BKS – trochę wspomnień osobistych…

Świętowana niedawno setna, a tak naprawdę sto pierwsza rocznica powstania jedynego w Bochni Klubu Sportowego stała się dla mnie okazją do podsumowania mojej blogerskiej działalności, w dużej mierze związanej z opisywaniem szeroko pojętej historii Klubu. Jest ona przekazem wiedzy o ludziach, którzy ten Klub tworzyli, byli jego zawodnikami, później działaczami i wiernymi kibicami. Klubu z założenia piłkarskiego, który w pewnym okresie, poprzez różnego rodzaju uwarunkowania społeczno-polityczne rozrósł się do rozmiarów klubu wielosekcyjnego, by już z początkiem lat 90-tych ub. wieku, po wielkiej transformacji ustrojowej znów stać się klubem tylko piłkarskim.

Pamiątkowe proporczyki rocznicowe Bocheńskiego Klubu Sportowego…

Po dwunastu latach prowadzenia sportowego bloga i ponad czterystu autorskich wpisach o innych, najwyższy czas napisać coś o sobie – kiedyś zawodniku, później społecznym działaczu, a teraz już tylko „zdalnym” sympatyku Bocheńskiego Klubu Sportowego. Przypomnieć czasy, kiedy marzeniem każdego dzieciaka uganiającego się z rówieśnikami po bocheńskich podwórkach za czymś, co często tylko umownie przypominało piłkę, było, by móc tę dyscyplinę sportu uprawiać kiedyś w BKS-ie. Kopać prawdziwą piłkę na prawdziwym boisku, w kierunku którego w każdą „meczową” niedzielę ciągnęły tłumy ludzi, by kibicować bocheńskiej drużynie piłkarskiej. W moim przypadku marzenie te się spełniły…

1960r. Wakacyjna półkolonia piłkarska. Z rozpoznanych na zdjęciu: J.Zawada (podparty pod boki), przed nim późniejszy bramkarz BKS-u J.Filipek, w środku trener Marian Biernat, przy nim z prawej J.Kurek, z ręką przy brodzie A.Hojnik
Rok 1961. Wakacyjne zajęcia na boisku BKS-u. Drugi od prawej leży J.Zawada, z tyłu za grupą stoją od lewej trenerzy M.Biernat i St.Mastaj oraz J.Rudnik (współorganizator półkolonii)

Wszystko zaczęło się z początkiem lat sześćdziesiątych. O naborze do wakacyjnych tzw. półkolonii piłkarskich dowiedziałem się od trenującego już w Klubie mojego starszego brata Janka. Zajęcia z kandydatami na piłkarzy prowadzili byli zawodnicy BKS-u, trenerzy Marian Biernat i Stanisław Mastaj. Forma i sposób prowadzenia tych zajęć zdecydowanie różniły się od tego, co aplikuje się piłkarskiemu narybkowi dzisiaj w różnego rodzaju szkółkach, akademiach i innych pseudo-wylęgarniach piłkarskich talentów, zajmujących się ich „produkcją” na masową skalę. Przyuczających do tego zawodu dzieci w wieku już 5-6 lat! Wtedy, była to raczej usprawniająca ruchowo zabawa, z elementami podstaw gry w piłkę nożną, polegająca na oswajaniu się z niesfornymi gumowo-plastykowymi balonami, imitującymi prawdziwą piłkę. Dlaczego akurat takimi? Bo w dorosłej piłce królowała jeszcze wtedy skórzana, sznurowana rzemieniem piłka, z pompowanym, także gumowym wkładem. Podczas deszczu nasiąkała wodą i stawała się bardzo ciężka. Dodatkowo, jej zakup był sporym wydatkiem. Jednak wbrew pozorom, nasze treningi z tymi lekkimi piłkami przynosiły wiele korzyści, bo uczyły podstaw techniki, jakże przydatnej w późniejszej piłkarskiej edukacji. Zajęcia były bardzo urozmaicone, wśród nich piesze wyprawy nad Rabę, połączone z kąpielami i nauką pływania. Dwutygodniowe półkolonie (z tzw. dożywianiem) były finansowane z pieniędzy Powiatowego Komitetu Kultury fizycznej i Turystyki oraz LZS. Ta wakacyjna akcja usportowienia bocheńskich dzieciaków była prowadzona przez ok. 5-6 kolejnych lat. Jej efektem był stały dopływ utalentowanej piłkarsko młodzieży do drużyny trampkarzy BKS-u, z której ci najbardziej wytrwali zasilali zespoły juniorów, a później seniorów Klubu.

1961r. A-klasowy zespół BKS-u. Stoją od lewej; G.Jonak, R.Turkiewicz, J.Szlachetko, A.Jaroszewski, A.Wnęk poniżej M.Starzyk, J.Ślizowski, M.Rataj, J.Olesiński, W.Reguła, A.Łakoma
Trener Jan Mastaj z zespołem rezerwowym BKS Ib. Od lewej: J.Mastaj, J.Kowalski, W.Starzyk, R.Majcher, W.Klima, R.Migda, Z.Florek, K.Klimek, A.Wnęk (wtedy jeszcze czynny zawodnik – 47 lat!) poniżej K.Kita (także świetny piłkarz ręczny BKS-u), M.Cempa, A.Wawrowski, W.Dygutowicz.

W tamtym okresie (pierwsza połowa lat sześćdziesiątych), w Polsce funkcjonowało sześć piłkarskich poziomów rozgrywek – I i II liga, liga okręgowa oraz klasy A,B,C. Nie było wtedy III, ani IV ligi, trzeci poziom rozgrywkowy został nazwany ligą okręgową i jako taki funkcjonował w latach 1959-1966. Zespół seniorów BKS-u grał wówczas w A-klasie, czyli na czwartym poziomie. W ówczesnym systemie juniorzy rozgrywali swoje mecze bezpośrednio przed występami pierwszego zespołu z młodzieżowymi zespołami drużyny przeciwnej. Dla nas, 15-16-letnich zawodników miało to bardzo duże znaczenie, bo nasze mecze oglądali – w całkiem pokaźnych ilościach – kibice, powoli zapełniający trybuny przed meczami seniorów. Można śmiało powiedzieć, że wtedy zawody juniorów oglądało zdecydowanie więcej osób, niż teraz przychodzi na pierwszą drużynę BKS-u… W zespole juniorów trenowało regularnie grubo ponad dwudziestu chłopców prezentujących wyrównany i solidny poziom wyszkolenia, toteż konkurencja wśród zawodników była olbrzymia, tym bardziej że każdy z nas chciał być zauważony przez szkoleniowców pierwszego zespołu BKS-u. Co prawda nie gwarantowało to od razu występów w A-klasowej drużynie, ale już dawało wybrańcom możliwość treningów z zespołem i stopniowe oswajanie się z atmosferą panującą w tamtym, mocno zhierarchizowanym piłkarskim środowisku. Uczyło też szacunku do zawodników starszych, tych już nawet o 2-3 lata, do ich umiejętności piłkarskich i zasług dla Klubu. W początkowym okresie, czymś całkiem normalnym było noszenie przez „młodych” torby ze sprzętem meczowym za tymi zawodnikami. Niewyobrażalnym też było zwrócić się do któregoś z nich per „ty”, nawet w trakcie meczu! Uwierzcie, umieli też ten szacunek wyegzekwować. Czasami boleśnie… Zawodnicy kończący wiek juniora, którzy nie „załapali” się do szerokiej kadry pierwszego zespołu, zasilali drużynę rezerw „BKS Ib”, czyli zespół grający co najmniej o jeden szczebel niżej i czekali na swoją szansę.

Sezon 1965/66. Juniorzy BKS-u. Od prawej: M.Pacuła, A.Krakowiak, C.Krepel, W.Władyga, J.Kukla, NN, A.Klima, J.Zawada, J.Mrózek, E.Szwab, A.Wawrowski, M.Mildner
Rok 1968. Letni obóz szkoleniowy w Żegocinie. W górnym rzędzie od lewej; trener W.Biernat, J.Kołodziej, T.Buczkiewicz, F.Surma (późniejszy zawodnik „Cracovii” i ojciec reprezentanta Polski Łukasza Surmy), poniżej NN, J.Aksamit, W.Dygutowicz, Z.Obroślak.

W owym czasie tylko nielicznym zawodnikom w wieku juniora udawało się zadebiutować w pierwszym zespole. Szczęście to mogło spotkać jakiegoś bardziej utalentowanego, bramkostrzelnego napastnika, rzadziej zaś obrońców, bo te pozycje w drużynie były zarezerwowane dla najbardziej doświadczonych zawodników, dodatkowo posiadających odpowiednie warunki fizyczne. Byłem jednym z nielicznych, któremu to się udało w wieku siedemnastu lat i pomógł w tym zwykły przypadek. W sezonie piłkarskim 1967/68, w meczu wyjazdowym BKS-u z zespołem „Unia” Niedomice zastąpiłem kontuzjowanego obrońcę grającego na pozycji tzw. forstopera. Była to dość niewdzięczna rola, bo prócz podstawowych umiejętności piłkarskich wymagała solidnej kondycji oraz dobrej gry głową, a polegała na „czyszczeniu” zagrożeń w strefie przed środkowym obrońcą własnej drużyny. Nabiegać się trzeba było w każdym spotkaniu co niemiara! Zremisowaliśmy wtedy bezbramkowo, a mój debiut został oceniony bardzo pozytywnie. Kolejne mecze potwierdziły moją przydatność do pierwszego zespołu i tego miejsca nie oddałem już nikomu przez blisko czternaście lat, bez względu na to w jakiej drużynie występowałem.

1970r. Zespół BKS w oczekiwaniu na I-majowy pochód… Od lewej: J.Nosek, J.Zawada, A.Buczkiewicz, H.Rzepecki, W.Władyga, Z.Florek, W.Reguła, J.Aksamit, poniżej W.Dygutowicz, M.Pacuła
W 1972 roku zostałem kapitanem pierwszego zespołu BKS-u. Stoję z bramkarzem M.Pacułą, obok A.Dygutowicz, H.Rzepecki, Z.Maszewki, J.Nowak, A.Węgrzyn, R.Romański, R.Mildner, W.Władyga, J.Kołodziej, W.Reguła

Pod koniec lat sześćdziesiątych nastąpiła w BKS-ie pokoleniowa „zmiana warty”. Piłkarską karierę stopniowo kończyli starsi wiekiem, przez całe lata „etatowi” zawodnicy BKS-u. Ówczesnym trenerem naszej drużyny był p. Jan Mastaj. Wieloletni kapitan piłkarskiego zespołu BKS-u, prawdziwa legenda Bocheńskiego Klubu Sportowego. Sukcesywnie odmładzał pierwszą drużynę, wprowadzając do zespołu wyróżniających się juniorów. Wkrótce, jej podstawowymi zawodnikami stali się moi młodsi, utalentowani koledzy, napastnicy: Andrzej Węgrzyn, Zbigniew Maszewski i Roman Romański oraz pomocnik Henryk Rzepecki. Wtedy zmieniła się również moja pozycja, na której zaczynałem grę w seniorach BKS-u – po dwóch latach gry na forstoperze, trener Mastaj powierzył mi bardziej odpowiedzialną rolę środkowego obrońcy. Na tej pozycji grałem już do końca mojej piłkarskiej przygody w każdej drużynie i klubie, w którym występowałem. Podobnie było z zaszczytną i odpowiedzialną funkcją kapitana zespołu. Powierzono mi ją w wieku niespełna dwudziestu dwu lat i pełniłem ją do ostatnich chwil wyczynowego uprawiania sportu, również bez względu na zespół i Klub w którym grałem.

1978r. Obóz zimowy MS BKS w Krościenku n/Dunajcem. Stoją od lewej: R.Szewczyk, M.Kurek, J.Noszkowski, J.Krupa, R.Dziedzic, J.Balicki, A.Noszkowski, trener J.Tyrka, poniżej J.Międzik, A.Sitek, W.Laśkiewicz, J.Zawada
1978r. Krościenko… Obozowa „starszyzna”: od lewej trener J.Tyrka, kierownik drużyny J.Cepak, W.Dygutowicz, J.Zawada

Tych klubów było trzy – „BKS” Bochnia, „Hutnik” Bochnia oraz „Jadowniczanka” Jadowniki i wszystkie były moimi, w pełni świadomymi wyborami. Z żadnym z nich nigdy nie spadłem do niższej klasy rozgrywkowej. W sumie rozegrałem w drużynach seniorów tych klubów ok. 350 spotkań mistrzowskich. Grając w BKS-ie spełniłem swoje młodzieńcze marzenia, z kolei nowo powstały Zakład Przetwórstwa Hutniczego (ZPH) i założony przy nim klub piłkarski „Hutnik” Bochnia zaproponowały warunki o jakich mógł tylko pomarzyć każdy młody człowiek, zakładający właśnie rodzinę! Mieszkanie, dobrze płatna praca i pół-zawodowy status piłkarza, były dla mnie, jak i dla wielu moich kolegów z hutniczej drużyny, propozycją nie do odrzucenia. Bocheński „Hutnik” rozgrywał swoje mecze na boisku w Chodenicach. Z tym zespołem awansowałem po roku do tej samej, co BKS, klasy rozgrywkowej. Niespodziewanie jednak, bo już w następnym sezonie nastąpił mój powrót na Parkową za sprawą odgórnie uzgodnionej fuzji obydwu bocheńskich klubów piłkarskich. W 1977 roku na bazie obiektów BKS-u powstał klub o nazwie Międzyzakładowy Spółdzielczy Bocheński Klub Sportowy, w skrócie MS BKS. Zawodnikom stworzono warunki, jakich nigdy wcześniej, ani później w tym Klubie nie było. Mogliśmy korzystać z bazy treningowej, obiektów i urządzeń oraz kadry trenerskiej „Hutnika” Kraków, a także wzmocnień zawodniczych z tego klubu. Powoli tworzył się zespół mogący powalczyć o trzecią ligę dla Bochni. W latach 1978-80 byliśmy blisko realizacji tego zadania, niestety, dwukrotnie wyprzedziły nas mocne zespoły, najpierw drużyna „Błękitnych” Tarnów, następnym razem lepszy okazał się zespół budującego właśnie swoją potęgę „Igloopolu” Dębica. Tak było do sierpnia 1980 roku. Szybko następujące zmiany społeczno-polityczne nie mogły ominąć również sportu. Mocno ograniczona została pomoc dla Klubu ze strony ZPH. Część „armii zaciężnej” naszej drużyny, w dużym stopniu stanowiąca o jej sile, zrezygnowała z dalszej gry. Do USA wyemigrowali: Ryszard Zamojdzik (d. „Cracovia”) oraz bramkarz Andrzej Sitek (d. Hutnik” Kraków). Austrię wybrali: Leszek Uniwersał (d. „Wawel” Kraków) i bochnianin Władysław Filipek (d. „Metal” Tarnów). Nie podjęło treningów kilku innych zawodników. Drużynę opuścił świetny fachowiec, trener Jan Tyrka, b. zawodnik i szkoleniowiec krakowskiego „Hutnika”. Niedługo potem, w połowie kolejnej rundy rozgrywek, również i ja podjąłem decyzję o rezygnacji z dalszej gry w piłkę nożną.

Zespół „Jadowniczanki” z sezonu 1982/83. Stoją od lewej: J.Zawada, H.Bąk, J.Wołek, W.Świerad, K.Hebda, A.Kozub, A.Kumor, ponizej NN, S.Kostrzewa, J.Cebula, T.Kozub, P.Okas
Rok 1984. Skład wyjściowy „Jadowniczanki” w meczu z „Widzewem” Łódź. Stoją od lewej: Z.Zając, J.Bodzioch, T.Szydłowski, S.Wiecha, Z.Osiecki, J.Dudek, prezesi klubu F.Mól i J.Dadej, poniżej P.Okas, S.Kostrzewa, J.Cebula, H.Bąk, W.Filipek (zdj. z albumu J. Dudka)

Nie zamierzałem już wracać do czynnego uprawiania sportu, ale życie płata różne niespodzianki… Pod koniec 1981 roku odwiedzili mnie działacze niewielkiego klubu „Jadowniczanka” Jadowniki z propozycją podjęcia gry w ich zespole. Przekonali mnie zaproponowanymi warunkami i to wcale nie finansowymi. Ich efektem była wydatna i fachowa pomoc przy budowie powstającego właśnie mojego zakładu usługowego. Można teraz śmiało powiedzieć, że w ten sposób udało mi się połączyć przyjemne z pożytecznym! W krótkich odstępach czasu drużynę tę wzmocniło jeszcze czterech zawodników BKS-u: W. Filipek, R. Dziedzic, A. Kumor oraz bramkarz J. Międzik. Wtedy w Jadownikach tworzył się zespół, o którym niedługo potem usłyszała cała piłkarska Polska. Przyczyniła się do tego świetna postawa piłkarzy „Jadowniczanki” w rozgrywkach o Puchar Polski. Niestety, nie było to już moim udziałem, bowiem jeszcze w początkowej fazie tych rozgrywek odniosłem poważną kontuzję kolana, która zakończyła moje wyczynowe kopanie piłeczki. Prawdziwy pech, bo właśnie wtedy, po pokonaniu przez drużynę z Jadownik kilku zespołów z trzeciej i drugiej ligi, na ich stadion w 1/16 Pucharu zawitał ówczesny piłkarski gigant, łódzki „Widzew” z połową reprezentantów Polski w składzie! Zgodnie z przewidywaniami, w tym meczu niespodzianki nie było, a po trzech trafieniach Dariusza Dziekanowskiego w ciągu pierwszych dziewięciu minut meczu zanosiło się na wysoki, dwucyfrowy wynik. Na szczęście do tego nie doszło i mecz zakończył się wynikiem „tylko” 7:1 dla łodzian, a honorową bramkę dla gospodarzy zdobył rezerwowy Andrzej Wołek. Ten historyczny mecz na niewielkim stadionie oglądało – wg. różnych źródeł – ok. 12-13 tys. widzów!!!

W meczu oldbojów z „Orłami Górskiego” nasz zespół z ogromnym szacunkiem traktował swoich niedawnych idoli i wcale nie przeszkadzał im w grze, co widać na załączonym obrazku. Robert Gadocha w honorowej asyście K.Skrzypka, R.Dziedzica i Z.Olszewskiego zmierza z piłką w kierunku naszej bramki, co sam z niepokojem obserwuję z oddali… U dołu zdjęcia L.Ćmikiewicz, w środku H.Miłoszewicz.
Wymiana proporczyków klubowych przed meczem oldbojów BKS-u z zespołem „GKS” Katowice…

Dopiero po kilku latach udało mi się na tyle usprawnić kontuzjowane kolano, że mogłem, chociaż już tylko jako oldboy, uczestniczyć w różnego rodzaju rozgrywkach. Tych z awansem do małopolskiej pierwszej ligi oldbojów, jak i różnych turniejach oraz meczach charytatywnych i pokazowych. organizowanych przez niestrudzonego w takich działaniach Antoniego „Tosia” Noszkowskiego, mojego kolegę z hutniczej drużyny futbolowej. Przez blisko trzydzieści lat, aż do 2018 roku, wraz z zespołem „BKS Stalprodukt Oldboys” czynnie uczestniczyłem w niezliczonej ilości zawodów sportowych, w tym również w Słowacji. Tam, dzięki operatywności pp. Wiesława Biernata i Antoniego Noszkowskiego z początkiem lat dziewięćdziesiątych zostały nawiązane międzynarodowe kontakty z klubem sportowym „Jednota” Keżmarok i trwają one do dnia dzisiejszego.

2001r. Zespół „BKS-Stalprodukt Oldboys” przed zawodami w Słowacji…

Piłkarski zespół „BKS Stalprodukt Oldboys” w większości składał się z aktualnych i byłych już pracowników tego największego bocheńskiego zakładu. Dlatego też przez wiele lat, dzięki przychylności kierownictwa zakładu i staraniom nieodżałowanej pamięci Antoniego Noszkowskiego mógł liczyć na pomoc finansową „Stalproduktu”. Umożliwiało to kontynuację naszej działalności sportowej, a tym samym pozwalało przeżywać wiele emocji związanych z piłkarską rywalizacją, choćby z takimi drużynami jak oldboje „Wisły” Kraków, „GKS” Katowice, „Garbarni” Kraków, „Wisłoki” Dębica, czy też „Orłów Górskiego”.

Miła pamiątka od Zarządu i Prezesa PZPN Zbigniewa Bońka…

O swojej wieloletniej, społecznikowskiej pracy na rzecz Klubu w charakterze działacza sportowego pisałem już w moim blogu przy okazji różnego rodzaju wydarzeń i uroczystości rocznicowych Bocheńskiego Klubu Sportowego. Pracy czasami ciężkiej i nie zawsze przynoszącej spodziewane efekty, wymagającej wielu wyrzeczeń. Wykonywanej często kosztem zaniedbywanego, prywatnego życia rodzinnego i różnych problemów z tym związanych. Za to, tak „na osłodę”, docenionej odznaczeniami Polskiego Związku Piłki Nożnej oraz Małopolskiego ZPN pod postacią honorowych złotych, srebrnych i brązowych odznak. Dla mnie osobiście, praca ta była jednak przede wszystkim formą spłaty długu wdzięczności wobec mojego Klubu, za lata niezapomnianych przeżyć sportowych i wspaniałą szkołę życia. (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – Rada Seniorów wznowiła działalność…

W ubiegły piątek, w Kaplicy na Murowiance odbyła się tradycyjna msza święta w intencji działaczy, piłkarzy i sędziów piłkarskich, a także niedawno zmarłych naszych kolegów z Rady Seniorów przy Podokręgu Piłki Nożnej w Bochni.

I tutaj króciutkie przypomnienie: – „Rada Seniorów (RS) Podokręgu Piłki Nożnej w Bochni jest stowarzyszeniem działaczy, byłych zawodników, trenerów i sędziów piłkarskich z Bochni oraz powiatu bocheńskiego. Jest (teoretycznie?) [dop. mój] organem doradczym i opiniodawczym Zarządu Podokręgu PN w Bochni. Podstawą działania RS jest m.in. integracja działaczy i wykorzystanie ich doświadczeń w realizacji celów i zadań związanych z lokalną piłką nożną, propagowanie historii i osiągnięć bocheńskiej piłki nożnej oraz kultywowanie jej najlepszych tradycji. Ważnym zadaniem Rady jest organizowanie spotkań członków RS z przedstawicielami władz sportowych i samorządowych, a także uczestnictwo w różnego rodzaju ceremoniach i uroczystościach” .

Murowianka. Msza św. w Kaplicy
Wspólne zdjęcie na stopniach Kaplicy…

Mszę świętą celebrował ks. Stanisław Jachym, proboszcz parafii z podbocheńskiego Sobolowa i kapelan naszej Rady Seniorów. Postać nietuzinkowa – niezwykle skromny i pracowity duchowny, który wypełniając posługę i obowiązki kapłańskie potrafi wygospodarować czas na pracę z młodzieżą w klubie sportowym „Naprzód” Sobolów, jak i na wiele innych, społecznych inicjatyw. O księdzu Stanisławie i Jego pasjach napiszę już wkrótce – oczywiście tylko za Jego zgodą i pozwoleniem…

Wróciły również wspomnienia… Na górnym zdjęciu stoję z moim pierwszym trenerem Panem Marianem Biernatem (w pierwszym rzędzie drugi z lewej). Zdjęcie poniżej – wakacyjny obóz trampkarski z Marianem Biernatem 60 lat wcześniej… (ten z tyłu, najbardziej wyrośnięty, to ja)

Spotkanie na Murowiance zgromadziło wielu byłych i aktualnych działaczy sportowych. Równocześnie było okazją do wznowienia, po dwuletniej przerwie spowodowanej pandemią, zawieszonej działalności Rady Seniorów. Bezpośrednio po mszy, w jednej z sal pobliskiej restauracji „Murowianka” uczestnicy spotkania zapoznali się z planami działalności stowarzyszenia na najbliższą przyszłość. Za sprawę priorytetową uznano konieczność rozszerzenia zasięgu terytorialnego działania Rady, poprzez pozyskiwanie nowych członków z terenu powiatu bocheńskiego. Ustalono również termin kolejnego zebrania, które odbędzie się pod koniec czerwca br.

Cieszy liczna obecność członków Rady, uczestników tego spotkania, a także całkiem niezła kondycja fizyczna zdecydowanej większości Seniorów. Ludzi, którzy bezinteresownej działalności sportowej poświęcili znaczną część swojego życia. Działalności na rzecz innych… (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | 1 komentarz

BKS – nic nie jest dane na zawsze… cz.10

Kolejny już raz, bez względu na trwający jeszcze sezon piłkarski, do Bocheńskiego Klubu Sportowego powraca szara rzeczywistość, potwierdzającą znaną heglowską teorię, że ( w dowolnym tłumaczeniu) „historia uczy tego, że ludzie nic się z niej nie nauczyli”… Dziesięć ostatnich lat funkcjonowania Klubu to powtarzająca się huśtawka wzlotów i upadków sportowo-organizacyjnych. Nerwowa i krótkowzroczna, z jednej strony podszyta strachem i niepewnością finansowego jutra, z innej, często wypełniona niezdrowymi i bez pokrycia ambicjami działaczy i klubowych władz. Ekip nastawionych na doraźny, choćby chwilowy sukces sportowy, ale tylko drużyny seniorów. Działających wg. prostego schematu – naściągać obcych, „gotowych” zawodników i zapowiadać walkę o awans. Regularnie też kończy się to w podobny sposób – po chwilowym sukcesie (wtedy awans do III-ligi), potem wszystko wraca do normy: – walka o utrzymanie, spadek, odejście zawodników. Następnie „zmiana warty”, czyli wybory nowych władz, buńczuczne plany i zapowiedzi, kolejny napływ obcych zawodników, tym razem pod postacią egzotycznej armii zaciężnej, potem systematyczny zjazd w tabeli po równi pochyłej, zakończony niewypłacalnością i pustkami w kasie, planowym exodusem pozyskanych „gwiazd” oraz rejteradą znaczącej części klubowych władz. Te cztery lata (2017-2021) radosnej twórczości ówczesnego kierownictwa Klubu (chyba nie muszę przypominać składu Zarządu Klubu i tego , kto był prezesem), to odwleczona w czasie, bo na ten rok i sprezentowana już nowemu prezesowi BKS-u degradacja zespołu seniorów do piątej ligi. Jakby komuś było mało tych „osiągnięć”, to także spadek obydwu drużyn juniorów z ligi juniorów starszych i młodszych. Dodatkowo, do tegorocznych rozgrywek nie zgłoszono zespołu juniorów młodszych z powodu braków kadrowych, czyli przekładając „na nasze”, nie uzbierano nawet jedenastu zawodników. Przyczyną tego jest coraz mniejszy dopływ do Klubu ich młodszych kolegów, czyli trampkarzy. Przyszłościowo, z pewnością nie wygląda to zbyt optymistycznie, tym bardziej że w Klubie w dalszym ciągu pozostała część osób funkcyjnych z poprzedniego składu, współodpowiedzialnych za wyniki Klubu. Chyba, że wówczas byli oni ubezwłasnowolnieni w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji – a to przepraszam…

Trampkarze byli zawsze nieodłączną częścią tego Klubu… Początek lat sześćdziesiątych ub. wieku – wakacyjna szkółka trampkarzy i ich opiekunowie – od lewej Marian Biernat, Stanisław Mastaj i Józef Rudnik.

Ale odłóżmy na bok złośliwości… Wbrew pozorom, piąta liga w obecnym kształcie wcale nie musi być – i z pewnością nie będzie – tylko chwilowym miejscem pobytu dla BKS-u, zakończonym szybkim powrotem do czwartoligowego grona. Tutaj się można zadomowić na trochę dłużej niż jeden sezon i z takim scenariuszem też trzeba się liczyć! Ciekawi mnie, czy w tej nowej rzeczywistości nastąpi jakaś znacząca rewizja poglądów kierownictwa Klubu na dalszą działalność, czy wszystko znów potoczy się w starym stylu i zakończy w łatwy do przewidzenia sposób? Czy działaczy będzie stać na jakieś odważne posunięcie, które pozwoli przywrócić to, co jest podstawą bytu każdego klubu piłkarskiego, czyli szkolenie młodzieży już od poziomu trampkarzy? Od wielu lat powtarzam i będę to robił do znudzenia, bo tylko poprzez zachowanie ciągłości szkolenia, zaczynając od piłkarskiego narybku, w jednym i tym samym środowisku można wychować w przyszłości zawodników, dla których przywiązanie do barw klubowych będzie czymś ważnym i naturalnym. Zdaję sobie sprawę z tego, że w trwającym już od bardzo dawna bocheńskim, sportowym piekiełku, w jego obecnym kształcie nie ma żadnych szans na jakąkolwiek współpracę między tutejszymi podmiotami prowadzącymi szkółki i tzw. akademie piłkarskie. Taki stan rzeczy jest w głównej mierze przyczyną późniejszych klubowych niedoborów kadrowych już na poziomie juniorskim, ponieważ co bardziej utalentowani adepci piłkarskich szkółek są wywożeni przez rodziców, lub oferowani przez prywatnych właścicieli tych szkółek do krakowskich (i nie tylko) klubów ligowych. W większości przypadków tracą na tym dzieci, bo przerośnięte ambicje rodziców dość często nie współgrają z umiejętnościami ich pociech, lub oczekiwaniami trenerów w tych klubach. Niestety, szanse na zaistnienie dostają tylko nieliczni, zaś pozostali muszą pokrótce opuścić owe kluby, w stresie i rozczarowaniu. Nie słyszałem też, aby swoją piłkarską przyszłość chcieli łączyć z BKS-em… Przy okazji – wcale nie próbuję zwalać winy za takie postępowanie na prywatnych właścicieli szkółek – oni nie prowadzą przecież działalności filantropijnej. Inwestują, więc chcą zarabiać…

Lata siedemdziesiąte… Marian Biernat, Marian Foszcz i Stanisław Broszkiewicz ze swymi podopiecznymi…

Zdecydowanie inaczej przedstawia się sprawa szkolenia trampkarzy pod szyldem MOSiR-u. Pisałem już o tym nieraz i będę pisał aż do skutku, że nie ma i nie powinno być zgody na to, by za nasze, podatników pieniądze szkolono tam bocheńskie dzieci dla obcych klubów i handlowano nimi. Ponieważ pamięć ludzka jest zawodna, pozwolę sobie przypomnieć pewne fakty i ustalenia. Cofnijmy się do lat dziewięćdziesiątych… W pierwszym okresie po transformacji ustrojowej, z uwagi na bardzo trudną sytuację finansową bocheńskiego Klubu pozbawionego jakichkolwiek dotacji, Miasto zobowiązało się ponosić koszty szkolenia młodych trampkarzy BKS-u oraz opiekujących się wtedy nimi szkoleniowców. Początkowo odbywało się to poprzez Miejski Ośrodek Sportu działający przy Wydziale Oświaty UM w Bochni, później piłkarską młodzież ulokowano w strukturach Miejskiego Domu Kultury.

Rok 1978… Kolejne roczniki najmłodszych piłkarzy BKS-u z wciąż niezastąpionym szkoleniowcem Marianem Biernatem…

Po wielokrotnie opisywanym przeze mnie, oszukańczym uwłaszczeniu się Miasta na majątku BKS-u, w styczniu 1996 roku powstał Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Przejął on finansowanie piłkarskiej młodzieży na dotychczasowych zasadach. Gwarantowało to stały dopływ młodych zawodników kończących wiek trampkarza do klubowego zespołu juniorów. W 1999 roku dyrektorką MOSiR-u została osoba, która zarządza tym Ośrodkiem już 23 lata. Wystarczająco dużo napisałem o wieloletnich, niekończących się wysiłkach pani dyrektor, związanych, delikatnie mówiąc, z utrudnianiem normalnego, czyli statutowego funkcjonowania Bocheńskiego Klubu Sportowego. Teraz skupię się tylko na działaniach związanych z szkoleniem trampkarzy, mających rzekomo zasilać szeregi lokalnego Klubu. Otóż, od blisko dziesięciu już lat trenerzy młodzieży zatrudnieni u szanownej pani dyrektor, wypracowują w MOSiRze nowatorski system szkolenia trampkarzy dla Bocheńskiego Klubu Sportowego. Polega on mniej więcej na tym, żeby systematycznie, z roku na rok, zmniejszać ilość młodych zawodników, którzy mogliby zasilić BKS! Żmudna, kilkuletnia praca solidnie wykształconej kadry trenerskiej – nieważne(?), że kiedyś czołowych zawodników naszego Klubu – przyniosła długo oczekiwany efekt. Udało się! W ostatnim okresie do BKS-u nie dołączył ani jeden z wielu zawodników, kończących w MOSiRze trampkarskie szkolenie… Brawo, panowie. Gratuluję sukcesu…

Połowa lat dziewięćdziesiątych… Trener Wiesław Biernat z zespołem trampkarzy (jeszcze) BKS-u…

Dlaczego tak się dzieje, że w dalszym ciągu kolejne władze Bocheńskiego Klubu Sportowego, same i z własnej woli, podcinają gałąź na której siedzą? Odpowiedź jest stosunkowo prosta – z wygodnictwa, podpierając się stale tą samą śpiewką – „po co drażnić panią dyrektor!” Powstaje więc pytanie, czy kolejny raz Zarząd BKS-u (w ramach „niedrażnienia”) będzie wyczekiwał na jakieś trampkarskie resztówki, których MOSiR-owi nie udało się przehandlować, czy wreszcie podejmie jakąś wiążącą decyzję? Np. o samodzielnym szkoleniu piłkarskiego zaplecza dla tego Klubu? Czy wciąż myślą, że ktoś to za nich zrobi? I tutaj należy przypomnieć bardzo ważną rzecz – żaden z poprzednich burmistrzów (pp.Wojciechowski, Cholewa, Kosturkiewicz) nie pozwalał sobie na to, by ktokolwiek, bez ich wiedzy i zezwolenia przejmował ich kompetencje i lekceważył obowiązujące ustalenia! Niestety, nie należy do tego grona burmistrz trzeciej już kadencji, który scedował na dyrektorkę MOSiR-u uprawnienia dotyczące podejmowania wszelkich decyzji związanych z bocheńskim sportem i jest to wykorzystywane w bezwzględny i bezkarny sposób! Efekty tych działań od lat konsekwentnie uderzają w podstawowe interesy Klubu – przypomnę choćby sztandarowe osiągnięcie tego duetu, czyli nieodwracalną dewastację jedynego w Bochni boiska piłkarskiego. (jzawada)

Pytanie, co dalej z bocheńską piłką w tym jubileuszowym czasie pozostaje wciąż bez odpowiedzi… Przed działaczami i piłkarzami stoją mocne wyzwania i wcale nie chodzi w tym wypadku o imprezy i uroczystości rocznicowe. Na prezenty i świętowanie trzeba sobie solidnie zapracować…

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

Zmarł Tadeusz Możdżeń (1940-2022)

W sobotę 02.04.22 odszedł od nas na zawsze Tadeusz Możdżeń, były piłkarz ręczny klubu BKS ”Górnik” Bochnia i AZS Kraków. Znany i ceniony bocheński księgarz. Ojciec Janusza i Andrzeja, b. piłkarzy BKS Bochnia.

Tadeusz, spoczywaj w pokoju, niech Ci ziemia lekką będzie… Serdeczne kondolencje dla Rodziny śp. Zmarłego.

Msza Św. żałobna w kaplicy Cmentarza przy ul. Orackiej w czwartek 07.04.2022r. o godz. 10.00.

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – nic nie jest dane na zawsze… cz.9

Powszechnie wiadomo, że do prowadzenia jakiejkolwiek działalności, nie wyłączając działalności pożytku publicznego oraz „non profit”, potrzeba pieniędzy. Jedni mają ich wystarczająco dużo by móc spokojnie i bez większych problemów funkcjonować, inni zaś muszą się stosować do ludowego porzekadła „tak krawiec kraje, jak mu materii staje”… W odniesieniu do naszego, lokalnego podwórka sportowego, wygląda to w sposób następujący – jednostka budżetowa pod nazwą MOSiR, której podstawowym celem jest prowadzenie działalności sportowej i rekreacyjnej oraz zarządzanie powierzonymi obiektami jest utrzymywana z pieniędzy samorządu terytorialnego, czyli tzw. kasa należy jej się „z urzędu”. Pozostałe organizacje, kluby i stowarzyszenia mogą występować do UM o dofinansowanie z puli dotacji celowej w zakresie sprzyjania rozwojowi sportu. I tak, w 2022 roku MOSiR, występujący dodatkowo pod nazwą TS MOSiR finansowo zasilany jest z dwóch źródeł – jako jednostka organizacyjna Gminy Bochnia otrzymał ponad 1,8 mln złotych, zaś pod drugą postacią 102 tysiące z dotacji celowej. Pisałem już niedawno o tym nieprzypadkowym podobieństwie nazw, zaś pewną ciekawostką rodzajową wydaje się być to, że próżno szukać w wykazie beneficjentów budżetowych miasta na rok bieżący jednostki organizacyjnej pod nazwą MOSiR Bochnia. Wydatki na tę tajną organizację ukryto w rubryce „obiekty sportowe” – (pula 5 mln 300 tys. zł.) jako „wydatki związane z realizacją zadań statutowych” (1 mln 801 tys.). Resztę tej kwoty, (3,5 mln zł.) stanowią… wynagrodzenia i składki od nich naliczane. I ta suma już jest lekko szokująca! Tymczasem dla pozostałych organizacji sportowych Bochni ( o dofinansowanie wystąpiło 11 klubów i stowarzyszeń) przeznaczono… 300 tys. złotych. Odliczając kwoty, które otrzymał Bocheński KS (143 tys.) oraz wspomniany wyżej TS MOSiR, dla pozostałych dziewięciu organizacji zostało raptem 50 tys. złotych! Futsalowcy z BSF-u mają otrzymać 24 tys, TKKF „Promień” – 7 tys. Na 6 tys. wyceniono sportową część działalności bocheńskiego LOK-u. Resztą miejskiej jałmużny „obłowiło” się sześć pozostałych stowarzyszeń (po 3 tys. zł.) Szczegółową listę nagrodzonych szczęśliwców przedstawił w połowie stycznia w swoim portalu bochnianin.pl

Trudno to zostawić bez komentarza… Nie mam żadnych zastrzeżeń co do potrzeby finansowania jakiejkolwiek sekcji sportowej, czy rekreacyjnej, ale musi obowiązywać jakaś logika i elementarna odpowiedzialność za rozdział i gospodarowanie publicznymi przecież pieniędzmi. Może by tak któraś z sekcji MOSiR-u spróbowała funkcjonować przez rok z dotacją w wysokości 3 tysiące złotych? W dodatku na wynajmowanych odpłatnie obiektach i w czasie narzuconym przez wynajmującego? Bocheńskie Stowarzyszenie Futsalu, zespół „ABJ” Bochnia, liderujący w pierwszoligowych rozgrywkach halowej piłki, na sześć kolejek przed zakończeniem rozgrywek może już być pewny historycznego awansu do ekstraklasy wskutek ukarania walkowerem za nieprawidłowości regulaminowe najgroźniejszego przeciwnika, drużyny AZS Katowice. BSF będzie pierwszym w historii Bochni zespołem grającym na najwyższym szczeblu rozgrywek. Od Miasta, w uznaniu zasług, dostało zapomogę w zawrotnej wysokości 24 tysiące złotych, a w „bonusie” żadnego jeszcze zapewnienia o możliwości korzystania z hali w godzinach przewidzianych na telewizyjną transmisję spotkań bocheńskiej drużyny z elitą polskiego futsalu! To się normalnie w głowie nie mieści… mieć za darmo reklamę miasta na ogólnopolskiej antenie i robić z tego tytułu jakieś utrudnienia! Takie cuda możliwe tylko w Bochni…

Zakończę trochę pozasportowo… Szukając w budżetowych zapisach interesujących mnie treści, trafiłem zupełnie przypadkowo na kilka ciekawych pozycji zatwierdzonych na ten rok. Świadczą one o powadze niektórych inwestycji i dotyczą wysokości środków budżetowych przeznaczonych na dany cel.

Jeśli tak wygląda część tej kolumny po „remoncie” wykonanym trzy lata temu, to chcę wiedzieć kto to robił i za ile? I w jakim stanie była sama figurka, że trzeba ją było w trybie pilnym ściągać z kolumny?

Jednym z takich priorytetów jest rekonstrukcja figurki Matki Bożej z Dzieciątkiem przy ul. Proszowskiej – przydzielono na to… 80 tys. złotych! Dlaczego Miasto z pieniędzy podatnika funduje renowacje przedmiotów kultu religijnego? I to nie pierwszy raz – całkiem niedawno, bo w 2018 roku, jak głosi napis na cokole, wykonano remont tego pomnika ze środków Gminy Miasta Bochnia i Województwa Małopolskiego! Jeśli bocheńscy radni odczuwają taką potrzebę, to niech przeznaczą na ten cel swoje diety, a resztę powinni dorzucić lokatorzy pewnej okazałej budowli w pobliżu bocheńskiej bazyliki i ich przełożeni z KK – przecież to ich branża… Kolejnym przedsięwzięciem najwyższej rangi jest rzeźba ilustrująca legendę o pierścionku św. Kingi – miała kosztować skromne 400 tys. złotych, ale p. burmistrz uznał, że na arcydzieło wykonane przez tej klasy fachowca jakim jest prof. Czesław Dźwigaj nie można skąpić grosza! Artysta wycenił swoją pracę na 540 tys. złotych (na tyle opiewa umowa), więc burmistrz w ramach autopoprawki przesunął (czytaj: zabrał) brakujące 140 tysięcy z innych pozycji w budżecie i po problemie – na tym stanowisku trzeba mieć gest! Przecież to są te niecierpiące zwłoki priorytety w czasie pandemii, szalejącej drożyzny i galopady cen, a także niepokojów społecznych wywołanych toczącą się wojną, niecałe 200 km od Bochni. Ale co tam, to tylko śmieszne, niewiele ponad pół miliona – w UM powiedzą, że znów się czepiam… Dla porównania wysokości przyznanych kwot, pierwszy z brzegu przykład – na odwlekaną od wielu lat budowę mostu na potoku Babica na ul. Parkowej, wraz z remontem przyległych alejek zapisano… 100 tys. złotych!!! W tym momencie, w trosce o swoje zdrowie psychiczne zakończyłem lekturę budżetu Bochni…

Most-ruina na drodze do „Parku Rodzinnego Uzbornia”…

Dość tego! Wystarczy już tych legendarnych itp. poczynań władz miasta i jego niektórych urzędników (fontanna, tężnia, betonowe centrum miasta, dewastacja boiska piłkarskiego) i wydawanych lekką ręką nie swoich pieniędzy. Idzie wiosna, czas na zmiany – nasze miasto tego potrzebuje… (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – nic nie jest dane na zawsze… cz.8

„Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień…” – tak mniej więcej brzmi biblijny przekaz. Ludzką rzeczą jest błąd popełnić i każdemu może się to przytrafić, więc i urzędnikowi. Ale czymś równie normalnym powinno być ponoszenie wszelkich konsekwencji, także prawnych przez osobę, która się tego dopuściła. Regulują to odpowiednie przepisy i paragrafy karno-administracyjne i ja ich nie wymyśliłem. Często się jednak zdarza, że względem prawa jedni są równi, a inni… równiejsi! Czy tak było w tym przypadku, osądźcie sami na podstawie poniższej historii. Zastrzegam też, że nie brałem udziału w opisywanych wydarzeniach, ani nie byłem ich inspiratorem – posiadam jedynie kopie pewnego pisma…

W 2014 roku do ówczesnego przewodniczącego Komisji Rewizyjnej Rady Miasta Bochnia wpłynęło pismo sygnowane podpisem „Mieszkańcy Miasta” z zapytaniem, czy nie doszło do naruszenia prawa przez urzędującą dyrektorkę MOSiR-u w związku z pełnioną funkcją. W piśmie tym, powołując się na odpowiednie przepisy (ustawa z dnia 21.11.2008 o pracownikach samorządowych oraz ustawy o samorządzie gminnym) wskazano na ewidentne przypadki naruszenia prawa przez dyrektorkę MOSiR-u, w związku z jej równoczesnym zasiadaniem we władzach stowarzyszenia o całkiem „przypadkowo” i podobnie brzmiącej nazwie „Towarzystwo Sportowe MOSiR”… Dlaczego taka akurat nazwa? Między innymi po to, by ewentualny prywatny sponsor był przekonany, że wspomaga miejski ośrodek sportu, a nie prywatne stowarzyszenie. Dla wyjaśnienia – stowarzyszenie to zawiązano w celu umożliwienia oddzielnego finansowania sekcji sportów wyczynowych ( m.in. II-ligowej piłki ręcznej) utrzymywanych, niezgodnie z obowiązującymi przepisami, w strukturach MOSiR-u od momentu wycofania się sponsora sekcji, czyli „Stalproduktu”. Od początku założenia stowarzyszenia „TS MOSiR” w 2011 roku, aż do nagłośnienia sprawy w 2014 roku, a więc przez blisko trzy lata, w składzie ścisłego kierownictwa stowarzyszenia figurowało nazwisko dyrektorki MOSiR-u, jako skromnego sekretarza tegoż stowarzyszenia.

W czym tkwi problem? Otóż zapisy wymienionej powyżej ustawy z dnia 21.11.2008 roku mówią jasno: – „pracownik samorządowy na stanowisku kierowniczym nie może prowadzić działalności gospodarczej na własny rachunek, ani zarządzać taką działalnością lub być jej przedstawicielem, gdyż zachodzi uzasadnione podejrzenie o stronniczość i interesowność” – i w tym przypadku prawo naruszono. Kolejny artykuł tej ustawy zabrania kierownikom jednostek samorządowych prowadzenia działalności gospodarczej z wykorzystaniem mienia komunalnego gminy – prawo naruszono. Następny artykuł nakazuje urzędnikowi złożyć oświadczenie o prowadzeniu takiej działalności, zaś zatajenie lub podanie nieprawdy powoduje odpowiedzialność karną – w oświadczeniu majątkowym napisano -„nie dotyczy” – podano więc nieprawdę! W związku z powyższym pozwolę sobie zacytować art.30 pkt.2 tejże ustawy: „W przypadku stwierdzenia naruszenia przez pracownika któregokolwiek z zakazów o których mowa w ustawie, niezwłocznie rozwiązuje się z nim, bez wypowiedzenia, stosunek pracy w trybie art.52 par.2 i 3 KP, lub odwołuje się go ze stanowiska”.

Pismo „Mieszkańców Miasta” mimo faktu, iż było anonimem, potraktowano w UM bardzo poważnie i nadano mu przewidziany przepisami bieg. Zajęli się nim prawnicy i już wkrótce efektem ich wytężonej pracy było… umorzenie całej sprawy! Jeśli nie dopatrzono się uchybień objętych paragrafami kodeksu karnego, to już złamanie przepisów ustawy o pracownikach samorządowych było ewidentne i powinno skutkować opisanymi w tej ustawie sankcjami. Żeby nie było też niejasności, nie chodzi tutaj o to, że samo utworzenie stowarzyszenia „TS MOSiR” było niezgodne z prawem. Tylko, na Boga, nie róbmy z ludzi idiotów!!! Ta farsa trwa do dnia dzisiejszego. Bo jeśli ktoś myśli, że zniknięcie, po blisko trzech latach, jednego nazwiska ze składu zarządu „TS MOSiR” cokolwiek zmieniło w sposobie działania i funkcjonowania tego stowarzyszenia jest w dużym błędzie. Przecież wyczynowcy z sekcji piłki ręcznej, koszykówki, a także judo w dalszym ciągu korzystają bez ograniczeń z przywilejów zastrzeżonych wymienionymi wcześniej paragrafami – hala sportowa, boiska, pomieszczenia biurowe, szatnie. Za tym idę wciąż pieniądze i to niemałe – w tym roku blisko dwa miliony z budżetu (dokładnie jeden milion osiemset jeden tysięcy złotych) otrzyma na swoją działalność MOSiR, dodatkowo „TS MOSiR” 102 tysiące – dla porównania BKS otrzyma 143 tysiące. Fikcją na użytek publiczny jest udawanie, że zarówno MOSiR jak i „TS MOSiR” to dwa niezależne byty, bo od 2014 roku zarządzane już w innym zestawie osobowym. Przecież wszyscy wiedzą, że król jest tylko jeden! Sorry, królowa… Więc przy tej okazji pozwolę sobie zażartować – jeśli wszystko powyższe odbywa się na całkowitym „legalu”, to co stoi na przeszkodzie, by do tego miejskiego, finansowego kurka oraz obiektów i urządzeń podłączyć także piłkarzy nożnych i upchnąć ich w jakimś zakamarku sportowego monopolisty jakim jest MOSiR? Jak już jechać po tzw. bandzie to idźmy na całość! Bo dlaczego jedne i to wcale nie rekreacyjne sekcje sportowe mogą korzystać z całorocznej, troskliwej opieki oraz finansowania z kasy Miasta, a drudzy muszą „wyżebrywać” od prywatnych osób i firm złotówki brakujące do jako takiego funkcjonowania Klubu?

Jednym z powodów, dla którego przypomniałem ową historię, jest wykazanie niedopuszczalnych różnic w ponoszeniu konsekwencji i odpowiedzialności za określone czyny lub przewinienia. Ale odpowiedzialnością nie można obciążać tylko tej jednej osoby. Są ważniejsi przecież w naszym mieście decydenci, od których oczekuje się działań zgodnych nie tylko z literą prawa, ale także z podstawami przyzwoitości i równego traktowania obywateli tego samego miasta. Można było dwa lata wcześniej urządzać pokazówki i epatować opinie publiczną bzdurnymi i wyssanymi z palca oskarżeniami pod adresem klubowych działaczy o złodziejstwo i malwersacje finansowe! Nikt już nie naprawi krzywd wyrządzonych, walczącemu wówczas z nieuleczalną chorobą, Antoniemu Noszkowskiemu, jednemu z najbardziej oddanych Klubowi ludzi, który przez ponad trzydzieści lat czynnie wspierał i organizował działalność Klubu. Obrażano uczucia oraz dobre imię ludzi, którzy społecznie i w dodatku własnymi pieniędzmi wspomagali Klub! Tych działaczy, właścicieli prywatnych firm i innych społeczników, skutecznie i raz na zawsze „wyleczono” z jakiejkolwiek działalności na rzecz Klubu. Przykre to wszystko, wręcz podłe i oby już nigdy się nie powtórzyło…

Na górnym obrazku miejski wreszcie stadion, ale żeby nie było niejasności kto tu rządzi…

Dlatego uważam, że najwyższy już czas, by zacząć inaczej myśleć i działać. Zakończyć te ciągłe i niezdrowe przepychanki i wreszcie zacząć ze sobą współpracować na mądrych i uczciwych zasadach. Przestać faworyzować jednych sportowców i ich potrzeby, kosztem pozostałych. Psuje to od lat atmosferę w sportowym środowisku miasta i jest przyczyną wielu niepotrzebnych konfliktów. Ale żeby to nastąpiło, konieczna jest zmiana sposobu postrzegania i traktowania Klubu i jego potrzeb zarówno ze strony UM jak i MOSiR-u. Ciągle trzeba mieć nadzieję, że jest to realne… (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – nic nie jest dane na zawsze… cz.7

Bardzo skutecznym, jak się okazuje, sposobem zakłamywania sportowej rzeczywistości Bochni jest stworzony przez MOSiR (czytaj: jego kierownictwo) jedynie słuszny model zarządzania sportem w naszym mieście – najważniejsze jest to, co NAM się podoba! Początkowy, teraz już prawie dwudziestopięcioletni okres działalności tego kierownictwa (niedługo „srebrne gody”!) w dużym stopniu był wspomagany i warunkowany dotacjami możnego sponsora („Stalprodukt”) dla najbardziej popularnych sekcji, tzn. piłki nożnej i ręcznej, więc tym samym zapewniał w miarę spokojny byt wymienionym sekcjom i działaczom, bez ingerowania w ich funkcjonowanie ze strony MOSiR-u. Finansowa sielanka nie trwała jednak zbyt długo i w dużym stopniu była to zasługa ówczesnej, byłej już v-ce burmistrzyni. Nieudolne próby pouczania prezesa „Stalproduktu” (podczas tzw. roboczej wizyty w siedzibie firmy) na jakie cele powinien wydawać pieniądze, zakończyły się natychmiastowym wycofaniem firmy z finansowania sportu w Bochni!!! Wtedy też zaczęły się „tłuste” lata dla pozbawionych sponsoringu obydwu sekcji Klubu…

W jednym momencie rozleciała się aspirująca do ekstraklasy pierwszoligowa drużyna piłki ręcznej, a niedługo potem burmistrzowska para wstrzymała dotowanie sekcji piłki nożnej Klubu i oskarżyła Zarząd BKS-u o finansowe malwersacje. Głównym i mocno kontrowersyjnym zarzutem okazało się przekazanie niewielkiej części dotacji na zwrot kosztów dojazdów na treningi i mecze dla zawodników spoza Bochni wraz z dopłatami w wysokości kilkudziesięciu złotych(!) na tzw. dożywianie. Klub w związku z tym został natychmiast pozbawiony przez urzędującą skarbniczkę Miasta wszelkich dotacji z UM i w konsekwencji oddany pod dozór kuratora. Największe zdziwienie po tej decyzji wynikało z faktu, iż nad prawidłowym rozliczaniem klubowych wydatków „czuwała” oddelegowana do Klubu … urzędniczka z wydziału finansowego UM! Mało tego – jej przełożona, ta sama skarbniczka Miasta przez cztery wcześniejsze lata kadencji poprzedniego burmistrza w pełni akceptowała tę formę klubowych rozliczeń! Czyżby wcześniej była do tego zmuszana i chciała się zemścić? Tylko dlaczego na Klubie? Przyznaję, że już się w tym wszystkim trochę pogubiłem… Dlatego też należy docenić konsekwentne działania kuratora, bo dzięki jego wszechstronnej pomocy i zaangażowaniu w wyjaśnienie sprawy oraz determinacji grupy działaczy, BKS w ostatniej chwili uniknął likwidacji.

W poprzednim, szóstym odcinku wspomnieniowym, zacytowałem fragment pisma burmistrza miasta, w którym w odpowiedzi na interpelację jednego z radnych wypisane były wszystkie „dobrodziejstwa i łaski” Miasta spływające ponoć szerokim strumieniem do Klubu. Jak się to ma do rzeczywistości na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, w ramach odświeżania pamięci postaram się przedstawić…

Zacznę od przypomnienia wpisu w moim blogu z lipca 2012…

Bocheński sport wg. MOSiR-u – c.d.

Opublikowano na 7 sierpnia 2012 by bksoldboy

Poniedziałek 06.08.2012 godz.19.00.. Miejsce – Miejski Stadion Sportowy w Chodenicach n/Rabą, administrowany przez MOSiR Bochnia. Trening III-ligowej drużyny piłkarskiej BKS Bochnia.

Wrażenia wizualne niezapomniane – ok. 1/3 murawy zajęta przez sporą grupę osób z psami, które szkolą się pod komendą jakiejś pani. Czworonogi wyraźnie podenerwowane przelatującą co jakiś czas piłką. Trochę dalej, podobną część boiska zajmuje kilkanaście betonowych podstaw parasoli (pozostałość po niedzielnej imprezie organizowanej przez MOSiR). Na środku boiska (sic!) stoi duży samochód dostawczy, do którego zbierane są te betony. Obok, na zielonej murawie, czerni się duża plama po wylanym na ziemię oleju ze smażonych frytek oraz  innych imprezowych „smakołyków”. No i wreszcie, na pozostałym skrawku trawy ćwiczy grupa ok. dwudziestu piłkarzy, przygotowujących się do III-ligowego sezonu. Jak widać, warunki do treningu wprost wymarzone – pełny komfort!

Tak wygląda pomoc Miasta dla Bocheńskiego Klubu Sportowego w wykonaniu MOSiR-u! Wprost poraża bezczelność i samowola ludzi zarządzających sportem w Bochni, z pełnym  błogosławieństwem burmistrza. Nieodparcie narzuca się pytanie, jak można tak upokarzać, a jednocześnie narażać zdrowie tych młodych ludzi, fundując im takie warunki? Już najwyższy czas, by do niektórych zakutych łbów wreszcie dotarło, że obiekty sportowe, w pierwszej kolejności, mają służyć sportowcom, a Bocheńskiemu Klubowi Sportowemu należy się szacunek, na który zasłużył swoją długoletnią służbą dla dobra mieszkańców miasta. (jzawada)…”

Przedstawiona powyżej historia to nie jednorazowy przypadek – boisko w Chodenicach było odpłatnie udostępnione do szkolenia psów przez wiele miesięcy na podstawie zawartej umowy MOSiR-u z treserką.

Za to możliwość przeprowadzenia treningu piłkarskiego na płycie boiska w Bochni była (i jest) uzależniona od kaprysu i „widzi mi się” p. dyrektor. Nie miało żadnego znaczenia, że np. za dwa dni był mecz mistrzowski. Zawsze znalazł się jakiś powód – albo za mokro, albo za …sucho. Ale na treningi mosirowskich grup młodzieżowych murawa była i jest dostępna. Nikogo też nie obchodziło, że na dojazd zawodników nad Rabę, znajdujący się w tragicznej sytuacji finansowej Klub musiał wynajmować i opłacać dodatkowo transport… Osłabiająca bezsilność, coraz częściej przeradzająca się w uczucie, które można wyrazić tylko niezbyt parlamentarnym określeniem nachodziło zawsze człowieka, kiedy uzmysławiał sobie, że kierownictwo MOSiR-u „obsiadujące” wraz ze swoimi podwładnymi trzy potężne obiekty (hala widowiskowa, budynek przy Parkowej oraz budynek na terenie dawnej jednostki wojskowej), a także bezproblemowo wynajmujące dla swoich podopiecznych sale gimnastyczne w bocheńskich szkołach, nie udostępni nawet najmniejszego, samodzielnego pomieszczenia dla BKS-u. Niejednokrotnie działacze sekcji piłki nożnej, lub członkowie Zarządu Klubu „obradowali” na boiskowej trybunie, czy nawet na ławce przed budynkiem. Oczywiście pana burmistrza też to nie obchodziło i jedyną radą na problemy była ta sama odpowiedź:- „proszę zwrócić się do pani dyrektor”…

A pani dyrektor nie ustawała w „pomaganiu” Klubowi, jednocześnie starając się zacierać wszelkie ślady po nim. Z budynku przy Parkowej na lata znika tabliczka z nazwą Klubu. Została zamknięta główna brama wejściowa na stadion i zlikwidowane pomieszczenie w którym sprzedawano bilety. Na mecze piłkarzy kibice wpuszczani byli przez małą furtkę od strony Parkowej, co automatycznie przekładało się na duży spadek oglądalności spotkań i tym samym przychodów ze sprzedaży biletów, bo wielu potencjalnych „oglądaczy” nawet nie wiedziało, że coś się dzieje na boisku. Stadion już nie był „miejski”, ale „mosiru”. O samowolnej dewastacji płyty boiska już pisałem, mogę tylko dodać, że w opinii zawodników, niezbyt fachowo obsługiwana i rzadko konserwowana nawierzchnia obecnego boiska już dawno zamieniła się w nierówne klepisko… Za tydzień ciąg dalszy i … jeszcze ciekawszy… (jzawada)

2013 r. W napisie jedno cygaństwo i jeden żart – stadion MIEJSKI, nie Mosir-u, a żartem jest logo Mosir-u… z piłką nożną!

Ps. Przez okrągłe dwa lata (2014-2016) wraz p. Wiesławem Biernatem odbyliśmy wiele spotkań, organizowanych dzięki i przy wydatnej pomocy radnego Jana Balickiego, z burmistrzem miasta w sprawie utworzenia, zgodnie z zapisami podjętej dwadzieścia lat wcześniej Uchwały, Miejskiego Bocheńskiego Klubu Sportowego, jak również przekazania Klubowi jakiegoś pomieszczenia w dawnym budynku Klubu przy Parkowej. Nasza „żebranina” częściowo przyniosła skutek, czego efektem jest udostępnienie BKS-owi owego pomieszczenia na biuro. Niestety, po wyborach nowego Zarządu Klubu w 2017 r, ówcześni działacze nie zrobili nic, (a obecny Zarząd pewnie nie zna tematu) by sfinalizować w UM ostatni etap ustaleń w sprawie Miejskiego BKS i podpisać dokument, którego kopia jest w moim posiadaniu. A szkoda. Na całe szczęście p. burmistrz wywiązuje się z najważniejszej części tych ustaleń i dzięki temu konto Klubu już od kilku lat zasilane jest stałą dotacją z miejskiej kasy. (jz)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – nic nie jest dane na zawsze… cz.6

Sto lat Bocheńskiego Klubu Sportowego to spory okres czasu w ponad siedemsetletniej historii naszego miasta. To niezliczona ilość indywidualnych historii z życia tysięcy ludzi, którzy na przestrzeni tych stu lat związali się na dobre i na złe z Bocheńskim Klubem Sportowym, wpisując się na stałe w jego historię.
Przez całe dziesiątki lat ten wielosekcyjny Klub był drugim domem dla całych pokoleń młodych bochnian, miejscem, w którym wykuwały się charaktery, nie tylko sportowe, wielu późniejszych znaczących obywateli naszego miasta. Miejscem, w którym wynik sportowej rywalizacji nigdy nie był stawiany wyżej od dobrego i godnego wychowywania członków tej społeczności. Władze miasta doceniały znaczącą społecznie rolę Klubu i zawsze – choć w miarę możliwości – wspomagały jego działalność, zaś potrzebę prowadzenia takiej działalności potwierdzały liczne rzesze kibiców i sympatyków obserwujących zawody sportowe. Tak było do końca lat osiemdziesiątych. Jednak od czasu transformacji ustrojowej Klub boryka się z ogromnymi problemami.

Odręczny odpis dokumentu, którego oryginał znajduje się w archiwum bocheńskiego Sądu Rejonowego. Widnieje na nim skład osobowy ówczesnego Zarządu Klubu wraz z adnotacją o „rezygnacji” z odpowiedzialności przez jednego z członków zarządu… Powyższego odpisu dokonała uprawniona osoba z Urzędu Miasta.

Całkowity brak zainteresowania władz miejskich sytuacją finansową Klubu, w połączeniu z porażającą wręcz nieudolnością ówczesnych zarządców BKS-u spowodował w połowie lat dziewięćdziesiątych przekazanie przez tę ekipę obiektów klubowych do mającej powstać spółki akcyjnej z udziałem Miasta i Klubu. Na zwołanym w dniu 13 grudnia 1995 roku Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu Członków Bocheńskiego Klubu Sportowego, które miało zadecydować o dalszych losach Klubu, burmistrza Bochni Teofila Wojciechowskiego reprezentowali dyrektor MDK-u, Krzysztof Pławecki oraz członek Zarządu Miasta, Marek Mazur.

Fragment wypowiedzi Pana Jacka Pacuły, ówczesnego, niestety nieżyjącego już prezesa  BKS-u dla Kroniki Bocheńskiej (grudzień 1996) : „…Pan Pławecki ogłosił, że miejski zarząd ma świetny projekt wybawienia klubu z opałów… Obiecywał szybkie powołanie Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, a w jego ramach miejsce dla piłkarzy BKS, czyli drużyn z IV ligi i A-klasy seniorów oraz dla II-ligowych piłkarzy ręcznych z MDK. Po krótkim czasie przechowania – zapewniano nas, że nie dłużej niż 6 miesięcy – wszystkie drużyny miały być skupione w nowej spółce akcyjnej powołanej po to, by organizować i finansować działalność sportową w Bochni. Pan Pławecki mówił, że taki układ będzie działał perfekcyjnie, a nasze kłopoty finansowe nigdy się nie powtórzą. Towarzyszący mu radny Mazur z aprobatą kiwał głową…”

Choć dobra Klubu (obiekty przy ul. Parkowej) zostały przekazane Miastu w dobrej wierze i po wielu rozmowach prezesa Klubu z burmistrzem oraz zarządem Miasta, władze Bochni dość szybko pokazały, że nie mają zamiaru wywiązywać się z obietnic danych Zarządowi i członkom Klubu. Świetlana przyszłość dla BKS-u okazała się fikcją, ze spółki wyszły przysłowiowe „nici”, ale obiektów Miasto już Klubowi nie zwróciło.

Przypomniałem fragmenty artykułu z „Kroniki Bocheńskiej” z grudnia 1996 roku, w którym w miarę obiektywnie przedstawiono historię przejęcia przez Miasto majątku Bocheńskiego Klubu Sportowego, w dużej mierze pozostawiając czytelnikom ocenę opisywanych zdarzeń… (czytaj „Jak uwłaszczano majątek BKS-u„)

Ale „diabeł” jak zwykle tkwi w szczegółach, a tego już w tamtym artykule się nie zobaczy. Majątek BKS-u został przekazany przez klubowych likwidatorów w sposób niezgodny z ustaleniami podjętymi na ostatnim Walnym Zebraniu przez uprawnionych do głosowania członków Klubu . Uczestniczyłem w tym zebraniu i byłem świadkiem burzliwej dyskusji, której efektem było wypracowanie i podjęcie uchwały w takim właśnie brzmieniu:

Odręczny odpis dokumentu, którego oryginał znajduje się w archiwum bocheńskiego Sądu Rejonowego.

Proszę zwrócić uwagę na słowa mówiące o „… komunalizacji Klubu polegającej na rozwiązaniu klubu jako Stowarzyszenia i wejścia w struktury Miejskiego Klubu Sportowego łącznie z posiadanym majątkiem…” Pod takim ustaleniem Uchwały podpisali się członkowie i Zarząd Klubu! I żeby nie było niejasności – komunalizacja a darowizna to są dwie różne sprawy: komunalizuje się jakiś podmiot na określonych prawach i warunkach, zaś darowizna jest bezwarunkowa, darujący pozbywa się wszelkich praw i roszczeń! Tymczasem akt notarialny skonstruowany dziesięć miesięcy później (30.10.1996) powołuje się na… umowę darowizny!!! Dokonują jej bezpodstawnie dwaj likwidatorzy klubu, panowie J. P. oraz R. K. Tutaj przypomnienie – uchwała zobowiązywała ich tylko i wyłącznie do wykonania jej zapisów!

Obydwie strony powołują się w tym dokumencie na artykuły 36 i 38 Ustawy z dnia 07 kwietnia 1989 r. „Prawo o stowarzyszeniach” (zaznaczone zielonym kolorem), które brzmią:

 Ustawa z dnia 07.04.1989  „Prawo o stowarzyszeniach” Art. 36. 1. W razie rozwiązania się stowarzyszenia na podstawie własnej uchwały, likwidatorami stowarzyszenia są członkowie jego zarządu, jeżeli statut lub, w razie braku odpowiednich postanowień statutu, uchwała ostatniego walnego zebrania członków (zebrania delegatów) tego stowarzyszenia nie stanowi inaczej.2. W razie rozwiązania stowarzyszenia przez sąd, zarządza on jego likwidację, wyznaczając likwidatora.

Art. 38. Majątek zlikwidowanego stowarzyszenia przeznacza się na cel określony w statucie lub w uchwale walnego zebrania członków (zebrania delegatów) o likwidacji stowarzyszenia. W razie braku postanowienia statutu lub uchwały w tej sprawie, sąd orzeka o przeznaczeniu majątku na określony cel społeczny.

Nie rozumiem, jak można powoływać się na powyższe paragrafy działając odwrotnie do ich znaczenia. I że to wszystko było „zaklepywane” bez skrupułów i w poczuciu całkowitej bezkarności. Bez względu na to, że hojni pseudo-likwidatorzy nie mieli żadnych uprawnień do zmiany ustaleń zawartych w uchwale walnego zebrania członków i tym samym poświadczyli nieprawdę! Jako byłemu wychowankowi BKS-u i wieloletniemu działaczowi tego Klubu wprost w głowie się nie mieści jak można było w pełni świadomie zgodzić się na taką manipulację!? Inna sprawa, że przez całe lata nikogo z klubowych działaczy to nie obchodziło. Nawet wtedy, gdy w październiku 2011 roku napisałem o tej sprawie w artykule (BKS – czy kogoś to jeszcze obchodzi?), a potem przez ponad pięć lat, aż do końca upływającej w 2016 roku prawnej karencji dla tej likwidacji nagłaśniałem tę historię i bezskutecznie próbowałem kogokolwiek nią zainteresować, nie będąc już czynnym działaczem Klubu. Jedyną osobą, na której pomoc mogłem liczyć był radny miejski p. Janusz Balicki, który wystąpił z interpelacją do burmistrza i przekazał mi otrzymane od niego kserokopie dokumentów dotyczące opisywanej przeze mnie sprawy. Jednego odpisu tam tylko nie było, tego najważniejszego, czyli Uchwały Nadzwyczajnego Walnego Zebrania Członków BKS z 13.12.1995 r.! Była za to ciekawa adnotacja burmistrza, którą zacytuję:

–„Informuję również, że w sprawie udostępnienia powoływanej w w/w dokumentach uchwały Nadzwyczajnego Walnego Zebrania Członków Bocheńskiego Klubu Sportowego z dnia 13.12.1995 roku, dotyczącej komunalizacji Klubu, polegającej na rozwiązaniu Klubu jako stowarzyszenia i wejściu wraz z posiadanym majątkiem w struktury Miejskiego Klubu Sportowego należy wystąpić do Bocheńskiego Klubu Sportowego, gdyż Urząd nie dysponuje tym dokumentem…”

Pod tą odpowiedzią figurują podpisy obecnego burmistrza i ówczesnej wiceburmistrzyni. Tylko „zapomnieli” oni dodać, że ów dokument jest schowany przez ten właśnie Urząd w archiwach Sądu Rejonowego w Bochni!!! Próbowałem go stamtąd wydostać, ale zostałem poinformowany, że udostępniony on może być tylko uprawnionej osobie z Urzędu Miasta. Umożliwił mi to dopiero p. radny J.Balicki, który zrobił odręczne odpisy dokumentów, a kserokopie w powyższym artykule przedstawiłem.

Na zakończenie nie odmówię sobie zacytowania końcowego fragmentu pisma burmistrzowskiej pary w odpowiedzi na ową interpelację radnego: – „…Ponadto informuję, że MOSiR udostępnia Stowarzyszeniu BKS bezpłatnie boiska wraz z trybunami przy ul. Parkowej oraz w Chodenicach, zarówno do rozgrywania meczów jak i prowadzenia zajęć treningowych. BKS korzysta również z pomieszczeń magazynowych, w tym pralni i suszarni pomieszczeń biurowych, sali konferencyjnej do obrad Zarządu, sprzętu komputerowego, nagłaśniającego oraz w sezonie zimowym z sauny, siłowni i sal sportowych całkowicie bezpłatnie, nie ponosząc ŻADNYCH kosztów. Ostatnie porozumienie w tej sprawie zostało zawarte w dniu 2 kwietnia 2007 roku.Stowarzyszenie korzysta z tych przywilejów do chwili obecnej… Także w myśl zawartych z MDK umów Stowarzyszenie BKS korzysta na preferencyjnych warunkach z boiska na hali widowiskowo-sportowej oraz pomieszczenia biurowego”.

Nie będę tego komentował… nie dam rady!!! O opinię i komentarze zapytajcie zawodników i działaczy BKS-u…

Za każdym razem, kiedy wracam do tych wspomnień odczuwam coraz większy odruch wymiotny… Ileż czasu i przy pomocy jakich wykrętów i prawnych wygibasów można udawać, że nic się nie stało. Wprzęgać w to bardzo wątpliwy autorytet Miasta i jego niektórych urzędników i mieć stale gębę pełną frazesów, chwaląc się, ileż to łask spływało i spływa na ten niewdzięczny Klub. Szczerze podziwiam ludzi, którzy mimo wszystko mają jeszcze ochotę poświęcać swój czas i często prywatne pieniądze na to ciągle jako-takie funkcjonowanie Klubu. (jzawada)


Opublikowano BKS Oldboys | 1 komentarz

BKS – nic nie jest dane na zawsze… cz.5

Kartka z kalendarza… Dwadzieścia sześć lat temu, 1 stycznia 1996 roku decyzją UM Bochnia nowo powstały MOSiR uwłaszczył się na majątku Bocheńskiego Klubu Sportowego. Kulisy tego wydarzenia przypomnę już wkrótce.

Tymczasem powróćmy jeszcze do tematu związanego z tzw. remontem stadionowej bieżni, skutkującym, jak się później okazało, nieodwracalną dewastacją funkcjonalną jedynego w mieście pełnowymiarowego boiska piłkarskiego. Dostałem wiele zapytań od osób, które dziwią się, że piszę o dewastacji, a na obiekcie są przeprowadzane nie tylko treningi, ale także rozgrywane mistrzowskie mecze piłkarzy. Przyznam szczerze, że mnie samego to nurtuje, bo mocno pachnie jakimś przekrętem, w który zamieszane są dwie ugadujące się strony – zarządca boiska, czyli MOSiR i przedstawiciel Komisji Licencyjnej MZPN! W czym rzecz – wg. przepisów, które wtedy i dzisiaj obowiązują, minimalne wymiary tego typu obiektów to: dł.100m, szer. 60m, tymczasem obecne wymiary to 100×58!!! Więc jak to się dzieje, że mimo tak poważnych zastrzeżeń i warunkowego (na trzy miesiące) odbioru płyty boiska, to już szósty rok na bocheńskim obiekcie rozgrywane są oficjalne zawody piłkarskie zarówno seniorów jak i juniorów? Odwołam się więc do opinii wyrażonej wtedy przez ówczesnego przedstawiciela Komisji Licencyjnej MZPN w Krakowie, przewodniczącego p. Andrzeja Palczewskiego, nb. bochnianina, syna jednego z historycznych założycieli naszego Klubu. Nie zostawił on przysłowiowej suchej nitki na ludziach odpowiedzialnych za zaistniały stan rzeczy. W emocjonalnym komentarzu po odbiorze licencyjnym boiska działania dyrektorki nazwał świętokradztwem na jedynym w Bochni piłkarskim obiekcie blisko stuletniego Klubu. Chce jednak znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, dlatego zaproponuje Komisji warunkowy odbiór boiska ważny tylko trzy miesiące, do zakończenia IV-ligowych rozgrywek. Co będzie potem, nie pozostawia złudzeń:

… „Nie wyobrażam sobie, aby komisja zgodziła się na przyznanie licencji temu boisku w przyszłym roku. Trener zapewne zgodzi się ze mną, że strata na długości nie jest aż tak bardzo odczuwalna, natomiast na szerokości jest aż nadto widoczna. To już jest zupełnie inna gra. Gdy odległość między chorągiewką a linią pola karnego staje się tak dużo mniejsza, to staje się to parodią a nie piłką nożną. Nie mam zamiaru z panią dyrektor sprzeczać się. Stało się… (cyt.sportomaks.pl)

Przypomnę, iż rok wcześniej przed tym „remontem” kontrolujący stan obiektu zapisali w dokumencie pokontrolnym, że szerokość boiska wynosiła wówczas 67m (teraz 58m!), zaś długość 105m (teraz 100m), czyli zmniejszono powierzchnię boiska o ponad 900 mkw!!!

IS_WP_20160324_13_35_09_Pro

Ale za to mamy betonową ścieżkę zdrowia, pardon, bieżnię… Tak, betonową i wcale się nie pomyliłem! Może nie wszyscy wiedzą jak zbudowana jest taka bieżnia, więc z grubsza postaram się to opisać. Na betonowej podbudowie znajduje się natryskiwana lub wylewana ok. 13-milimetrową warstwa mieszanki poliuretanowej, po której można sobie spokojnie biegać w odpowiednim obuwiu. W przypadku bocheńskiego obiektu piłkarskiego sprawa się znacznie komplikuje – o ile na prostych odcinkach odległość linii bocznych boiska od bieżni jest stosunkowo bezpieczna, o tyle na łukach, na styku linii bocznych boiska i linii bramkowych znajduje się już niebezpieczna, betonowa pułapka. Przykryto ją kilkumetrowej szerokości kawałkami cienkiej maty ze sztucznego tworzywa (imitacji trawy) i w kilku miejscach dociążono workami z piaskiem. Luźno położone płachty nie tylko nie zabezpieczają przed niczym, ale dodatkowo stwarzają niebezpieczeństwo poślizgnięcia się, czy też zaplątania (buty piłkarskie posiadają różnej wysokości metalowe kołki) i tym samym odniesienia poważnej kontuzji w kontakcie z betonem. Nie można przecież zapominać, że w tym obszarze boiska bardzo często dochodzi do agresywnych i ostrych starć między rywalami, powodujących upadki zawodników. Nikomu nie życzę źle, ale właśnie wtedy można bardzo łatwo złamać rękę, czy rozbić głowę w kontakcie z betonem. Stąd już jeden krok do spraw sądowych i zasądzonych odszkodowań. Ale co kogo to obchodzi…

Turniej Wieliczka 2014 028
Arena Lekkoatletyczna w Wieliczce.
Wszystkim tym, którzy są (nie)odpowiedzialni za sport i bocheńskie obiekty sportowe, czyli burmistrzowi, radnym, a zwłaszcza pewnej pani marnującej społeczne pieniądze na dewastację, zwaną remontem bieżni – z okazji Nowego 2022 Roku dedykuję „obrazek” pokazujący jak powinien wyglądać normalny stadion. Stadion na miarę czasów i sensu wydawanych na taki cel pieniędzy.

Niecały rok przed rozpoczęciem tego „remontu” zespół oldbojów naszego Klubu dostał zaproszenie na turniej piłkarski w Wieliczce z okazji otwarcia Małopolskiej Areny Lekkoatletycznej w tym mieście. Mieliśmy więc okazję poznać i popodziwiać sam obiekt, jak i jego walory funkcjonalne. W skład tego kompleksu wchodzą: boisko piłkarskie ze sztuczną nawierzchnią o wym. 68m x 105m, bieżnia (z rowem do biegu z przeszkodami), rzutnia (kula), skocznie (wzwyż, w dal, o tyczce, trójskok), boiska do siatkówki i tenisa, tor narto-rolkowy, urządzenia do ćwiczeń gimnastycznych, szatnie, sztuczne oświetlenie. Obiekt tylko częściowo funkcjonuje jako komercyjny, z opłatami za udostępnianie. Jest przystosowany do treningów sportowych, organizacji zawodów i turniejów (piłkarskich, siatkarskich i lekkoatletycznych), ale także koncertów, pikników, imprez integracyjnych (w tym dla osób niepełnosprawnych). Otwarty codziennie od 8.00 do 22.00. Całkowity koszt budowy wyniósł ok. 4.6 mln złotych, przy wkładzie Miasta ok. 2 mln. Pozostałą kwotę pozyskano m.in z Totalizatora Sportowego i PFRON-u. Od wykonania projektu do otwarcia obiektu upłynęło raptem niecałe dwa lata! I co? Da się? Ale nie u nas! Bochnię stać tylko na betonową bieżnię, betonowe centrum i … beton w Urzędzie Miasta.

Na niedawnym, okolicznościowym spotkaniu w UM, burmistrz miasta zapytany przez klubowych działaczy o to, czy możliwe są jakieś przeróbki pozwalające przywrócić prawidłowe wymiary boiska dość szybko pozbawił ich złudzeń mówiąc, że w ogóle nie jest to brane pod uwagę. Pocieszył ich jednak tym, iż rozpatruje możliwość położenia sztucznej nawierzchni na bocheńskim stadionie piłkarskim!!! Przyznaję, że jestem wręcz zszokowany Jego wspaniałomyślnością. Toż to niesamowity prezent dla miasta i Klubu, prawie taki sam, jak kompleks sportowy w Chodenicach! Byłbym nawet za tym, by przed trybuną, albo w jakimś innym znaczącym miejscu stanął pomnik, albo chociaż popiersie tego wielkiego dobroczyńcy i przyjaciela Bocheńskiego Klubu Sportowego.

Tylko trochę niepokoi mnie to, że chyba p. burmistrz nie wziął pod uwagę dwóch rzeczy: bez likwidacji bieżni nie powstanie żadna pełnowymiarowa, nawet sztuczna płyta przy Parkowej, zaś teren niedoszłej inwestycji w Chodenicach został za Pana burmistrza zgodą zaorany i wydzierżawiony rolnikowi co najmniej na trzy lata, a więc do końca burmistrzowania… Z całą świadomością i bez specjalnej złośliwości dedykuję to ciągle wierzącym w cuda byłym i obecnym działaczom BKS-u. (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | 2 Komentarze

BKS – nic nie jest dane na zawsze… cz.4

Poniższe, dość obszerne wprowadzenie jest niezbędne dla zrozumienia tego, jak można łatwo, jedną bezmyślną decyzją, zniszczyć ogrom pracy i wspólny dorobek wielu pokoleń bochnian. Bezkarnie, nie ponosząc za to jakichkolwiek konsekwencji!

Początki kopania piłki w sposób mniej lub więcej zorganizowany na terenie naszego miasta, według wiarygodnych źródeł przypisane są do roku 1921. Przez pierwsze lata, na różnych placach, w większości położonych na ówczesnych obrzeżach miasta, kopało tę piłkę kilka drużyn skupiających zawodników z różnych społecznie i wyznaniowo środowisk. Place te tylko umownie można było nazwać boiskami piłkarskimi, gdyż nie spełniały wielu podstawowych warunków. Dopiero w 1923 roku ówczesny Urząd Miejski zgodził się na udostępnienie klubowi TS Bochnia terenu sąsiadującego z siedzibą władz Miasta. Właśnie tam, na dzisiejszym Placu Turka, drużyna piłkarska TS Bochnia mogła czasowo rozgrywać swoje mistrzowskie mecze w godziwych warunkach. Dzisiaj możemy sobie zadawać pytanie, gdzie byłoby usytuowane obecne, jedyne piłkarskie boisko w naszym mieście, gdyby w 1927 roku do Bochni nie zawitał pewien młody człowiek, absolwent UJ w Krakowie, który objął posadę lekarza powiatowego. Tym przybyszem był ówczesny piłkarz krakowskiej „Wisły”, Władysław Krupa. Jego olbrzymich zasług, jako lekarza, dla Bochni i społeczności naszego miasta nie muszę przypominać bo są równie znane, tak jak i Jego działalność sportowa, skupię się tylko na przewodnim temacie mojego dzisiejszego „wypracowania” – bocheńskich obiektach piłkarskich. To właśnie dzięki nieustępliwym i w efekcie bardzo skutecznym działaniom Doktora Krupy, powstało w Bochni, u podnóża Uzborni, w ciągu zaledwie dwóch lat, boisko piłkarskie z prawdziwego zdarzenia! Oficjalne otwarcie tego miejskiego obiektu nastąpiło z początkiem 1930 roku.

Łatwo policzyć – niespełna dziewięć lat po pierwszych wzmiankach o zalążkach Klubu, Bochnia staje się posiadaczem pełnowymiarowego stadionu piłkarskiego, blisko centrum miasta. Na całe dziesiątki lat staje się on chlubą naszego miasta. Miejscem ogniskującym najważniejsze wydarzenia, nie tylko sportowe, Bochni i powiatu. Po zniszczeniach wojennych, społecznym wysiłkiem odbudowane i przywrócone miastu i Klubowi.

Lata pięćdziesiąte… Drużyna szczypiornistów (11 osob.) na bocheńskim stadionie…

Tutaj trenowali i rozgrywali mecze nie tylko piłkarze nożni. Do połowy lat sześćdziesiątych, na tym właśnie obiekcie, zacięte II-ligowe boje toczyli piłkarze ręczni drużyn 11-osobowych naszego Klubu, dwukrotni finaliści Pucharu Polski w tej dyscyplinie.

Przygotowania do otwarcia Spartakiady Młodzieży w lekkiej atletyce…

Z kolei, do lat osiemdziesiątych odbywały się tutaj szkolne, lekkoatletyczne Spartakiady Młodzieży w dyscyplinach takich, jak: skok w dal i wzwyż, biegi na różnych dystansach, pchnięcie kulą, rzut dyskiem oraz oszczepem. Bocheński stadion był wyposażony w służące do tego celu skocznie i rzutnie, a także czterotorową bieżnię żużlową o przepisowej szerokości torów. Jeśli porównamy ówczesny stan posiadania z dzisiejszym, oferowanym przez MOSiR… to rezygnuję z komentarza! Codziennie, aż do późnych godzin wieczornych boisko tętniło życiem, a trenująca młodzież mogła się wykazywać sportowymi umiejętnościami.

1962 r. Wakacyjna szkółka trampkarska. Nam brak trawy nie przeszkadzał…

Podobnie, jak na wielu tego typu małomiasteczkowych obiektach sportowych, przez długie lata grubą przesadą byłoby nazywać płytę naszego boiska „zieloną murawą”. Z prostego względu – trawą nawet nie pokryte, a poprzerastane było zaledwie ok. czterdziestu procent powierzchni płyty. Z czasem jednak zaczęto zwracać coraz większą uwagę na stan nawierzchni boiska. W latach sześćdziesiątych, jak i trochę późniejszych, najprostszym i łatwo dostępnym sposobem poprawy wyglądu i funkcjonalności boiska było uzupełnianie ubytków trawy w najbardziej newralgicznych miejscach, czyli w polu bramkowym i dalej, aż po linię „szesnastek”, poprzez tzw. darniowanie. Wycinano w miarę równe, o grubości kilkunastu centymetrów kawałki dobrze ukorzenionego trawnika z terenu znajdującego się tuż za liniami końcowymi boiska i układano na odpowiednio przygotowanych odcinkach płyty boiska. Następnie, przy pomocy ręcznego walca ubijano je na wysokość pozostałej murawy, a łączenia darni przesiewano nasionami trawy i systematycznie podlewano. Czymś zupełnie normalnym było, że w pracach tych czynnie i obowiązkowo uczestniczyliśmy my, zawodnicy, a także nasi trenerzy i klubowi działacze. W późniejszym okresie zatrudniano już w Klubie osoby, które w fachowy sposób zajmowały się konserwacją płyty boiska pełniąc funkcję tzw. gospodarza obiektu, co jednocześnie w żaden sposób nie wykluczało naszego (zawodników i działaczy) udziału w częstych pracach przy utrzymaniu boiska. Bocheński obiekt przy Parkowej powoli zaczynał nabierać wyglądu prawdziwego stadionu piłkarskiego. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przeprowadzono solidny remont boiska, wykonano drenaż płyty i od tego czasu, w deszczowych miesiącach wiosny i jesieni, bocheńskie boisko przestało przypominać błotniste bajoro, w którym kiedyś musieli taplać się zawodnicy.

Przez wiele następnych lat, dzięki różnego rodzaju zabiegom i wysiłkom klubowych działaczy, stan piłkarskiego obiektu utrzymywany był na całkiem przyzwoitym poziomie. Wreszcie, z początkiem lat dwutysięcznych, gdy stworzyła się szansa na awans piłkarzy do trzeciej ligi, olbrzymim nakładem sił i środków, zarówno władz miasta jak i prywatnych sponsorów, a także ofiarnej pracy zawodników i nas, działaczy Klubu, przeprowadzono kapitalny remont płyty stadionu piłkarskiego. Boisko zostało powiększone do licencyjnych rozmiarów wymaganych w trzeciej lidze. Wymieniono i udrożniono znaczną część wadliwie już działającego melioracyjnego odwodnienia boiska, położono ponad 1000 mkw trawnika w rolkach, eliminując całkowicie ubytki trawy w płycie stadionu. Wymieniono czarną, żużlową nawierzchnię bieżni na czerwoną, z mączki ceglanej. Bieżnię z obu stron otoczono krawężnikiem. Odnowiony obiekt cieszył oko zarówno miejscowych kibiców, jak i przyjezdnych drużyn. Było się czym pochwalić…

Niestety – kilka lat później tak wyglądała ta „czerwona” bieżnia…

O ile z pielęgnacją i prawidłowym utrzymaniem murawy stadionu dawaliśmy sobie radę wspomagając w tych czynnościach gospodarza obiektu, o tyle nie będąca w naszej gestii, sporadycznie konserwowana bieżnia, poprzerastana w wielu miejscach trawą i mchem, z roku na rok coraz bardziej zaniedbana, stawała się szpetnym wizualnie problemem dla pani dyrektor. W MOSiRze narodził się więc pomysł, by zrobić kolejną przeróbkę i tę brzydką, tylko miejscami czerwonawą bieżnię zastąpić tym razem taką, przy której nie trzeba już będzie nic robić – z tworzywa sztucznego. Niezwłocznie przystąpiono do działań i już wkrótce na boisku pojawiły się koparki i inny ciężki sprzęt budowlany.

2015r.” Remont”, a raczej dewastacja w toku…

I tutaj potrzebne jest pewne wyjaśnienie, bo jeśli ktoś mówi, że jakoś złośliwie i z osobistych pobudek krytykuję działalność kierownictwa MOSiRu, to jest to jego problem, nie mój… Ja przedstawiam fakty! Faktem jest, że zdewastowano piłkarski obiekt i było to pokłosiem nierozważnych, jeśli nie dyletanckich decyzji i działań dyrektorki oraz autorów projektu przebudowy bieżni. Już w trakcie dość zaawansowanych prac „remontowych” udało mi się wejść na boisko i porozmawiać z wykonawcą tych robót. Grzecznie przedstawiłem się z nazwiska i jako działacz BKS-u zapytałem o możliwość zapoznania się z dokumentacją techniczną projektu. Wykonawca nie robił żadnych problemów i już wkrótce, po wspólnym i dokładnym sprawdzeniu okazało się, że w projekcie podane są wszystkie szczegóły dotyczące wymiarów mającej powstać bieżni, ale za to w ogóle nie ujęto wymiarów jednej z głównych składowych projektu, czyli boiska piłkarskiego!!! Wychodzi więc na to, że z pełną świadomością zakładano, iż liczy się tylko bieżnia, a z tego, co jeszcze zostanie, zrobi się jakieś tam boisko! Już później wyszło na jaw, że zmian tych, tak jak i w ogóle tego projektu, nie konsultowano z nikim kompetentnym ze strony BKS-u, bocheńskiego Podokręgu Piłki Nożnej, wreszcie Małopolskiego Związku Piłki Nożnej w Krakowie. Bezkarność, czy głupota? Wg. mnie – jedno i drugie!

IS_WP_20160324_13_35_09_Pro
„Lekkoatletyczne” dzieło i obcięte boisko…

Finalnym efektem tej radosnej twórczości są dzisiaj dwa kalekie „twory” w sportowej infrastrukturze miasta – niezgodne z obowiązującymi przepisami, pozbawione wymaganych rozmiarów boisko piłkarskie i równie kulawa, miejscami już zapadająca się, poliuretanowa pseudo-bieżnia. Najgorszym zaś było to, że Bocheński Klub Sportowy stracił możliwość rozgrywania na tym obiekcie spotkań nie tylko w wyższej lidze, ale nawet w tej, w której obecnie się znajduje!!! Ta kosztująca ponad pół miliona złotych inwestycja powinna dla bochnian stać się na długie lata symbolem urzędniczej niekompetencji i bezkarnego marnotrawienia społecznych pieniędzy. Jeśli dodać do tego nieremontowane, będące w tragicznym stanie technicznym i śmierdzące w letnich miesiącach gumowym odorem na całą okolicę pobliskie boisko ze sztuczną nawierzchnią, to mamy pełny obraz kompromitujących działań ludzi odpowiedzialnych za sport i obiekty sportowe w Bochni.

IS_WP_20160324_13_37_20_Pro
Tabliczka informująca o tym, ile zmarnowano publicznych pieniędzy, dość szybko zniknęła z boiskowej trybuny…

To wszystko działo się i dzieje na naszych oczach… Bezczelnie, bez skrupułów, z pełną akceptacją burmistrza i rady miejskiej! W setną rocznicę powstania Klubu, osiemdziesiątą rocznicę oddania do użytku bocheńskiego stadionu piłkarskiego… Zapewne już wkrótce, na szumnie zapowiadanych uroczystościach jubileuszowych, dumnie wypięte klaty magistrackich oficjeli i innych „dobroczyńców” Klubu ozdobią okolicznościowe medale i odznaczenia za wybitną działalność na rzecz Bocheńskiego Klubu Sportowego. Pochwalnym i dziękczynnym przemowom nie będzie końca… Tylko gdzieś tam daleko, w bocheńskiej nekropolii przy Orackiej, spoczywający w rodzinnym grobie śp. Doktor Władysław Krupa chyba przewróci się na drugi bok… Tyłem do UM i Parkowej… (jzawada)

Ps. Wkrótce ulubiony ciąg dalszy… (jz)

Opublikowano BKS Oldboys | 2 Komentarze