BKS – nic nie jest dane na zawsze…

Stare porzekadło mówi: „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”… Bo przecież „chcieć”, to wcale nie musi oznaczać „umieć”!

Kilka miesięcy temu zakończyła się czteroletnia kadencja poprzedniego Zarządu Bocheńskiego Klubu Sportowego. Urzędujący prezes, wierny swoim niezawodnym zasadom, złożył rezygnację/podał się do dymisji/zrejterował… (niepotrzebne skreślić). Zresztą, uczynił to nie pierwszy raz – w 1995 roku był jednym z tych, którzy przez swoją nieudolność w zarządzaniu doprowadzili do przejęcia majątku Klubu przez Miasto.  Ale, by w swoim mniemaniu nie być z tym łączonym, na krótko przed tym faktem w taki sam sposób „wypisał się” i odszedł z Zarządu Klubu.  Również i teraz wykazując się swoistym sprytem, znów pozostawił swoich byłych już partnerów z Zarządu z problemami, których sam był znaczącym producentem… 

Aby uchwycić pewne analogie działania musimy jednak cofnąć się w czasie… Bo o tym sympatycy Klubu powinni wiedzieć… Druga połowa roku 1989 – roku wielkich przemian społeczno – politycznych w Polsce. Nie omijają one również Bochni i Bocheńskiego Klubu Sportowego. W trybie pilnym zwołano Nadzwyczajne Walne Zebranie Członków BKS-u. Przy wypełnionej do ostatniego miejsca sali gimnastycznej budynku klubowego do dymisji podaje się cały Zarząd, złożony z wysokich bocheńskich funkcjonariuszy PZPR, wojska i milicji oraz dyrektorów kilku państwowych instytucji i miejscowych zakładów pracy. Pokrótce, większość z nich opuszcza budynek. Wśród pozostałych na sali członków Klubu wywiązuje się gorąca dyskusja, której spontanicznym efektem jest deklaracja kilkunastu osób, w tym niżej podpisanego, gotowych podjąć się próby ratowania zasłużonego dla miasta Klubu i jego sportowego dorobku. Niedługo po zebraniu zapoznajemy się z obiektem przy Parkowej i stanem finansowo-majątkowym Klubu. Zastajemy pustą kasę, budynek w kiepskim stanie technicznym, całkowicie ogołocony ze sprzętu sportowego, pamiątkowych pucharów i historycznych fotografii oraz większości ważnych dokumentów. Dodatkowo, tuż przed okresem grzewczym, z pustą piwnicą, wyczyszczoną do ostatniego kawałka koksu! Również od strony czysto sportowej ten wielosekcyjny do niedawna Klub (piłka ręczna, piłka nożna, siatkówka, zapasy klasyczne, szachy), ze zdegradowaną właśnie z IV ligi drużyną piłki nożnej, opartej w większości na zawodnikach rozkazem ściąganych do miejscowej jednostki wojskowej, w jednym momencie przestał istnieć!

Wtedy, na fali posierpniowego entuzjazmu, nie bacząc na zdrowy rozsądek, podjęliśmy się zadania przez wielu skazanego na niepowodzenie. Ale my nie dopuszczaliśmy takich myśli. Teraz, moim obowiązkiem względem ludzi, którzy wykonali tę gigantyczną jak na owe czasy pracę, jest przypomnienie nazwisk tych, dzięki którym, być może ten Klub jeszcze istnieje. Wszyscy niżej wymienieni, w latach 1989 – 1993, choć w różnych okresach czteroletniej harówki, oddali temu Klubowi swój czas, serducho i umiejętności organizacyjne.  Prezesi Tadeusz Cichoń, Józef Szkolik i Kazimierz Barnaś, który w wiadomy tylko dla siebie sposób pozyskał pieniądze na remont i zabezpieczenie pękających fundamentów i ścian budynku przy Parkowej. Pozostali członkowie Zarządu Klubu, Jan Słonina i Jego żona Ania, Kazimierz Wójcik, Stanisław Waśniowski, Jan Fasuga, Aleksander Marszałek, Andrzej Legutek, Andrzej Kmak, poświęcali wtedy Klubowi więcej czasu niż własnym firmom, czy rodzinom.To częściowo z naszych prywatnych, dobrowolnych składek, bez JAKICHKOLWIEK, zwłaszcza miejskich dotacji, za to z prowadzenia własnej, klubowej  działalności gospodarczej (produkcja pustaków, usługi pralnicze, organizacja dyskotek i imprez muzycznych w budynku klubowym), a także bezinteresownej pomocy bocheńskich kibiców i sympatyków sportu (czytaj zaprzyjaźnionych właścicieli niektórych firm), udało nam się przywrócić i zabezpieczyć w miarę spokojne, choć skromne, ale bez długów, funkcjonowanie Klubu. Oczywiście musiało to również przynieść przełożenie na wyniki sportowe, bo już w sezonie 1991/92 piłkarze powrócili w szeregi IV-ligowców, zaś juniorzy wywalczyli awans do do ligi międzyokręgowej. Wydawałoby się, że do Klubu powrócił spokój i długo oczekiwana stabilizacja. Ale to były tylko pozory…

Zbliżało się kolejne Zebranie Sprawozdawczo-Wyborcze Członków Klubu. Od jakiegoś czasu na meczach BKS-u, wśród kibiców przesiadujących na boiskowej trybunie, regularnie o sobie dawała znać hałaśliwa i mocno agresywna grupa, wykrzykująca obraźliwe hasła pod adresem niektórych członków kierownictwa Klubu. Słychać było ordynarne przyśpiewki i okrzyki podważające uczciwość działaczy względem Klubu. W przyśpiewkach tych, na którymś z meczów, przewijało się nazwisko jednego z najbardziej oddanych Klubowi działaczy, właściciela prywatnej firmy i ofiarnego sponsora piłkarskiej drużyny. Nigdy nie zapomnę widoku łez płynących po twarzy tego stojącego obok mnie, nieżyjącego już Kolegi Andrzeja… Innym razem uderzony w twarz zostaje blisko osiemdziesięcioletni kibic, który odważył się zwrócić uwagę krzykaczom… Nikomu z obecnych, ani przyszłych kibiców nie życzę takich doznań! Mam również nadzieję, że nie muszę pisać, kto był jednym z trybunowych prowodyrów tych zajść… Choć ciężka i mocno stresująca praca  działaczy przynosiła zdecydowanie pozytywne efekty dla Klubu, odbywała się jednak często kosztem zaniedbywania własnych spraw rodzinnych i zawodowych. Nie wszyscy z pierwszego składu Zarządu, w tym niżej podpisany, wytrzymali pełną kadencję, część zrezygnowała (i to bezpowrotnie) po tych trybunowych ekscesach. Zostało to skrzętnie wykorzystane przez ludzi szykujących się do przejęcia władzy w Klubie.

Na przewidzianym w statucie Zebraniu Sprawozdawczo-Wyborczym BKS-u zjawiła się zorganizowana i dobrze przygotowana do wyborów nowa ekipa, wsparta głosami piłkarzy, których kupiono obietnicami pieniężnych premii za  rozgrywane mecze. Końcowy efekt wyborów był łatwy do przewidzenia… i nowe władze objęły rządy w Klubie. Chociaż, mówiąc kolokwialnie „weszli na gotowe”, sielanka trwała bardzo krótko. Ekipa totalnych nieudaczników „woziła się” przez pewien czas na efektach pracy poprzedników. Z czasem Klub stopniowo pogrążał się w chaosie i zaczął popadać w długi. Pieniędzy nie było nie tylko na obiecywane premie dla piłkarzy, ale również na wypłaty dla pracowników i trenerów. Brakowało na opłaty za prąd, wodę i utrzymanie obiektów. Wystarczyło zaledwie półtora roku „radosnej twórczości” tej ekipy, by już 1995 roku dokonało się coś, co stanowi największą plamę w stuletniej już dziś historii Bocheńskiego Klubu Sportowego – nieudacznicy skapitulowali przed problemami i podjęli brzemienną w skutkach decyzję o rezygnacji z zarządzania Klubem i przekazali Miastu zawodników wraz z całym majątkiem Bocheńskiego Klubu Sportowego!!! Króciutko przed tym faktem z Zarządu wypisuje się/ucieka jeden z jego ojców-założycieli… No, zgadnijcie kto?   (cdn)

W następnym, przyszłotygodniowym wpisie na moim blogu, powrócimy już do bardzo nieodległych czasów… Zapraszam!   (jzawada)

Ps.   Miasto oczywiście skwapliwie skorzystało z tej wątpliwej pod względem prawnym „darowizny”. Osobiście,  przez wiele lat starałem się (bez jakiejkolwiek pomocy klubowych działaczy) udowadniać ewidentne zakłamywanie faktów ze strony UM. Niestety, po dziesięciu latach sprawa uległa przedawnieniu, a dawny majątek BKS-u już blisko ćwierć wieku obsiaduje Mosir ze swoją dyrektorką… Ciągle tą samą!

A dla przypomnienia tekst p.t. „Jak uwłaszczano majątek BKS-u” 

Opublikowano BKS Oldboys | 1 komentarz

BKS – Pamiętajmy o Nich… cz.3

Z perspektywy ponad dziesięciu lat prowadzenia bloga tematycznie związanego z dziejami Bocheńskiego Klubu Sportowego można zauważyć, że już coraz trudniej zdobyć jakieś niepublikowane wcześniej materiały, traktujące o jakże bogatej przeszłości tego wiekowego – dosłownie – Jubilata. Czasami jeszcze udaje się je pozyskać od rodzin byłych sportowców, choć przeważnie są to tylko wyrywkowe wspomnienia przekazywane z pokolenia na pokolenie, czy też pożółkłe fotografie, niestety, tylko sporadycznie zawierające opisy ich treści. Na szczęście trafiają się także prawdziwe „perełki”, będące dla poszukującego wielce satysfakcjonującą nagrodą, zaś dla Czytelników mojego bloga zachętą do regularnego zapoznawania się ze stuletnią historią Bocheńskiego Klubu Sportowego.

1931r. Bocheński zespół przed (wygranym 1:0) meczem z „Grzegórzeckim” Kraków. Pierwszy z prawej dziewiętnastoletni bramkarz Mieczysław Rychter.

Bezsprzecznie, taką właśnie „perełką” jest historia jednego z najlepszych przedwojennych piłkarzy naszego Klubu, legendarnego bramkarza Mieczysława Rychtera. Urodzony w 1912 roku już w wieku niespełna dziewiętnastu lat został pierwszym bramkarzem bocheńskiego Klubu, co w w tamtych czasach było nie lada wyczynem – wówczas priorytetem był wiek zawodnika i doświadczenie. Wkrótce zaczęło być głośno o Jego umiejętnościach i świetnej postawie w meczach bocheńskiej drużyny piłkarskiej.

1934r. Piłkarski zespół BKS-u. Stoją od prawej: Rychter, NN, Dyna, Robak, Lewicki, Baj, Żaba I, Reguła Emil, NN?, Żaba III, Żaba II, Mastaj Marian.

Ówczesny system rozgrywek był zdecydowanie różny od późniejszych, aż po obecne czasy ciągle modyfikowanych. Piłkarze z Bochni w latach trzydziestych ub. wieku grali na trzecim, a nawet (krótko) drugim poziomie rozgrywkowym w Polsce! Bocheński bramkarz z sezonu na sezon regularnie zbierał coraz lepsze recenzje za swoje występy, czego naturalnym efektem było spore zainteresowanie ze strony wielu możniejszych klubów, z krakowską „Wisłą” na czele. Potwierdzeniem Jego klasy i wysokich umiejętności niech będzie poniższa rekomendacja w prasie sportowej dla kapitana związkowego, czyli ówczesnego selekcjonera reprezentacji!

Wielka kariera piłkarska stała otworem przed Mieczysławem Rychterem, jednak jego bramkarskie losy potoczyły się w całkiem niespodziewany sposób. Klubem, który pierwszy bardzo konkretnie zadziałał w tej materii okazał się krakowski „Kabel”. Piłkarski zespół tego klubu toczył zacięte boje z bocheńską drużyną – najpierw o awans do klasy „A”, później już na tym właśnie szczeblu rozgrywek. Oto kolejny dziennikarski opis pojedynku tych, chyba niezbyt przyjaźnie do siebie nastawionych drużyn.

Pan Mieczysław otrzymał propozycję pracy w Fabryce Kabli i gry w przyzakładowym zespole. Propozycję przyjął i już wkrótce stał się ulubieńcem kibiców krakowskiej drużyny, prowadzonej wówczas przez węgierskiego szkoleniowca Antona Krizera.

KS „Kabel” Kraków. Pierwszy z lewej trener Anton Krizer, węgierski teść p. Mieczysława.
1937r. Roman Rychter (na pierwszym planie, z piłką) już w zespole „Kabla”… W środku trener Anton Krizer
1938r. KS „Kabel” Kraków w białych koszulkach. Mieczysław Rychter u dołu, pierwszy z lewej.

Choć zainteresowanie jego pozyskaniem przez inne kluby w dalszym ciągu nie słabło, Mieczysław Rychter postanowił jednak kontynuować swoją karierę w „Kablu”. Powód okazał się prozaiczno-romantyczny – otóż na treningi i mecze, wraz z węgierskim trenerem przychodziła często jego urodziwa, czarnowłosa córka Ludwiga. Natychmiast „wpadła w oko” Panu Mieczysławowi, który podjął skuteczne, jak się później okazało, zaloty. Po niedługim czasie byli już parą, a finalizacją związku był ślub w lutym 1939 roku. Zamieszkali w Krakowie-Prokocimiu. Zaraz po wybuchu wojny nastąpiło kilkuletnie rozstanie młodych małżonków, Ludwiga wyjechała na Węgry, zaś Mieczysław wrócił w rodzinne strony. Po zakończeniu działań wojennych postanowili osiąść na stałe w Bochni, gdzie wszystko powoli wracało do życia po latach hitlerowskiej okupacji. Społecznym trudem odbudowano zniszczony stadion, na który wrócili piłkarze z Mieczysławem Rychterem na czele.

Bramkarze bocheńskiego zespołu – z lewej Franciszek Kopacz, obok Mieczysław Rychter
1962r. Z kolegami z BKS-u przed meczem oldbojów. Roman Rychter u dołu, drugi od lewej.

Jeszcze przez kilka następnych lat strzegł On dostępu do bramki bocheńskiego zespołu, by na początku lat pięćdziesiątych zakończyć przerwaną na czas wojenny, doskonale rozwijającą się karierę sportową. Tym bardziej, że już w 1946 roku powiększyła się Jego rodzina – na świat przyszedł syn Roman, kilka lat potem córka Grażyna.

1962r. Juniorzy BKS-u – Roman Rychter stoi drugi od lewej w górnym rzędzie.
Dzisiaj… Komandor w st. sp. dr.inż Roman Rychter

Dorastające dzieci odziedziczyły po Ojcu sportowe pasje. Roman poszedł w ślady Ojca i równie udanie spisywał się w bramce juniorskiej drużyny BKS-u. Dysponując doskonałymi warunkami fizycznymi i potężnym rzutem był również jednym z czołowych piłkarzy ręcznych drużyny MKS Bochnia. Po skończeniu nauki w bocheńskim LO opuścił rodzinne miasto i podjął studia w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej w Gdyni. Z miastem tym i żołnierską służbą związał całe swoje dorosłe życie. Jego młodsza siostra Grażyna była również piłkarką ręczną i z dużym powodzeniem grała w zespole MKS, prowadzonym przez trenera Jerzego Widło. Właśnie Pani Grażynie Jaśkiewicz, córce Mieczysława Rychterą, serdecznie dziękuję za udostępnienie zdjęć z rodzinnego albumu, a także za cierpliwe i obszerne zaznajomienie niżej podpisanego z fascynującą historią sportowej Rodziny Rychterów.

Mieczysław i Ludwiga Rychterowie, w pomieszczeniach domu rodzinnego w pobliżu dworca kolejowego w Bochni, prowadzili mały lokal barowy, który był czynny do końca lat siedemdziesiątych. Pan Mieczysław Rychter zmarł w 1966 roku w wieku zaledwie 54 lat.

1949r. Mieczysław Rychter w bramce na bocheńskim boisku. W głębi, za stojącymi kibicami, widoczny nieistniejący już, kryty papą budynek mieszkalny z dobudówką z prawej strony, mieszczącą szatnię i umywalnię dla zawodników (obok dzisiejszego „orlika”)

Historię każdego klubu sportowego tworzą i „piszą” swoimi dokonaniami ludzie – w pierwszym rzędzie zawodnicy, trenerzy i działacze, ale także kibice i sympatycy. Cóż wart byłby wysiłek sportowca, litry potu wylewanego na treningach, serducho wkładane w meczowe pojedynki z przeciwnikiem, kiedy gra się przy pustych trybunach, lub najwyżej dla garstki widzów, często będących tylko osobami bliskimi, rodzinnie związanymi z zawodnikami? Dlatego z olbrzymim sentymentem, ale i pełną satysfakcją będę wspominał lata gry dla mojego Klubu, na stadionie, na którym nigdy nie brakowało życzliwych i spontanicznie reagujących kibiców. Takich, na których zawsze można było liczyć… Teraz, Bocheński Klub Sportowy ogromnie potrzebuje wsparcia. I właśnie takich, jak wtedy, kibiców! (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | 2 Komentarze

BKS – Pamiętajmy o Nich… cz.2

Zbierając wspomnienia o bocheńskich sportowcach, prawie nigdy nie zdarzyło mi się spotkać z odmową ze strony ich rodzin, lub brakiem chęci podzielenia się ze mną swoją wiedzą i rodzinnymi pamiątkami. Cóż, bywało i tak, że kończyło się tylko na obietnicach, nawet kilkakrotnie powtarzanych. Najczęściej jednak spotyka się to z całkowitą aprobatą i zrozumieniem i wtedy jedynym problemem jest ilość, jakość i wartość historyczna przekazywanych materiałów. Często jest tak mało danych, że trzeba się mocno „gimnastykować”, by wiarygodnie, w sposób udokumentowany, przedstawić opisywane osoby, później zaś ocena wartości tych informacji leży po stronie czytającego… Zdarza się i tak, że sportowe dokonania jednego z członków rodu są tak znaczące, że pamięta się tylko o nich, pomijając całkowicie pozostałych.

Edward Arłamowski

Jedną z takich właśnie rodzin, jest bocheńska Rodzina Arłamowskich. Najbardziej znany, doktor praw, mecenas Edward Arłamowski (1909-1979) to jedna z najważniejszych postaci polskich szachów. Wybitny zawodnik i reprezentant kraju, uznany teoretyk szachowy (czytaj BKS – ocalić od zapomnienia cz. VII) Prawniczy zawód wybrali również kolejni, męscy przedstawiciele rodu – Stanisław Arłamowski (1920-1999) znany bocheński radca prawny oraz Jego syn, Bogusław Arłamowski, aktualnie mieszkający w Dębicy i prowadzący tam kancelarię adwokacką. Obaj, oczywiście w różnym okresie czasu, byli piłkarzami Bocheńskiego Klubu Sportowego.

1939r. Drużyna piłkarska BKS. Stanisław Arłamowski w środku, tuż za bramkarzem Mieczysławem Rychterem.

Stanisław, z racji szczupłej sylwetki, wrodzonej szybkości i zwinnego poruszania się po boisku nazywany był przez kibiców „Sarenką”. Dobrze wyszkolony technicznie, był pod koniec lat trzydziestych ub. wieku pewnym punktem bocheńskiego zespołu. Niestety, brak bardziej szczegółowych danych dotyczących przebiegu jego piłkarskiej kariery. Na powyższym zdjęciu (stoi czwarty od lewej) już w drużynie bocheńskich oldbojów z lat sześćdziesiątych…

1962r. Zespół juniorów BKS-u. Bogusław Arłamowski czwarty od lewej w dolnym rzędzie.

Za to Bogusława i jego występy w zespole juniorów BKS-u, prowadzonym wówczas przez trenera Mariana Biernata, znam i pamiętam osobiście. Grał w jednej drużynie z moim starszym bratem Jankiem. Był zawodnikiem wszechstronnie uzdolnionym. Będąc uczniem bocheńskiego Liceum Ogólnokształcącego reprezentował także swoją szkołę, zarówno w rozgrywkach piłki nożnej jak i piłki ręcznej. Po skończeniu nauki w szkole średniej podjął studia prawnicze i tym samym zakończył czynne uprawianie sportu w bocheńskim Klubie. (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – Pandemia dobra na wszystko…

Czcigodny Jubilat, Bocheński Klub Sportowy właśnie w tym roku kończy pierwsze sto lat swojego istnienia. Dla sportowej części bocheńskiej społeczności stwierdzenie tego faktu nie jest jakąś zaskakującą niespodzianką, bo już od ładnych kilku lat mówi się i pisze o tym wydarzeniu. Ludzie, którzy podjęli się zarządzania Klubem w kadencji 2017-2021 doskonale zdawali sobie sprawę z wyzwania stojącego przed nimi, czyli organizacji jubileuszowych uroczystości. Uroczystości nie byle jakich – wszak taka rocznica zobowiązuje! Okazuje się jednak, że główne uroczystości rocznicowe zostały przełożone na miesiące wiosenne przyszłego roku. Jako powód podano przewidywaną jeszcze w tym roku kolejną, pandemiczną falę. Rodzi to nieodparte wrażenie, że przygotowania do tak ważnej uroczystości były po prostu świadomie odpuszczone przez ustępujący Zarząd, bo taką imprezę przygotowuje się ze znacznym wyprzedzeniem. Dodatkowo skąd pewność, że na wiosnę się to uda?

Muszę więc przyznać, że decyzja o przeniesieniu na przyszły rok uroczystości, tej z udziałem zaproszonych gości, jest dla mnie sporym zaskoczeniem – choćby z tego względu, że od dłuższego już czasu praktycznie zniesione są obostrzenia zabraniające zgromadzeń. Prócz tego nigdzie nie było powiedziane, że główne obchody mają być akurat w okresie jesiennym i że musi to być zrobione bogato i wystawnie. Przewidywane (podobno) jeszcze w tym roku imprezy plenerowo-boiskowe też przecież będą dla ludzi i pewnie z udziałem ludzi, więc mówienie o jakimś ewentualnym zdrowotnym ochranianiu kogokolwiek jest niepoważne. Przypuszczalnie istnieje obawa, czy też pewność, że frekwencja na tych uroczystościach w Klubie mogłaby być podobna do tej, jaka była na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym, czyli w okolicach… niewiele ponad dziesięciu osób, wliczając w to członków Zarządu… Trochę też śmieszy sugestia jednego z klubowych działaczy, obarczająca winą za taki stan rzeczy tych, którzy nie przyszli! Oczywista oczywistość – jak mawia klasyk, bo przecież na stronie klubowej w internecie (sic!) było zawiadomienie o zebraniu sprawozdawczo – wyborczym, a wiadomo, że wszyscy, a zwłaszcza starsi ludzie namiętnie korzystają z tego komunikatora. Powiem więcej, ale już poważnie – ONI mieli nawet prawo poczuć się urażonymi takim potraktowaniem! Czy rzeczywiście Klubu nie było stać na wysłanie imiennych zaproszeń? Gorzej jest, gdy się tych nazwisk nie zna i nie wiadomo do kogo… Dlatego też „nie kupuję” tego tłumaczenia…

Może nie wszyscy wiedzą, że prawidłowe funkcjonowanie Klubu to nie tylko organizacja rozgrywek, to również kontynuacja sportowych tradycji i pamięci o ludziach, którzy ten Klub tworzyli. Stąd wniosek, że nie powinno się prowadzić działalności Klubu w oderwaniu od Jego ciągłości historycznej… Ale o historii BKS-u trzeba cośkolwiek wiedzieć, więc i przyjąć do wiadomości fakt, że ten Klub powstał w 1921 roku, a nie przed czterema laty, jak się niektórym mogło ubzdurać!!! Również choćby to, że na stadion piłkarski od zawsze wchodziło się przez główną bramę z ulicy Kazimierza Wielkiego, a nie przez furtkę od strony Parkowej, na co godzi/godziło się kierownictwo Klubu. Przede wszystkim zaś trzeba wiedzieć, że żyją jeszcze wśród nas byli zawodnicy i działacze z roczników przedwojennych, do których trzeba zdążyć dotrzeć i zaprosić na rocznicowe uroczystości. A także to, że zasłużyli na naszą pamięć i choćby tylko skromne wspomnienie Ci, którym nie dane było doczekać Jubileuszu, a Klub/działacze całkowicie o nich zapomnieli, lub też nie wiedzą, że w ogóle istnieli – tylko w ostatnich dziewięciu miesiącach zmarło czterech czołowych niegdyś piłkarzy naszego Klubu – Rudolf Skipioł (1933-2020), Jan Wilk (1932-2021), Stefan Lipina (1935-2021), Jan Sznicer (1952-2021). Przyznaję, wstyd mi przed Ich Rodzinami…

Podczas niedawnego zebrania sprawozdawczo-wyborczego BKS-u, w organizację tych rozłożonych w czasie jubileuszowych obchodów „ubrany” został nowy prezes Bocheńskiego Klubu Sportowego. Trzeba zgodnie z prawdą powiedzieć, że swoją misję rozpoczął w niezłym stylu, pozyskując dla Klubu finansową przychylność nie tylko Starostwa Powiatu, ale i kilku prywatnych podmiotów gospodarczych z naszego miasta. Przełamał w ten sposób wieloletnie żerowanie na lokalnym sponsorskim rynku uprzywilejowanego MOSiR-u, nieustannie przecież zasilanego miejską kasą przez hojnego burmistrza trzech kadencji.

Po czteroletniej kadencji z urzędowania zrezygnował dotychczasowy prezes Bocheńskiego Klubu Sportowego. Z całego serca gratuluję Mu podjęcia takiej decyzji i odejścia z Klubu! To najlepsza rzecz, jaka w ostatnich latach mogła przytrafić się bocheńskiej piłce i mojemu ukochanemu Klubowi! (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

To już pięć lat…

„Można odejść na zawsze, by stale być blisko…” (ks. Jan Twardowski)

Piętnastego sierpnia 2016 roku, po długiej walce z nieuleczalną chorobą, odszedł od nas na zawsze Antoni „Tosiu” Noszkowski. Honorowy Prezes Bocheńskiego Klubu Sportowego. Prawdziwa legenda bocheńskiego sportu.

Niezawodny, szczery Przyjaciel i niezwykle uczynny Człowiek, w swoim życiu kierujący się zawsze dobrem innych. Na zawsze w naszej wdzięcznej pamięci! (jz)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – pamiętajmy o Nich…

Nie sposób wymienić wszystkich tych, którzy przez lata współtworzyli historię Klubu. W większości ludzi, których nie ma już wśród nas, ale pamięć o Nich powinna trwać w świadomości młodszych pokoleń. To Oni, w zdecydowanej większości całkiem bezinteresownie, oddali Klubowi i Bochni umiejętności i wiele lat swojego życia.

Lwią część moich sportowych wspomnień poświęciłem b. zawodnikom Bocheńskiego Klubu Sportowego, czyli głównym aktorom sportowych wydarzeń, na których skupiała się uwaga społeczności naszego Miasta. Jednak niewybaczalnym grzechem zaniechania byłoby pominięcie, zwłaszcza w roku Jubileuszu 100-lecia Klubu, działalności ludzi tzw. drugiego frontu, odpowiedzialnych praktycznie za codzienne funkcjonowanie Klubu. Ludzi wspaniałych i nadzwyczaj pracowitych, którym należy się nasza pamięć i szacunek. To m.in. kierownicy biura Klubu, kierownicy drużyn, pracownicy gospodarczy, odpowiedzialni za sprzęt i obiekty sportowe. Ci, których znałem osobiście jako zawodnik, czy też później jako działacz klubowy.

1962r. Opiekunowie młodych piłkarzy, od prawej stoją Józef Rudnik, Stanisław Mastaj, Marian Biernat. (Poniżej drugi od prawej wyleguje się niżej podpisany).

Z najmłodszych lat pamiętam działacza sportowego, p. Józefa Rudnika, który wraz z pp. Marianem Biernatem i Stanisławem Mastajem opiekowali się grupami piłkarskiego „narybku” na letnich obozach trampkarskich. Pana Emila Regułę, b. zawodnika i działacza, zawsze pomocnego i służącego radą, po ojcowsku traktującego klubową młodzież. Kierowników klubowego biura – p. Mariana Piotrowicza, dobrego i ciepłego człowieka, dla którego nie było spraw „nie do załatwienia”. Zawsze pogodnego i uśmiechniętego p. Aleksandra Koniecznego, kierującego również klubową świetlicą, otwartą i działającą do późnych godzin wieczornych (tenis stołowy, bilard, sekcja brydżowa), pełną sportowej młodzieży i sympatyków Klubu.

1975r. Na pierwszym planie, trzeci z lewej Marian Foszcz z zespołem BKS-u…

Kierownicy drużyny – tutaj zawsze będę pamiętał tego pierwszego! Był nim nieodżałowanej pamięci p. Marian Foszcz, bezgranicznie oddany zawodnikom i Klubowi. Wieloletni opiekun pierwszego zespołu BKS-u, prawdziwy człowiek-instytucja. Kolejny kierownik to p. Jan Cepak. Nadzwyczaj pracowity i zarazem skromny. Wierny sportowym pasjom do swoich ostatnich dni. Następnym był p. Władysław Wójcik, były piłkarz, doskonale znający zarówno obowiązki kierownika drużyny jak i potrzeby podopiecznych. I wreszcie kpt. Wacław Ruchniak, żołnierz zawodowy. Sumienny i wymagający, pedantycznie dbający o poszanowanie piłkarskiego wyposażenia przez zawodników. Do historii przeszły „latające buty” – to często wyrzucane z magazynu przez okno brudne obuwie piłkarskie trzymane w szafkach przez zawodników!

Niezwykle ważnymi osobami w Klubie były te, którym powierzono pieczę nad sprzętem sportowym w klubowym magazynie, oraz utrzymujący w odpowiednim stanie obiekt piłkarski. Charyzmatyczny, nie spoufalający się w klubie z nikim p. Władysław Kozub, którego pamiętam jeszcze z Klubu mieszczącego się w kopalnianych obiektach przy szybie „Sutoris”… Niestrudzony naprawiacz wszelakiego sprzętu piłkarskiego, rozlatujących się butów i piłek, jakże innych od dzisiejszych produktów. Niezastąpiony w czasach biedy i permanentnego braku środków na zakup obuwia piłkarskiego i skórzanych piłek. Zawsze będę miał w pamięci popularne „kolarki”, przerabiane na piłkarskie buty przez p. Władysława, z „korkami” wycinanymi z kawałków skóry i przybijanymi gwoździkami do spodów kolarskiego obuwia. A że z czasem przebijały one podeszwę i raniły stopę? Kto by wtedy zwracał uwagę na takie drobiazgi… Później sprzęt wydawały już tylko kobiety… Panie Anna Zajt, a później Janina Kurek. Pracowicie łatające dziurawe skarpety, potargane koszulki i spodenki, uszkodzone getry, zwane wówczas sztucami. Niezastąpionym, tzw. gospodarzem boiska był p. Ryszard Gajek, dodatkowo wykonujący w fachowy sposób wszelkie roboty ślusarskie i mechaniczne, spawanie, naprawy sprzętu elektrycznego i ciężko pracujących przy pielęgnacji murawy kosiarek. Te wszystkie opisane osoby i sytuacje pamiętam z czasów czynnego uprawiania sportu w bocheńskim Klubie.

Ps. Z początkiem lat dziewięćdziesiątych na skutek transformacji ustrojowej do Klubu zajrzała prawdziwa bieda. Ratowaniem upadającego Klubu zajęła się kilkunastoosobowa grupka zapaleńców, wśród których byli m.in. Tadeusz Cichoń, Józef Szkolik, Kazimierz Barnaś, Antoni Noszkowski, Anna i Jan Słoninowie, Kazimierz Wójcik, Andrzej Legutek, Andrzej Kmak, Jan Fasuga, Stanisław Waśniowski, Aleksander Marszałek oraz niżej podpisany. W ciągu czterech lat wykonaliśmy olbrzymią pracę i wyprowadzili Klub na przysłowiową prostą, bez długów i zobowiązań, uwieńczoną powrotem piłkarzy do czwartej ligi. Kolejne, regulaminowe wybory wyłoniły już jednak nowy Zarząd Klubu. Zarządzaniem zajęła się ekipa „orłów” przedsiębiorczości i nieudaczników – z litości przemilczę nazwiska – którzy w przeciągu niespełna dwóch lat zniweczyli to, co z takim mozołem stworzyliśmy w poprzedniej kadencji. Majątek Klubu w niejasnych do końca okolicznościach został przekazany pod zarząd Miasta, które do dziś nie wywiązało się z umów, o czym już wielokrotnie pisałem w swoim blogu. Stuletni Klub został sprowadzony do roli żebraka, z którym nikt się nie liczy i nikt go nie szanuje. Na klubowym obiekcie od lat „pasie” się MOSiR. Niestety, kolejni prezesi i działacze BKS-u dość szybko przyzwyczaili się do takiego „dziadowania”, dowodem czego był m.in. brak reakcji na zamknięcie na kilka lat głównego wejście na stadion (dla kibiców dostępna była tylko mała furtka od ulicy Parkowej). Nikomu z Klubu to nie przeszkadzało??? Wstyd… (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

Zmarł Jan Sznicer (1952-2021)

Z olbrzymim smutkiem zawiadamiam, że zmarł Jasiu Sznicer, były piłkarz Bocheńskiego Klubu Sportowego, mój dawny kolega z drużyny. Niewielki wzrostem, za to wielki duchem i umiejętnościami. Świetnie wyszkolony technicznie pomocnik-rozgrywający naszej drużyny. Wszechstronnie uzdolniony sportowiec, dwukrotny mistrz powiatu bocheńskiego w tenisie stołowym. Bochnianin, mieszkaniec Dziewina. Spoczywaj w pokoju, drogi kolego… (jzawada)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – Sylwetki bocheńskiego sportu – cz.2

W poprzednim odcinku przypomniałem sylwetkę i sportowe pasje p. Bolesława Wnęka. Jednym z Jego młodych podopiecznych w sekcji gimnastyki przyrządowej był Józef Cisak, bochnianin, urodzony w 1945 roku w górniczej rodzinie, związanej z bocheńską kopalnią soli. Mieszkali w kopalnianym budynku na Plantach Salinarnych, naprzeciw dzisiejszej tężni solankowej. Piętnastoletni Józef rozpoczął treningi w 1960 roku. Do jego sportowych zainteresowań, prócz gimnastyki należała również piłka ręczna, lecz dyscypliną, którą najbardziej ukochał było podnoszenie ciężarów.

Rok 1961. Sekcja gimnastyczna bocheńskiego klubu „Start-Sokół”. W górnym rzędzie, drugi od lewej Józef Cisak…

Sporty siłowe towarzyszyły Mu przez resztę życia. Pierwsze, znaczące sukcesy odnosił w Mistrzostwach Wojska Polskiego, będąc żołnierzem zasadniczej służby wojskowej i zawodnikiem klubu „Flota” Gdynia. Po powrocie do cywila założył rodzinę i zamieszkał w Krakowie. Z podnoszeniem ciężarów związał się już „na poważnie”. Specjalizował się w trójboju olimpijskim – wyciskanie, rwanie, podrzut. Przez dwadzieścia siedem lat był czynnym zawodnikiem trzech krakowskich klubów („Olsza”, „Armatura”, „Juvenia”).

Od 1991 roku startował jako reprezentant Polski w podnoszeniu ciężarów weteranów. W tej kategorii, w wadze do 90 kg, odnosił swoje największe sukcesy. Wymieńmy te najważniejsze – dwukrotne (1991,1993) mistrzostwo świata w trójboju siłowym i wyciskaniu leżąc (Wiedeń i Zakopane), dwukrotne mistrzostwo Europy w trójboju siłowym (Belgia i Anglia), srebrny medal mistrzostw Europy (1994 Sanok) oraz złoty medal mistrzostw Austrii (1997 Innsbruck). W kraju, trzy tytuły mistrza Polski w trójboju siłowym (1989, 2001, 2002), dwukrotny mistrz Polski w przysiadzie ze sztangą (1992 – 202,5 kg, 1993 – 215 kg). Dwunastokrotny mistrz okręgu krakowskiego. W sumie Jego kolekcja liczy sześćdziesiąt medali z mistrzostw krajowych, świata i Europy! Posiadacz krajowych uprawnień sędziowskich wszystkich szczebli w tej dyscyplinie sportu. Wieloletni trener sportów siłowych w krakowskich klubach.

2009r. Józef Cisak demonstruje pamiątkowe zdjęcia z lat młodości… fot. Paweł Stachnik

W wieku 64 lat, wciąż startując w zawodach weteranów, mówił o sobie: „Nie stosowałem i nie stosuję żadnej diety, tylko trening i trening… Nie stosuję też żadnych odżywek, po prostu mnie na nie nie stać. Jestem dumny z tego, że przez wiele lat startowałem w ramach światowej federacji WDFPF, która nie tolerowała używek i dopingu. Trzymam się z daleka od dopingu, bo bardziej od fałszywych sukcesów cenię sobie własne zdrowie. Wyciskam 115 kg, choć kiedyś było to 152,5. W tzw. martwym ciągu miałem 215 kg, zaś w przysiadzie 240 kg. (…) Ani trochę nie żałuję życiowego wyboru, bo dla mnie sport był odskocznią od pracy, rodziny, problemów życia codziennego. Dzięki tej dyscyplinie sportu zwiedziłem kawał świata. Prócz satysfakcji z walki i zwycięstwa nic z tego nie miałem, lecz mogę śmiało powiedzieć, że był to najlepszy czas w życiu!

Sportowe plany na przyszłość? Chciałbym w zdrowiu dotrwać do zaliczenia do grupy wiekowej 69+… ale to dopiero za pięć lat… Teraz przede mną wiele różnych mistrzostw i zawodów w kategorii wieku 64+… (jzawada)

Ps. Pana Józefa Cisaka, rówieśnika i kolegę mojego starszego brata, śp. Janka, miałem zaszczyt znać osobiście. W latach sześćdziesiątych, po skończonych treningach piłkarskich lubiłem obserwować, wraz z kolegami z drużyny, ćwiczących w sali gimnastycznej miłośników podnoszenia ciężarów, wśród których Pan Józef wyróżniał się zarówno olbrzymim zaangażowaniem jak i świetnymi warunkami fizycznymi. Później, już w latach dziewięćdziesiątych, spotykałem Go w miesiącach letnich odpoczywającego nad Rabą w Chodenicach – była więc okazja, by powspominać z Nim stare, klubowe czasy… Dopiero niedawno, czytając komentarze do wzmiankowanego artykułu w „Dzienniku Polskim” dowiedziałem się, że Pan Józef Cisak zmarł w Krakowie 02. 11. 2019 roku. Niech puentą tych wspomnień o Panu Józefie będzie wpis jednego z komentujących tę smutną wiadomość…”Był wspaniałym Człowiekiem”… (jz)

W dzisiejszym moim wpisie skorzystałem z artykułu autorstwa red. Pawła Stachnika pt. „Najlepszy czas w życiu” zamieszczonym w „Dzienniku Polskim” z dnia 25.05.2009 r.

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

Sylwetki bocheńskiego sportu – cz.I

W moim blogu opisuję historię Bocheńskiego Klubu Sportowego i ludzi, którzy tę historię tworzyli, bez względu na to, jaką wówczas nazwę nosiło stowarzyszenie, czy organizacja sportowa zrzeszająca bohaterów moich artykułów. Robię to głównie z szacunku dla Ich sportowych dokonań!

IS_TG Sokół Bochnia 1901r.
Dawny budynek TG „Sokół” w Bochni (1901r)

Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” to najstarsze polskie towarzystwo sportowe. Pierwsze tzw. gniazda sokole powstawały już w okresie zaborów. Pionierska, głęboko patriotyczna organizacja wychowania fizycznego i sportu propagująca gimnastykę i zdrowy styl życia powstała w 1867 roku we Lwowie, zaś bocheńskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” zostało założone w 1891 roku jako filia lwowskiego „Sokoła”. Przypuszczalnie, jego powstanie związane było z setną rocznicą uchwalenia „Konstytucji 3 Maja”. Jednym z głównych postulatów „Sokoła” było podnoszenie sprawności fizycznej polskiej młodzieży. Organizacja ta, mocno szykanowana przez zaborców (najbardziej tolerancyjny był zabór austriacki), działała aż do okresu międzywojennego. Zdelegalizowana i zakazana w okresie PRL. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych ub. wieku, z inspiracji ówczesnych władz partyjnych, zastąpiona powołanym wtedy Towarzystwem Krzewienia Kultury Fizycznej (TKKF). „Sokoła” w Polsce reaktywowano dopiero po 1989 roku.

Bolesław Wnęk podczas zajęć z młodzieżą z sekcji gimnastycznej…

TKKF w Bochni powstał w 1957 roku. W odzyskanym budynku dawnego „Sokoła” przy ulicy Parkowej, przy współpracy z klubem „Start-Sokół” Bochnia wyposażono salę gimnastyczną w dużą ilość sprzętu potrzebnego do uprawiania gimnastyki przyrządowej. Wkrótce zaczęto prowadzić zajęcia z młodzieżą. Jednym z prowadzących zajęcia został Bolesław Wnęk, który w latach 1947-50 jako kilkunastoletni chłopak uprawiał tę dyscyplinę sportu pod okiem przedwojennego gimnastyka Edwarda Stańczewskiego, członka bocheńskiego „Sokoła”. Bolesław Wnęk w czasie studiów ekonomicznych trenował gimnastykę przyrządową w krakowskim AZS-ie. Podobnie jak jego sportowy mentor z lat młodości, nie posiadał uprawnień trenerskich w gimnastyce. Imponował za to wielką sprawnością fizyczną, umiejętnościami i merytoryczną wiedzą. Bocheńskiej młodzieży gimnazjalnej, zafascynowanej modną wówczas kulturystyką i pokazywanymi w mediach zdjęciami umięśnionych facetów, spodobały się ćwiczenia gimnastyczne na przyrządach. Uprosili Pana Bolesława, by prowadził z nimi treningi kształtujące sylwetkę i pożądaną muskulaturę. Wkrótce tak znacząco wzrosła liczba ćwiczącej młodzieży, że potrzebne było zwiększenie ilości osób prowadzących zajęcia.

1962r. Zajęcia ze sztangą – w akcji Janusz Kurkiewicz.

Największym powodzeniem cieszyły się ćwiczenia ze sztangą, które uzupełniały i ożywiały trudne i uciążliwe treningi na przyrządach. Zajęcia prowadzone przez Bolesława Wnęka i pozostałych szkoleniowców pomogły wielu jego wychowankom przy egzaminach sprawnościowych do WSWF, czy też uczelni wojskowych. W poniedziałkowe wieczory, po zakończeniu ćwiczeń z młodzieżą, spotykał się Pan Bolesław ze swoimi kolegami z TKKF-u tworzącymi tzw. sekcję „Starszych Panów” i rekreacyjnie grywał z nimi w siatkówkę.

Drugoligowi szczypiorniści bocheńscy swoje mecze rozgrywali na piłkarskim stadionie Bocheńskiego Klubu Sportowego.
Finaliści Pucharu Polski w latach 1961 oraz 1962. Od lewej: kier. drużyny S. Chełmecki, B. Wnęk, S. Motoła, K. Zięba, Z. Sojka, K. Kalandyk , M. Tarczałowicz, L. Chwałkowski, M. Siwy, J. Soroczak, J. Kurkiewicz, J. Kocot, trener J. Żarek.

Wszechstronnie sportowo uzdolniony Bolesław Wnęk był również jednym z czołowych piłkarzy ręcznych 11-osobowego szczypiorniaka w klubie sportowym „Górnik” Bochnia. Był członkiem zespołu, który walczył w finałach Pucharu Polski w szczypiorniaku. Drugoligowa, bocheńska drużyna dwukrotnie – w 1961r. w Warszawie oraz w 1962r. w Gdańsku zajęła drugie miejsce.

Dwa pokolenia bocheńskich piłkarzy ręcznych. Drugi od prawej stoi Bolesław Wnęk.

W 1964 roku Bolesław Wnęk zakończył czynne uprawianie sportu oddając się całkowicie pracy zawodowej, której, jako ekonomista, poświęcił 48 lat swojego życia. (jzawada)

Ps. Dziękuję p. Bolesławowi Wnękowi za udostępnienie części materiału, dotyczącego Jego wspomnień z czasów prowadzonych zajęć z bocheńską młodzieżą. (jz)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz

BKS – historia Wojskowego BKS…

Przedstawione przeze mnie, na moim sportowym blogu „BKS Oldboys” dwa cykle wspomnieniowe pn. „BKS – ocalmy od zapomnienia” oraz „BKS – ONI tworzyli historię Klubu”, są podsumowaniem, czyli ogólnie mówiąc zakończeniem mojej działalności związanej z opisywaniem historii Bocheńskiego Klubu Sportowego. Ma to oczywisty związek z tegorocznym, okrągłym jubileuszem i mającymi się odbyć uroczystościami z okazji stulecia naszego Klubu. Jednak z uwagi na to, że otrzymuję w dalszym ciągu, na bieżąco, materiały od byłych działaczy, zawodników, czy też Ich Rodzin, postaram się je jeszcze przez jakiś czas udostępniać. Dzisiejszy odcinek dotyczy lat osiemdziesiątych ub. wieku, a także krótkiej historii Wojskowego Bocheńskiego Klubu Sportowego (WBKS).

W opisywanym przeze mnie odejściu z Klubu w sezonie 1981/82 wielu podstawowych zawodników i rozwiązaniu się Rady Patronackiej, po ówczesnym Międzyzakładowym Spółdzielczym BKS pozostały tylko wspomnienia i… gustowne proporczyki. Niedługo potem z BKS-u odeszli kolejni doświadczeni zawodnicy (Roman Szewczyk i Kazimierz Skrzypek), a wraz z nimi nadzieje na jakąś stabilizację zespołu. Młoda drużyna nie była w stanie zbyt długo utrzymać poziomu sportowego, zapewniającego IV-ligowy byt. Jedynym promykiem nadziei na lepsze jutro była drużyna juniorów prowadzona od kilku lat przez trenera Ryszarda Majchra, która w pięknym stylu wywalczyła awans do ligi makroregionu. Był to pierwszy w historii naszego Klubu tak spektakularny sukces bocheńskich juniorów. Autorami tego sukcesu byli Marek Pachuta, Janusz Możdżeń, Krzysztof Cepak, Andrzej Możdżeń, Wojciech Marchewczyk, Krzysztof Nalepka, Jacek Florek, Krzysztof Kumor, Jerzy Potocki, Dariusz Kostański, Adam Sobas, Tadeusz Łucyków, Zbigniew Kaczmarczyk.

Po latach finansowego dobrobytu BKS zaczął popadać w długi. Wybrano nowy Zarząd, po roku kolejny. Podjęto szereg działań naprawczych, rozwinięto działalność gospodarczą (pralnia, brygada budowlana) i było to dobrym posunięciem klubowych władz. W tym pędzie do szybkiego oddłużenia Klubu popełniono jednak kardynalny błąd – zaczęto również wyprzedawać utalentowaną piłkarską młodzież. Do dębickiego „Igloopolu” przehandlowano pół drużyny juniorów wraz z trenerem! Taki sposób „ratowania” Klubu przyniósł zdecydowanie więcej szkód niż korzyści, a kara za to przyszła bardzo szybko – w sezonie 1984/85 zarówno drużyna seniorów jak i juniorzy spadli z wielkim hukiem ze swoich lig! Niestety, na tym się „kreatywna” pomysłowość zarządców Klubu nie skończyła.

1985r. Zespół WBKS z trenerem Zbigniewem Bilińskim na obozie kondycyjnym w Gdyni („90 lat bocheńskie piłki nożnej” aut. Marcin Leśniak)

Nawiązano współpracę z bocheńską Jednostką Wojskową, której efektem było stopniowe, wkrótce zaś całkowite oddanie Klubu pod wojskowy sposób zarządzania. Już w styczniu 1986 roku powstał mocno „zmodyfikowany” Zarząd Klubu, w składzie którego znalazły się bardzo znaczące osoby tamtych, jednoznacznych politycznie czasów, z prezesem płk. Henrykiem Fitą, dowódcą bocheńskiej Jednostki Wojskowej i wiceprezesami, Wiesławem Biernatem i Antonim Serwinowskim, komendantem MO w Bochni na czele. Musiało jednak upłynąć trochę czasu, by zrozumieć, dlaczego pomysł z utworzeniem Wojskowego Bocheńskiego Klubu Sportowego był pomysłem, delikatnie mówiąc, nie do końca przemyślanym…

1986r. Obóz zimowy w Zakopanem. „Wzmocnieni” kapelą góralską stoją: trener R. Struzik, W. Kujacz, S. Gonciarz, L. Rusek, NN, kiero Bujaczek, poniżej: M. Kurek, P. Okas, R. Wenda, K. Ślusarczyk, Z. Olszewski, R. Bryk, R. Madeja, S. Gawęda, T. Poradowski, NN.

Co prawda już po pierwszym sezonie drużyna seniorów, mająca jeszcze w swoich szeregach blisko połowę piłkarzy z Bochni powróciła do ligi międzyokręgowej, lecz kolejny sezon rozgrywali już tylko piłkarze-żołnierze, ściągani z różnych stron do bocheńskiej jednostki, w ramach zasadniczej służby wojskowej. Kierownikiem drużyny został kpt. Wacław Ruchniak. W zespole znalazło się raptem… trzech wychowanków BKS-u! Byli to Wojciech Kujacz, późniejszy lider bocheńskiego zespołu, a także bramkarz Marek Pachuta i napastnik Tomasz Poradowski. Zaciężnej armii piłkarzy stworzono komfortowe warunki pracy. W składzie zespołu przewijały się nazwiska zawodników z trzecio-, a nawet drugoligową przeszłością. Piotr Niesner (Cracovia), Robert Madeja (Resovia), Wojciech Klich, Krzysztof Chlewski, Leszek Rusek (Unia Tarnów), Dariusz Bojdo, Zbigniew Magiera (Okocimski) to ci, których przynależność klubową rozpoznałem. W kadrze zespołu byli również T.Majeran, M.Wróbel, Z.Ciepiela, W.Wątroba, J.Tomczyk, R.Sikorski, A.Migdał i W.Tacik. Po trenerach Struziku i Bilińskim zatrudniono byłego szkoleniowca „Victorii” Jaworzno, Jerzego Busia. Wiadomym było, że zadanie postawione przed drużyną może być tylko jedno – wywalczyć awans do upragnionej od lat III ligi.

IS_BKS1986
Drużyna Wojskowego Bocheńskiego Klubu Sportowego w sezonie 1986/87.

Niestety, wojskowa drużyna dysponująca zdecydowanie najmocniejszym składem wśród zespołów ubiegających się o awans, w sezonie rozgrywkowym 1986/87 zajęła dopiero trzecie miejsce. Jedynym pocieszeniem dla sympatyków sportu w naszym mieście był awans piłkarzy ręcznych WBKS do drugiej ligi państwowej. Do sezonu 1987/88 piłkarze nożni bocheńskiego Klubu przystąpili wzmocnieni nowymi „nabytkami” z żołnierskiego poboru. Na półmetku rozgrywek WBKS prowadził w tabeli z niewielką przewagą nad „Wisłoką” Dębica, którą pokonał u siebie 1:0. W drugiej rundzie dębiczanie wzięli srogi rewanż wygrywając gładko 3:0. Kolejne słabe występy bocheńskiej drużyny i porażki w trzech spotkaniach z niżej notowanymi rywalami znów rozwiały nadzieje na III ligę w Bochni. Awans wywalczyła „Wisłoka”. Dodatkowo, nieuchronnie zbliżające się rewolucyjne zmiany społeczno-polityczne w naszym kraju spowodowały szybki spadek zainteresowania władz losami bocheńskiego Klubu. Wkrótce ostatni żołnierze wyszli do cywila i wrócili do macierzystych klubów. Klub przestał być „Wojskowy”. Miarę goryczy dopełniła przeprowadzona reorganizacja rozgrywek – tylko cztery pierwsze miejsca gwarantowały spokojny, IV-ligowy byt. BKS, który rozgrywki zakończył na 11 miejscu, został zdegradowany do ligi okręgowej…

Niedługo potem, w połowie 1989 roku, na Nadzwyczajnym Zebraniu Sprawozdawczo-Wyborczym Bocheńskiego Klubu Sportowego, które odbyło się w wypełnionej do ostatniego miejsca sali gimnastycznej Klubu, cały Zarząd podał się do dymisji. Ze wspomagania finansowego Klubu wycofały się prawie wszystkie podmioty gospodarcze, łącznie z Zrzeszeniem Sportowym „Start”. W trakcie tego burzliwego zebrania, kilkanaście osób (w tym niżej podpisany), którym nieobojętne były dalsze losy Klubu, zdecydowały się ratować to COŚ, co praktycznie przestało istnieć, tworząc nowy Zarząd BKS-u. Przywitały nas puste pomieszczenia biurowe, bez najważniejszych klubowych dokumentów, bez jakichkolwiek wartościowych pamiątek, zdjęć i pucharów. Magazyny i hala bez wyposażenia i sprzętu sportowego nadającego się do użytku. W pomieszczeniach kotłowni, niedługo przed zbliżającym się okresem grzewczym, nie znaleźliśmy ani jednego kawałka jakiegokolwiek opału… I to był końcowy efekt wielkomocarstwowych planów Wojskowego Bocheńskiego Klubu Sportowego!!! Cóż było robić? Przecież nasz Klub musiał funkcjonować, a drużyna zgłoszona do rozgrywek! Trzeba to było jakoś wszystko „ogarnąć”… Daliśmy radę!

Ale to już inna historia… (jzawada)

Ps. Dziękuję za udostępnioną część materiału wraz z kolorowym zdjęciem p. Wojtkowi Kujaczowi. (jz)

Opublikowano BKS Oldboys | Dodaj komentarz