką. Obaj, oczywiście w różnym okresie czasu, byli piłkarzami Bocheńskiego Klubu Sportowego.


Stanisław, z racji szczupłej sylwetki, wrodzonej szybkości i zwinnego poruszania się po boisku nazywany był przez kibiców „Sarenką”. Dobrze wyszkolony technicznie, był pod koniec lat trzydziestych ub. wieku pewnym punktem bocheńskiego zespołu. Niestety, brak bardziej szczegółowych danych dotyczących przebiegu jego piłkarskiej kariery. Na powyższym zdjęciu (stoi czwarty od lewej) już w drużynie bocheńskich oldbojów z lat sześćdziesiątych…

Za to Bogusława i jego występy w zespole juniorów BKS-u, prowadzonym wówczas przez trenera Mariana Biernata, znam i pamiętam osobiście. Grał w jednej drużynie z moim starszym bratem Jankiem. Był zawodnikiem wszechstronnie uzdolnionym. Będąc uczniem bocheńskiego Liceum Ogólnokształcącego reprezentował także swoją szkołę, zarówno w rozgrywkach piłki nożnej jak i piłki ręcznej. Po skończeniu nauki w szkole średniej podjął studia prawnicze i tym samym zakończył czynne uprawianie sportu w bocheńskim Klubie. (jzawada)

Czcigodny Jubilat, Bocheński Klub Sportowy właśnie w tym roku kończy pierwsze sto lat swojego istnienia. Dla sportowej części bocheńskiej społeczności stwierdzenie tego faktu nie jest jakąś zaskakującą niespodzianką, bo już od ładnych kilku lat mówi się i pisze o tym wydarzeniu. Ludzie, którzy podjęli się zarządzania Klubem w kadencji 2017-2021 doskonale zdawali sobie sprawę z wyzwania stojącego przed nimi, czyli organizacji jubileuszowych uroczystości. Uroczystości nie byle jakich – wszak taka rocznica zobowiązuje! Okazuje się jednak, że główne uroczystości rocznicowe zostały przełożone na miesiące wiosenne przyszłego roku. Jako powód podano przewidywaną jeszcze w tym roku kolejną, pandemiczną falę. Rodzi to nieodparte wrażenie, że przygotowania do tak ważnej uroczystości były po prostu świadomie odpuszczone przez ustępujący Zarząd, bo taką imprezę przygotowuje się ze znacznym wyprzedzeniem. Dodatkowo skąd pewność, że na wiosnę się to uda?
Muszę więc przyznać, że decyzja o przeniesieniu na przyszły rok uroczystości, tej z udziałem zaproszonych gości, jest dla mnie sporym zaskoczeniem – choćby z tego względu, że od dłuższego już czasu praktycznie zniesione są obostrzenia zabraniające zgromadzeń. Prócz tego nigdzie nie było powiedziane, że główne obchody mają być akurat w okresie jesiennym i że musi to być zrobione bogato i wystawnie. Przewidywane (podobno) jeszcze w tym roku imprezy plenerowo-boiskowe też przecież będą dla ludzi i pewnie z udziałem ludzi, więc mówienie o jakimś ewentualnym zdrowotnym ochranianiu kogokolwiek jest niepoważne. Przypuszczalnie istnieje obawa, czy też pewność, że frekwencja na tych uroczystościach w Klubie mogłaby być podobna do tej, jaka była na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym, czyli w okolicach… niewiele ponad dziesięciu osób, wliczając w to członków Zarządu… Trochę też śmieszy sugestia jednego z klubowych działaczy, obarczająca winą za taki stan rzeczy tych, którzy nie przyszli! Oczywista oczywistość – jak mawia klasyk, bo przecież na stronie klubowej w internecie (sic!) było zawiadomienie o zebraniu sprawozdawczo – wyborczym, a wiadomo, że wszyscy, a zwłaszcza starsi ludzie namiętnie korzystają z tego komunikatora. Powiem więcej, ale już poważnie – ONI mieli nawet prawo poczuć się urażonymi takim potraktowaniem! Czy rzeczywiście Klubu nie było stać na wysłanie imiennych zaproszeń? Gorzej jest, gdy się tych nazwisk nie zna i nie wiadomo do kogo… Dlatego też „nie kupuję” tego tłumaczenia…
Może nie wszyscy wiedzą, że prawidłowe funkcjonowanie Klubu to nie tylko organizacja rozgrywek, to również kontynuacja sportowych tradycji i pamięci o ludziach, którzy ten Klub tworzyli. Stąd wniosek, że nie powinno się prowadzić działalności Klubu w oderwaniu od Jego ciągłości historycznej… Ale o historii BKS-u trzeba cośkolwiek wiedzieć, więc i przyjąć do wiadomości fakt, że ten Klub powstał w 1921 roku, a nie przed czterema laty, jak się niektórym mogło ubzdurać!!! Również choćby to, że na stadion piłkarski od zawsze wchodziło się przez główną bramę z ulicy Kazimierza Wielkiego, a nie przez furtkę od strony Parkowej, na co godzi/godziło się kierownictwo Klubu. Przede wszystkim zaś trzeba wiedzieć, że żyją jeszcze wśród nas byli zawodnicy i działacze z roczników przedwojennych, do których trzeba zdążyć dotrzeć i zaprosić na rocznicowe uroczystości. A także to, że zasłużyli na naszą pamięć i choćby tylko skromne wspomnienie Ci, którym nie dane było doczekać Jubileuszu, a Klub/działacze całkowicie o nich zapomnieli, lub też nie wiedzą, że w ogóle istnieli – tylko w ostatnich dziewięciu miesiącach zmarło czterech czołowych niegdyś piłkarzy naszego Klubu – Rudolf Skipioł (1933-2020), Jan Wilk (1932-2021), Stefan Lipina (1935-2021), Jan Sznicer (1952-2021). Przyznaję, wstyd mi przed Ich Rodzinami…
Podczas niedawnego zebrania sprawozdawczo-wyborczego BKS-u, w organizację tych rozłożonych w czasie jubileuszowych obchodów „ubrany” został nowy prezes Bocheńskiego Klubu Sportowego. Trzeba zgodnie z prawdą powiedzieć, że swoją misję rozpoczął w niezłym stylu, pozyskując dla Klubu finansową przychylność nie tylko Starostwa Powiatu, ale i kilku prywatnych podmiotów gospodarczych z naszego miasta. Przełamał w ten sposób wieloletnie żerowanie na lokalnym sponsorskim rynku uprzywilejowanego MOSiR-u, nieustannie przecież zasilanego miejską kasą przez hojnego burmistrza trzech kadencji.
Po czteroletniej kadencji z urzędowania zrezygnował dotychczasowy prezes Bocheńskiego Klubu Sportowego. Z całego serca gratuluję Mu podjęcia takiej decyzji i odejścia z Klubu! To najlepsza rzecz, jaka w ostatnich latach mogła przytrafić się bocheńskiej piłce i mojemu ukochanemu Klubowi! (jzawada)
„Można odejść na zawsze, by stale być blisko…” (ks. Jan Twardowski)
Piętnastego sierpnia 2016 roku, po długiej walce z nieuleczalną chorobą, odszedł od nas na zawsze Antoni „Tosiu” Noszkowski. Honorowy Prezes Bocheńskiego Klubu Sportowego. Prawdziwa legenda bocheńskiego sportu.


Niezawodny, szczery Przyjaciel i niezwykle uczynny Człowiek, w swoim życiu kierujący się zawsze dobrem innych. Na zawsze w naszej wdzięcznej pamięci! (jz)
Nie sposób wymienić wszystkich tych, którzy przez lata współtworzyli historię Klubu. W większości ludzi, których nie ma już wśród nas, ale pamięć o Nich powinna trwać w świadomości młodszych pokoleń. To Oni, w zdecydowanej większości całkiem bezinteresownie, oddali Klubowi i Bochni umiejętności i wiele lat swojego życia.
Lwią część moich sportowych wspomnień poświęciłem b. zawodnikom Bocheńskiego Klubu Sportowego, czyli głównym aktorom sportowych wydarzeń, na których skupiała się uwaga społeczności naszego Miasta. Jednak niewybaczalnym grzechem zaniechania byłoby pominięcie, zwłaszcza w roku Jubileuszu 100-lecia Klubu, działalności ludzi tzw. drugiego frontu, odpowiedzialnych praktycznie za codzienne funkcjonowanie Klubu. Ludzi wspaniałych i nadzwyczaj pracowitych, którym należy się nasza pamięć i szacunek. To m.in. kierownicy biura Klubu, kierownicy drużyn, pracownicy gospodarczy, odpowiedzialni za sprzęt i obiekty sportowe. Ci, których znałem osobiście jako zawodnik, czy też później jako działacz klubowy.

Z najmłodszych lat pamiętam działacza sportowego, p. Józefa Rudnika, który wraz z pp. Marianem Biernatem i Stanisławem Mastajem opiekowali się grupami piłkarskiego „narybku” na letnich obozach trampkarskich. Pana Emila Regułę, b. zawodnika i działacza, zawsze pomocnego i służącego radą, po ojcowsku traktującego klubową młodzież. Kierowników klubowego biura – p. Mariana Piotrowicza, dobrego i ciepłego człowieka, dla którego nie było spraw „nie do załatwienia”. Zawsze pogodnego i uśmiechniętego p. Aleksandra Koniecznego, kierującego również klubową świetlicą, otwartą i działającą do późnych godzin wieczornych (tenis stołowy, bilard, sekcja brydżowa), pełną sportowej młodzieży i sympatyków Klubu.

Kierownicy drużyny – tutaj zawsze będę pamiętał tego pierwszego! Był nim nieodżałowanej pamięci p. Marian Foszcz, bezgranicznie oddany zawodnikom i Klubowi. Wieloletni opiekun pierwszego zespołu BKS-u, prawdziwy człowiek-instytucja. Kolejny kierownik to p. Jan Cepak. Nadzwyczaj pracowity i zarazem skromny. Wierny sportowym pasjom do swoich ostatnich dni. Następnym był p. Władysław Wójcik, były piłkarz, doskonale znający zarówno obowiązki kierownika drużyny jak i potrzeby podopiecznych. I wreszcie kpt. Wacław Ruchniak, żołnierz zawodowy. Sumienny i wymagający, pedantycznie dbający o poszanowanie piłkarskiego wyposażenia przez zawodników. Do historii przeszły „latające buty” – to często wyrzucane z magazynu przez okno brudne obuwie piłkarskie trzymane w szafkach przez zawodników!
Niezwykle ważnymi osobami w Klubie były te, którym powierzono pieczę nad sprzętem sportowym w klubowym magazynie, oraz utrzymujący w odpowiednim stanie obiekt piłkarski. Charyzmatyczny, nie spoufalający się w klubie z nikim p. Władysław Kozub, którego pamiętam jeszcze z Klubu mieszczącego się w kopalnianych obiektach przy szybie „Sutoris”… Niestrudzony naprawiacz wszelakiego sprzętu piłkarskiego, rozlatujących się butów i piłek, jakże innych od dzisiejszych produktów. Niezastąpiony w czasach biedy i permanentnego braku środków na zakup obuwia piłkarskiego i skórzanych piłek. Zawsze będę miał w pamięci popularne „kolarki”, przerabiane na piłkarskie buty przez p. Władysława, z „korkami” wycinanymi z kawałków skóry i przybijanymi gwoździkami do spodów kolarskiego obuwia. A że z czasem przebijały one podeszwę i raniły stopę? Kto by wtedy zwracał uwagę na takie drobiazgi… Później sprzęt wydawały już tylko kobiety… Panie Anna Zajt, a później Janina Kurek. Pracowicie łatające dziurawe skarpety, potargane koszulki i spodenki, uszkodzone getry, zwane wówczas sztucami. Niezastąpionym, tzw. gospodarzem boiska był p. Ryszard Gajek, dodatkowo wykonujący w fachowy sposób wszelkie roboty ślusarskie i mechaniczne, spawanie, naprawy sprzętu elektrycznego i ciężko pracujących przy pielęgnacji murawy kosiarek. Te wszystkie opisane osoby i sytuacje pamiętam z czasów czynnego uprawiania sportu w bocheńskim Klubie.
Ps. Z początkiem lat dziewięćdziesiątych na skutek transformacji ustrojowej do Klubu zajrzała prawdziwa bieda. Ratowaniem upadającego Klubu zajęła się kilkunastoosobowa grupka zapaleńców, wśród których byli m.in. Tadeusz Cichoń, Józef Szkolik, Kazimierz Barnaś, Antoni Noszkowski, Anna i Jan Słoninowie, Kazimierz Wójcik, Andrzej Legutek, Andrzej Kmak, Jan Fasuga, Stanisław Waśniowski, Aleksander Marszałek oraz niżej podpisany. W ciągu czterech lat wykonaliśmy olbrzymią pracę i wyprowadzili Klub na przysłowiową prostą, bez długów i zobowiązań, uwieńczoną powrotem piłkarzy do czwartej ligi. Kolejne, regulaminowe wybory wyłoniły już jednak nowy Zarząd Klubu. Zarządzaniem zajęła się ekipa „orłów” przedsiębiorczości i nieudaczników – z litości przemilczę nazwiska – którzy w przeciągu niespełna dwóch lat zniweczyli to, co z takim mozołem stworzyliśmy w poprzedniej kadencji. Majątek Klubu w niejasnych do końca okolicznościach został przekazany pod zarząd Miasta, które do dziś nie wywiązało się z umów, o czym już wielokrotnie pisałem w swoim blogu. Stuletni Klub został sprowadzony do roli żebraka, z którym nikt się nie liczy i nikt go nie szanuje. Na klubowym obiekcie od lat „pasie” się MOSiR. Niestety, kolejni prezesi i działacze BKS-u dość szybko przyzwyczaili się do takiego „dziadowania”, dowodem czego był m.in. brak reakcji na zamknięcie na kilka lat głównego wejście na stadion (dla kibiców dostępna była tylko mała furtka od ulicy Parkowej). Nikomu z Klubu to nie przeszkadzało??? Wstyd… (jzawada)

Z olbrzymim smutkiem zawiadamiam, że zmarł Jasiu Sznicer, były piłkarz Bocheńskiego Klubu Sportowego, mój dawny kolega z drużyny. Niewielki wzrostem, za to wielki duchem i umiejętnościami. Świetnie wyszkolony technicznie pomocnik-rozgrywający naszej drużyny. Wszechstronnie uzdolniony sportowiec, dwukrotny mistrz powiatu bocheńskiego w tenisie stołowym. Bochnianin, mieszkaniec Dziewina. Spoczywaj w pokoju, drogi kolego… (jzawada)