W sobotę 02.04.22 odszedł od nas na zawsze Tadeusz Możdżeń, były piłkarz ręczny klubu BKS ”Górnik” Bochnia i AZS Kraków. Znany i ceniony bocheński księgarz. Ojciec Janusza i Andrzeja, b. piłkarzy BKS Bochnia.
Tadeusz, spoczywaj w pokoju, niech Ci ziemia lekką będzie… Serdeczne kondolencje dla Rodziny śp. Zmarłego.
Msza Św. żałobna w kaplicy Cmentarza przy ul. Orackiej w czwartek07.04.2022r. o godz. 10.00.
Powszechnie wiadomo, że do prowadzenia jakiejkolwiek działalności, nie wyłączając działalności pożytku publicznego oraz „non profit”, potrzeba pieniędzy. Jedni mają ich wystarczająco dużo by móc spokojnie i bez większych problemów funkcjonować, inni zaś muszą się stosować do ludowego porzekadła „tak krawiec kraje, jak mu materii staje”… W odniesieniu do naszego, lokalnego podwórka sportowego, wygląda to w sposób następujący – jednostka budżetowa pod nazwą MOSiR, której podstawowym celem jest prowadzenie działalności sportowej i rekreacyjnej oraz zarządzanie powierzonymi obiektami jest utrzymywana z pieniędzy samorządu terytorialnego, czyli tzw. kasa należy jej się „z urzędu”. Pozostałe organizacje, kluby i stowarzyszenia mogą występować do UM o dofinansowanie z puli dotacji celowej w zakresie sprzyjania rozwojowi sportu. I tak, w 2022 roku MOSiR, występujący dodatkowo pod nazwą TS MOSiR finansowo zasilany jest z dwóch źródeł – jako jednostka organizacyjna Gminy Bochnia otrzymał ponad 1,8 mln złotych, zaś pod drugą postacią 102 tysiące z dotacji celowej. Pisałem już niedawno o tym nieprzypadkowym podobieństwie nazw, zaś pewną ciekawostką rodzajową wydaje się być to, że próżno szukać w wykazie beneficjentów budżetowych miasta na rok bieżący jednostki organizacyjnej pod nazwą MOSiR Bochnia. Wydatki na tę tajną organizację ukryto w rubryce „obiekty sportowe” – (pula 5 mln 300 tys. zł.) jako „wydatki związane z realizacją zadań statutowych” (1 mln 801 tys.). Resztę tej kwoty, (3,5 mln zł.) stanowią… wynagrodzenia i składki od nich naliczane. I ta suma już jest lekko szokująca! Tymczasem dla pozostałych organizacji sportowych Bochni ( o dofinansowanie wystąpiło 11 klubów i stowarzyszeń) przeznaczono… 300 tys. złotych. Odliczając kwoty, które otrzymał Bocheński KS (143 tys.) oraz wspomniany wyżej TS MOSiR, dla pozostałych dziewięciu organizacji zostało raptem 50 tys. złotych! Futsalowcy z BSF-u mają otrzymać 24 tys, TKKF „Promień” – 7 tys. Na 6 tys. wyceniono sportową część działalności bocheńskiego LOK-u. Resztą miejskiej jałmużny „obłowiło” się sześć pozostałych stowarzyszeń (po 3 tys. zł.) Szczegółową listę nagrodzonych szczęśliwców przedstawił w połowie stycznia w swoim portalu bochnianin.pl
Trudno to zostawić bez komentarza… Nie mam żadnych zastrzeżeń co do potrzeby finansowania jakiejkolwiek sekcji sportowej, czy rekreacyjnej, ale musi obowiązywać jakaś logika i elementarna odpowiedzialność za rozdział i gospodarowanie publicznymi przecież pieniędzmi. Może by tak któraś z sekcji MOSiR-u spróbowała funkcjonować przez rok z dotacją w wysokości 3 tysiące złotych? W dodatku na wynajmowanych odpłatnie obiektach i w czasie narzuconym przez wynajmującego? Bocheńskie Stowarzyszenie Futsalu, zespół „ABJ” Bochnia, liderujący w pierwszoligowych rozgrywkach halowej piłki, na sześć kolejek przed zakończeniem rozgrywek może już być pewny historycznego awansu do ekstraklasy wskutek ukarania walkowerem za nieprawidłowości regulaminowe najgroźniejszego przeciwnika, drużyny AZS Katowice. BSF będzie pierwszym w historii Bochni zespołem grającym na najwyższym szczeblu rozgrywek. Od Miasta, w uznaniu zasług, dostało zapomogę w zawrotnej wysokości 24 tysiące złotych, a w „bonusie” żadnego jeszcze zapewnienia o możliwości korzystania z hali w godzinach przewidzianych na telewizyjną transmisję spotkań bocheńskiej drużyny z elitą polskiego futsalu! To się normalnie w głowie nie mieści… mieć za darmo reklamę miasta na ogólnopolskiej antenie i robić z tego tytułu jakieś utrudnienia! Takie cuda możliwe tylko w Bochni…
Zakończę trochę pozasportowo… Szukając w budżetowych zapisach interesujących mnie treści, trafiłem zupełnie przypadkowo na kilka ciekawych pozycji zatwierdzonych na ten rok. Świadczą one o powadze niektórych inwestycji i dotyczą wysokości środków budżetowych przeznaczonych na dany cel.
Jeśli tak wygląda część tej kolumny po „remoncie” wykonanym trzy lata temu, to chcę wiedzieć kto to robił i za ile? I w jakim stanie była sama figurka, że trzeba ją było w trybie pilnym ściągać z kolumny?
Jednym z takich priorytetów jest rekonstrukcja figurki Matki Bożej z Dzieciątkiem przy ul. Proszowskiej – przydzielono na to… 80 tys. złotych! Dlaczego Miasto z pieniędzy podatnika funduje renowacje przedmiotów kultu religijnego? I to nie pierwszy raz – całkiem niedawno, bo w 2018 roku, jak głosi napis na cokole, wykonano remont tego pomnika ze środków Gminy Miasta Bochnia i Województwa Małopolskiego! Jeśli bocheńscy radni odczuwają taką potrzebę, to niech przeznaczą na ten cel swoje diety, a resztę powinni dorzucić lokatorzy pewnej okazałej budowli w pobliżu bocheńskiej bazyliki i ich przełożeni z KK – przecież to ich branża… Kolejnym przedsięwzięciem najwyższej rangi jest rzeźba ilustrująca legendę o pierścionku św. Kingi – miała kosztować skromne 400 tys. złotych, ale p. burmistrz uznał, że na arcydzieło wykonane przez tej klasy fachowca jakim jest prof. Czesław Dźwigaj nie można skąpić grosza! Artysta wycenił swoją pracę na 540 tys. złotych (na tyle opiewa umowa), więc burmistrz w ramach autopoprawki przesunął (czytaj: zabrał) brakujące 140 tysięcy z innych pozycji w budżecie i po problemie – na tym stanowisku trzeba mieć gest! Przecież to są te niecierpiące zwłoki priorytety w czasie pandemii, szalejącej drożyzny i galopady cen, a także niepokojów społecznych wywołanych toczącą się wojną, niecałe 200 km od Bochni. Ale co tam, to tylko śmieszne, niewiele ponad pół miliona – w UM powiedzą, że znów się czepiam… Dla porównania wysokości przyznanych kwot, pierwszy z brzegu przykład – na odwlekaną od wielu lat budowę mostu na potoku Babica na ul. Parkowej, wraz z remontem przyległych alejek zapisano… 100 tys. złotych!!! W tym momencie, w trosce o swoje zdrowie psychiczne zakończyłem lekturę budżetu Bochni…
Most-ruina na drodze do „Parku Rodzinnego Uzbornia”…
Dość tego! Wystarczy już tych legendarnych itp. poczynań władz miasta i jego niektórych urzędników (fontanna, tężnia, betonowe centrum miasta, dewastacja boiska piłkarskiego) i wydawanych lekką ręką nie swoich pieniędzy. Idzie wiosna, czas na zmiany – nasze miasto tego potrzebuje… (jzawada)
„Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień…” – tak mniej więcej brzmi biblijny przekaz. Ludzką rzeczą jest błąd popełnić i każdemu może się to przytrafić, więc i urzędnikowi. Ale czymś równie normalnym powinno być ponoszenie wszelkich konsekwencji, także prawnych przez osobę, która się tego dopuściła. Regulują to odpowiednie przepisy i paragrafy karno-administracyjne i ja ich nie wymyśliłem. Często się jednak zdarza, że względem prawa jedni są równi, a inni… równiejsi! Czy tak było w tym przypadku, osądźcie sami na podstawie poniższej historii. Zastrzegam też, że nie brałem udziału w opisywanych wydarzeniach, ani nie byłem ich inspiratorem – posiadam jedynie kopie pewnego pisma…
W 2014 roku do ówczesnego przewodniczącego Komisji Rewizyjnej Rady Miasta Bochnia wpłynęło pismo sygnowane podpisem „Mieszkańcy Miasta” z zapytaniem, czy nie doszło do naruszenia prawa przez urzędującą dyrektorkę MOSiR-u w związku z pełnioną funkcją. W piśmie tym, powołując się na odpowiednie przepisy (ustawa z dnia 21.11.2008 o pracownikach samorządowych oraz ustawy o samorządzie gminnym) wskazano na ewidentne przypadki naruszenia prawa przez dyrektorkę MOSiR-u, w związku z jej równoczesnym zasiadaniem we władzach stowarzyszenia o całkiem „przypadkowo” i podobnie brzmiącej nazwie „Towarzystwo Sportowe MOSiR”… Dlaczego taka akurat nazwa? Między innymi po to, by ewentualny prywatny sponsor był przekonany, że wspomaga miejski ośrodek sportu, a nie prywatne stowarzyszenie. Dla wyjaśnienia – stowarzyszenie to zawiązano w celu umożliwienia oddzielnego finansowania sekcji sportów wyczynowych ( m.in. II-ligowej piłki ręcznej) utrzymywanych, niezgodnie z obowiązującymi przepisami, w strukturach MOSiR-u od momentu wycofania się sponsora sekcji, czyli „Stalproduktu”. Od początku założenia stowarzyszenia „TS MOSiR” w 2011 roku, aż do nagłośnienia sprawy w 2014 roku, a więc przez blisko trzy lata, w składzie ścisłego kierownictwa stowarzyszenia figurowało nazwisko dyrektorki MOSiR-u, jako skromnego sekretarza tegoż stowarzyszenia.
W czym tkwi problem? Otóż zapisy wymienionej powyżej ustawy z dnia 21.11.2008 roku mówią jasno: – „pracownik samorządowy na stanowisku kierowniczym nie może prowadzić działalności gospodarczej na własny rachunek, ani zarządzać taką działalnością lub być jej przedstawicielem, gdyż zachodzi uzasadnione podejrzenie o stronniczość i interesowność” – i w tym przypadku prawo naruszono. Kolejny artykuł tej ustawy zabrania kierownikom jednostek samorządowych prowadzenia działalności gospodarczej z wykorzystaniem mienia komunalnego gminy – prawo naruszono. Następny artykuł nakazuje urzędnikowi złożyć oświadczenie o prowadzeniu takiej działalności, zaś zatajenie lub podanie nieprawdy powoduje odpowiedzialność karną – w oświadczeniu majątkowym napisano -„nie dotyczy” – podano więc nieprawdę! W związku z powyższym pozwolę sobie zacytować art.30 pkt.2 tejże ustawy: „W przypadku stwierdzenia naruszenia przez pracownika któregokolwiek z zakazów o których mowa w ustawie, niezwłocznie rozwiązuje się z nim, bez wypowiedzenia, stosunek pracy w trybie art.52 par.2 i 3 KP, lub odwołuje się go ze stanowiska”.
Pismo „Mieszkańców Miasta” mimo faktu, iż było anonimem, potraktowano w UM bardzo poważnie i nadano mu przewidziany przepisami bieg. Zajęli się nim prawnicy i już wkrótce efektem ich wytężonej pracy było… umorzenie całej sprawy! Jeśli nie dopatrzono się uchybień objętych paragrafami kodeksu karnego, to już złamanie przepisów ustawy o pracownikach samorządowych było ewidentne i powinno skutkować opisanymi w tej ustawie sankcjami. Żeby nie było też niejasności, nie chodzi tutaj o to, że samo utworzenie stowarzyszenia „TS MOSiR” było niezgodne z prawem. Tylko, na Boga, nie róbmy z ludzi idiotów!!! Ta farsa trwa do dnia dzisiejszego. Bo jeśli ktoś myśli, że zniknięcie, po blisko trzech latach, jednego nazwiska ze składu zarządu „TS MOSiR” cokolwiek zmieniło w sposobie działania i funkcjonowania tego stowarzyszenia jest w dużym błędzie. Przecież wyczynowcy z sekcji piłki ręcznej, koszykówki, a także judo w dalszym ciągu korzystają bez ograniczeń z przywilejów zastrzeżonych wymienionymi wcześniej paragrafami – hala sportowa, boiska, pomieszczenia biurowe, szatnie. Za tym idę wciąż pieniądze i to niemałe – w tym roku blisko dwa miliony z budżetu (dokładnie jeden milion osiemset jeden tysięcy złotych) otrzyma na swoją działalność MOSiR, dodatkowo „TS MOSiR” 102 tysiące – dla porównania BKS otrzyma 143 tysiące. Fikcją na użytek publiczny jest udawanie, że zarówno MOSiR jak i „TS MOSiR” to dwa niezależne byty, bo od 2014 roku zarządzane już w innym zestawie osobowym. Przecież wszyscy wiedzą, że król jest tylko jeden! Sorry, królowa… Więc przy tej okazji pozwolę sobie zażartować – jeśli wszystko powyższe odbywa się na całkowitym „legalu”, to co stoi na przeszkodzie, by do tego miejskiego, finansowego kurka oraz obiektów i urządzeń podłączyć także piłkarzy nożnych i upchnąć ich w jakimś zakamarku sportowego monopolisty jakim jest MOSiR? Jak już jechać po tzw. bandzie to idźmy na całość! Bo dlaczego jedne i to wcale nie rekreacyjne sekcje sportowe mogą korzystać z całorocznej, troskliwej opieki oraz finansowania z kasy Miasta, a drudzy muszą „wyżebrywać” od prywatnych osób i firm złotówki brakujące do jako takiego funkcjonowania Klubu?
Jednym z powodów, dla którego przypomniałem ową historię, jest wykazanie niedopuszczalnych różnic w ponoszeniu konsekwencji i odpowiedzialności za określone czyny lub przewinienia. Ale odpowiedzialnością nie można obciążać tylko tej jednej osoby. Są ważniejsi przecież w naszym mieście decydenci, od których oczekuje się działań zgodnych nie tylko z literą prawa, ale także z podstawami przyzwoitości i równego traktowania obywateli tego samego miasta. Można było dwa lata wcześniej urządzać pokazówki i epatować opinie publiczną bzdurnymi i wyssanymi z palca oskarżeniami pod adresem klubowych działaczy o złodziejstwo i malwersacje finansowe! Nikt już nie naprawi krzywd wyrządzonych, walczącemu wówczas z nieuleczalną chorobą, Antoniemu Noszkowskiemu, jednemu z najbardziej oddanych Klubowi ludzi, który przez ponad trzydzieści lat czynnie wspierał i organizował działalność Klubu. Obrażano uczucia oraz dobre imię ludzi, którzy społecznie i w dodatku własnymi pieniędzmi wspomagali Klub! Tych działaczy, właścicieli prywatnych firm i innych społeczników, skutecznie i raz na zawsze „wyleczono” z jakiejkolwiek działalności na rzecz Klubu. Przykre to wszystko, wręcz podłe i oby już nigdy się nie powtórzyło…
Na górnym obrazku miejski wreszcie stadion, ale żeby nie było niejasności kto tu rządzi…
Dlatego uważam, że najwyższy już czas, by zacząć inaczej myśleć i działać. Zakończyć te ciągłe i niezdrowe przepychanki i wreszcie zacząć ze sobą współpracować na mądrych i uczciwych zasadach. Przestać faworyzować jednych sportowców i ich potrzeby, kosztem pozostałych. Psuje to od lat atmosferę w sportowym środowisku miasta i jest przyczyną wielu niepotrzebnych konfliktów. Ale żeby to nastąpiło, konieczna jest zmiana sposobu postrzegania i traktowania Klubu i jego potrzeb zarówno ze strony UM jak i MOSiR-u. Ciągle trzeba mieć nadzieję, że jest to realne… (jzawada)
Bardzo skutecznym, jak się okazuje, sposobem zakłamywania sportowej rzeczywistości Bochni jest stworzony przez MOSiR (czytaj: jego kierownictwo) jedynie słuszny model zarządzania sportem w naszym mieście – najważniejsze jest to, co NAM się podoba! Początkowy, teraz już prawie dwudziestopięcioletni okres działalności tego kierownictwa (niedługo „srebrne gody”!) w dużym stopniu był wspomagany i warunkowany dotacjami możnego sponsora („Stalprodukt”) dla najbardziej popularnych sekcji, tzn. piłki nożnej i ręcznej, więc tym samym zapewniał w miarę spokojny byt wymienionym sekcjom i działaczom, bez ingerowania w ich funkcjonowanie ze strony MOSiR-u. Finansowa sielanka nie trwała jednak zbyt długo i w dużym stopniu była to zasługa ówczesnej, byłej już v-ce burmistrzyni. Nieudolne próby pouczania prezesa „Stalproduktu” (podczas tzw. roboczej wizyty w siedzibie firmy) na jakie cele powinien wydawać pieniądze, zakończyły się natychmiastowym wycofaniem firmy z finansowania sportu w Bochni!!! Wtedy też zaczęły się „tłuste” lata dla pozbawionych sponsoringu obydwu sekcji Klubu…
W jednym momencie rozleciała się aspirująca do ekstraklasy pierwszoligowa drużyna piłki ręcznej, a niedługo potem burmistrzowska para wstrzymała dotowanie sekcji piłki nożnej Klubu i oskarżyła Zarząd BKS-u o finansowe malwersacje. Głównym i mocno kontrowersyjnym zarzutem okazało się przekazanie niewielkiej części dotacji na zwrot kosztów dojazdów na treningi i mecze dla zawodników spoza Bochni wraz z dopłatami w wysokości kilkudziesięciu złotych(!) na tzw. dożywianie. Klub w związku z tym został natychmiast pozbawiony przez urzędującą skarbniczkę Miasta wszelkich dotacji z UM i w konsekwencji oddany pod dozór kuratora. Największe zdziwienie po tej decyzji wynikało z faktu, iż nad prawidłowym rozliczaniem klubowych wydatków „czuwała” oddelegowana do Klubu … urzędniczka z wydziału finansowego UM! Mało tego – jej przełożona, ta sama skarbniczka Miasta przez cztery wcześniejsze lata kadencji poprzedniego burmistrza w pełni akceptowała tę formę klubowych rozliczeń! Czyżby wcześniej była do tego zmuszana i chciała się zemścić? Tylko dlaczego na Klubie? Przyznaję, że już się w tym wszystkim trochę pogubiłem… Dlatego też należy docenić konsekwentne działania kuratora, bo dzięki jego wszechstronnej pomocy i zaangażowaniu w wyjaśnienie sprawy oraz determinacji grupy działaczy, BKS w ostatniej chwili uniknął likwidacji.
W poprzednim, szóstym odcinku wspomnieniowym, zacytowałem fragment pisma burmistrza miasta, w którym w odpowiedzi na interpelację jednego z radnych wypisane były wszystkie „dobrodziejstwa i łaski” Miasta spływające ponoć szerokim strumieniem do Klubu. Jak się to ma do rzeczywistości na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, w ramach odświeżania pamięci postaram się przedstawić…
Zacznę od przypomnienia wpisu w moim blogu z lipca 2012…
Poniedziałek 06.08.2012 godz.19.00.. Miejsce – Miejski Stadion Sportowy w Chodenicach n/Rabą, administrowany przez MOSiR Bochnia. Trening III-ligowej drużyny piłkarskiej BKS Bochnia.
Wrażenia wizualne niezapomniane – ok. 1/3 murawy zajęta przez sporą grupę osób z psami, które szkolą się pod komendą jakiejś pani. Czworonogi wyraźnie podenerwowane przelatującą co jakiś czas piłką. Trochę dalej, podobną część boiska zajmuje kilkanaście betonowych podstaw parasoli (pozostałość po niedzielnej imprezie organizowanej przez MOSiR). Na środku boiska (sic!) stoi duży samochód dostawczy, do którego zbierane są te betony. Obok, na zielonej murawie, czerni się duża plama po wylanym na ziemię oleju ze smażonych frytek oraz innych imprezowych „smakołyków”. No i wreszcie, na pozostałym skrawku trawy ćwiczy grupa ok. dwudziestu piłkarzy, przygotowujących się do III-ligowego sezonu. Jak widać, warunki do treningu wprost wymarzone – pełny komfort!
Tak wygląda pomoc Miasta dla Bocheńskiego Klubu Sportowego w wykonaniu MOSiR-u! Wprost poraża bezczelność i samowola ludzi zarządzających sportem w Bochni, z pełnym błogosławieństwem burmistrza. Nieodparcie narzuca się pytanie, jak można tak upokarzać, a jednocześnie narażać zdrowie tych młodych ludzi, fundując im takie warunki? Już najwyższy czas, by do niektórych zakutych łbów wreszcie dotarło, że obiekty sportowe, w pierwszej kolejności, mają służyć sportowcom, a Bocheńskiemu Klubowi Sportowemu należy się szacunek, na który zasłużył swoją długoletnią służbą dla dobra mieszkańców miasta.(jzawada)…”
Przedstawiona powyżej historia to nie jednorazowy przypadek – boisko w Chodenicach było odpłatnie udostępnione do szkolenia psów przez wiele miesięcy na podstawie zawartej umowy MOSiR-u z treserką.
Za to możliwość przeprowadzenia treningu piłkarskiego na płycie boiska w Bochni była (i jest) uzależniona od kaprysu i „widzi mi się” p. dyrektor. Nie miało żadnego znaczenia, że np. za dwa dni był mecz mistrzowski. Zawsze znalazł się jakiś powód – albo za mokro, albo za …sucho. Ale na treningi mosirowskich grup młodzieżowych murawa była i jest dostępna. Nikogo też nie obchodziło, że na dojazd zawodników nad Rabę, znajdujący się w tragicznej sytuacji finansowej Klub musiał wynajmować i opłacać dodatkowo transport… Osłabiająca bezsilność, coraz częściej przeradzająca się w uczucie, które można wyrazić tylko niezbyt parlamentarnym określeniem nachodziło zawsze człowieka, kiedy uzmysławiał sobie, że kierownictwo MOSiR-u „obsiadujące” wraz ze swoimi podwładnymi trzy potężne obiekty (hala widowiskowa, budynek przy Parkowej oraz budynek na terenie dawnej jednostki wojskowej), a także bezproblemowo wynajmujące dla swoich podopiecznych sale gimnastyczne w bocheńskich szkołach, nie udostępni nawet najmniejszego, samodzielnego pomieszczenia dla BKS-u. Niejednokrotnie działacze sekcji piłki nożnej, lub członkowie Zarządu Klubu „obradowali” na boiskowej trybunie, czy nawet na ławce przed budynkiem. Oczywiście pana burmistrza też to nie obchodziło i jedyną radą na problemy była ta sama odpowiedź:- „proszę zwrócić się do pani dyrektor”…
A pani dyrektor nie ustawała w „pomaganiu” Klubowi, jednocześnie starając się zacierać wszelkie ślady po nim. Z budynku przy Parkowej na lata znika tabliczka z nazwą Klubu. Została zamknięta główna brama wejściowa na stadion i zlikwidowane pomieszczenie w którym sprzedawano bilety. Na mecze piłkarzy kibice wpuszczani byli przez małą furtkę od strony Parkowej, co automatycznie przekładało się na duży spadek oglądalności spotkań i tym samym przychodów ze sprzedaży biletów, bo wielu potencjalnych „oglądaczy” nawet nie wiedziało, że coś się dzieje na boisku. Stadion już nie był „miejski”, ale „mosiru”. O samowolnej dewastacji płyty boiska już pisałem, mogę tylko dodać, że w opinii zawodników, niezbyt fachowo obsługiwana i rzadko konserwowana nawierzchnia obecnego boiska już dawno zamieniła się w nierówne klepisko… Za tydzień ciąg dalszy i … jeszcze ciekawszy… (jzawada)
2013 r. W napisie jedno cygaństwo i jeden żart – stadion MIEJSKI, nie Mosir-u, a żartem jest logo Mosir-u… z piłką nożną!
Ps. Przez okrągłe dwa lata (2014-2016) wraz p. Wiesławem Biernatem odbyliśmy wiele spotkań, organizowanych dzięki i przy wydatnej pomocy radnego Jana Balickiego, z burmistrzem miasta w sprawie utworzenia, zgodnie z zapisami podjętej dwadzieścia lat wcześniej Uchwały, Miejskiego Bocheńskiego Klubu Sportowego, jak również przekazania Klubowi jakiegoś pomieszczenia w dawnym budynku Klubu przy Parkowej. Nasza „żebranina” częściowo przyniosła skutek, czego efektem jest udostępnienie BKS-owi owego pomieszczenia na biuro. Niestety, po wyborach nowego Zarządu Klubu w 2017 r, ówcześni działacze nie zrobili nic, (a obecny Zarząd pewnie nie zna tematu) by sfinalizować w UM ostatni etap ustaleń w sprawie Miejskiego BKS i podpisać dokument, którego kopia jest w moim posiadaniu. A szkoda. Na całe szczęście p. burmistrz wywiązuje się z najważniejszej części tych ustaleń i dzięki temu konto Klubu już od kilku lat zasilane jest stałą dotacją z miejskiej kasy. (jz)
Sto lat Bocheńskiego Klubu Sportowego to spory okres czasu w ponad siedemsetletniej historii naszego miasta. To niezliczona ilość indywidualnych historii z życia tysięcy ludzi, którzy na przestrzeni tych stu lat związali się na dobre i na złe z Bocheńskim Klubem Sportowym, wpisując się na stałe w jego historię. Przez całe dziesiątki lat ten wielosekcyjny Klub był drugim domem dla całych pokoleń młodych bochnian, miejscem, w którym wykuwały się charaktery, nie tylko sportowe, wielu późniejszych znaczących obywateli naszego miasta. Miejscem, w którym wynik sportowej rywalizacji nigdy nie był stawiany wyżej od dobrego i godnego wychowywania członków tej społeczności. Władze miasta doceniały znaczącą społecznie rolę Klubu i zawsze – choć w miarę możliwości – wspomagały jego działalność, zaś potrzebę prowadzenia takiej działalności potwierdzały liczne rzesze kibiców i sympatyków obserwujących zawody sportowe. Tak było do końca lat osiemdziesiątych. Jednak od czasu transformacji ustrojowej Klub boryka się z ogromnymi problemami.
Odręczny odpis dokumentu, którego oryginał znajduje się w archiwum bocheńskiego Sądu Rejonowego. Widnieje na nim skład osobowy ówczesnego Zarządu Klubu wraz z adnotacją o „rezygnacji” z odpowiedzialności przez jednego z członków zarządu… Powyższego odpisu dokonała uprawniona osoba z Urzędu Miasta.
Całkowity brak zainteresowania władz miejskich sytuacją finansową Klubu, w połączeniu z porażającą wręcz nieudolnością ówczesnych zarządców BKS-u spowodował w połowie lat dziewięćdziesiątych przekazanie przez tę ekipę obiektów klubowych do mającej powstać spółki akcyjnej z udziałem Miasta i Klubu. Na zwołanym w dniu 13 grudnia 1995 roku Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu Członków Bocheńskiego Klubu Sportowego, które miało zadecydować o dalszych losach Klubu, burmistrza Bochni Teofila Wojciechowskiego reprezentowali dyrektor MDK-u, Krzysztof Pławecki oraz członek Zarządu Miasta, Marek Mazur.
Fragment wypowiedzi Pana Jacka Pacuły, ówczesnego, niestety nieżyjącego już prezesa BKS-u dla Kroniki Bocheńskiej (grudzień 1996) : „…Pan Pławecki ogłosił, że miejski zarząd ma świetny projekt wybawienia klubu z opałów… Obiecywał szybkie powołanie Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, a w jego ramach miejsce dla piłkarzy BKS, czyli drużyn z IV ligi i A-klasy seniorów oraz dla II-ligowych piłkarzy ręcznych z MDK. Po krótkim czasie przechowania – zapewniano nas, że nie dłużej niż 6 miesięcy – wszystkie drużyny miały być skupione w nowej spółce akcyjnej powołanej po to, by organizować i finansować działalność sportową w Bochni. Pan Pławecki mówił, że taki układ będzie działał perfekcyjnie, a nasze kłopoty finansowe nigdy się nie powtórzą. Towarzyszący mu radny Mazur z aprobatą kiwał głową…”
Choć dobra Klubu (obiekty przy ul. Parkowej) zostały przekazane Miastu w dobrej wierze i po wielu rozmowach prezesa Klubu z burmistrzem oraz zarządem Miasta, władze Bochni dość szybko pokazały, że nie mają zamiaru wywiązywać się z obietnic danych Zarządowi i członkom Klubu. Świetlana przyszłość dla BKS-u okazała się fikcją, ze spółki wyszły przysłowiowe „nici”, ale obiektów Miasto już Klubowi nie zwróciło.
Przypomniałem fragmenty artykułu z „Kroniki Bocheńskiej” z grudnia 1996 roku, w którym w miarę obiektywnie przedstawiono historię przejęcia przez Miasto majątku Bocheńskiego Klubu Sportowego, w dużej mierze pozostawiając czytelnikom ocenę opisywanych zdarzeń… (czytaj„Jak uwłaszczano majątek BKS-u„)
Ale „diabeł” jak zwykle tkwi w szczegółach, a tego już w tamtym artykule się nie zobaczy. Majątek BKS-u został przekazany przez klubowych likwidatorów w sposób niezgodny z ustaleniami podjętymi na ostatnim Walnym Zebraniu przez uprawnionych do głosowania członków Klubu . Uczestniczyłem w tym zebraniu i byłem świadkiem burzliwej dyskusji, której efektem było wypracowanie i podjęcie uchwały w takim właśnie brzmieniu:
Odręczny odpis dokumentu, którego oryginał znajduje się w archiwum bocheńskiego Sądu Rejonowego.
Proszę zwrócić uwagę na słowa mówiące o „… komunalizacji Klubu polegającej na rozwiązaniu klubu jako Stowarzyszenia i wejścia w struktury Miejskiego Klubu Sportowego łącznie z posiadanym majątkiem…” Pod takim ustaleniem Uchwały podpisali się członkowie i Zarząd Klubu! I żeby nie było niejasności – komunalizacja a darowizna to są dwie różne sprawy: komunalizuje się jakiś podmiot na określonych prawach i warunkach, zaś darowizna jest bezwarunkowa, darujący pozbywa się wszelkich praw i roszczeń! Tymczasem akt notarialny skonstruowany dziesięć miesięcy później (30.10.1996) powołuje się na… umowę darowizny!!! Dokonują jej bezpodstawnie dwaj likwidatorzy klubu, panowie J. P. oraz R. K. Tutaj przypomnienie – uchwała zobowiązywała ich tylko i wyłącznie do wykonania jej zapisów!
Obydwie strony powołują się w tym dokumencie na artykuły 36 i 38 Ustawy z dnia 07 kwietnia 1989 r. „Prawo o stowarzyszeniach” (zaznaczone zielonym kolorem), które brzmią:
Ustawa z dnia 07.04.1989 „Prawo o stowarzyszeniach” Art. 36. 1. W razie rozwiązania się stowarzyszenia na podstawie własnej uchwały, likwidatorami stowarzyszenia są członkowie jego zarządu, jeżeli statut lub, w razie braku odpowiednich postanowień statutu, uchwała ostatniego walnego zebrania członków (zebrania delegatów) tego stowarzyszenia nie stanowi inaczej.2. W razie rozwiązania stowarzyszenia przez sąd, zarządza on jego likwidację, wyznaczając likwidatora.
Art. 38. Majątek zlikwidowanego stowarzyszenia przeznacza się na cel określony w statucie lub w uchwale walnego zebrania członków (zebrania delegatów) o likwidacji stowarzyszenia. W razie braku postanowienia statutu lub uchwały w tej sprawie, sąd orzeka o przeznaczeniu majątku na określony cel społeczny.
Nie rozumiem, jak można powoływać się na powyższe paragrafy działając odwrotnie do ich znaczenia. I że to wszystko było „zaklepywane” bez skrupułów i w poczuciu całkowitej bezkarności. Bez względu na to, że hojni pseudo-likwidatorzy nie mieli żadnych uprawnień do zmiany ustaleń zawartych w uchwale walnego zebrania członków i tym samym poświadczyli nieprawdę! Jako byłemu wychowankowi BKS-u i wieloletniemu działaczowi tego Klubu wprost w głowie się nie mieści jak można było w pełni świadomie zgodzić się na taką manipulację!? Inna sprawa, że przez całe lata nikogo z klubowych działaczy to nie obchodziło. Nawet wtedy, gdy w październiku 2011 roku napisałem o tej sprawie w artykule (BKS – czy kogoś to jeszcze obchodzi?), a potem przez ponad pięć lat, aż do końca upływającej w 2016 roku prawnej karencji dla tej likwidacji nagłaśniałem tę historię i bezskutecznie próbowałem kogokolwiek nią zainteresować, nie będąc już czynnym działaczem Klubu. Jedyną osobą, na której pomoc mogłem liczyć był radny miejski p. Janusz Balicki, który wystąpił z interpelacją do burmistrza i przekazał mi otrzymane od niego kserokopie dokumentów dotyczące opisywanej przeze mnie sprawy. Jednego odpisu tam tylko nie było, tego najważniejszego, czyli Uchwały Nadzwyczajnego Walnego Zebrania Członków BKS z 13.12.1995 r.! Była za to ciekawa adnotacja burmistrza, którą zacytuję:
–„Informuję również, że w sprawie udostępnienia powoływanej w w/w dokumentach uchwały Nadzwyczajnego Walnego Zebrania Członków Bocheńskiego Klubu Sportowego z dnia 13.12.1995 roku, dotyczącej komunalizacji Klubu, polegającej na rozwiązaniu Klubu jako stowarzyszenia i wejściu wraz z posiadanym majątkiem w struktury Miejskiego Klubu Sportowego należy wystąpić do Bocheńskiego Klubu Sportowego, gdyż Urząd nie dysponuje tym dokumentem…”
Pod tą odpowiedzią figurują podpisy obecnego burmistrza i ówczesnej wiceburmistrzyni. Tylko „zapomnieli” oni dodać, że ów dokument jest schowany przez ten właśnie Urząd w archiwach Sądu Rejonowego w Bochni!!! Próbowałem go stamtąd wydostać, ale zostałem poinformowany, że udostępniony on może być tylko uprawnionej osobie z Urzędu Miasta. Umożliwił mi to dopiero p. radny J.Balicki, który zrobił odręczne odpisy dokumentów, a kserokopie w powyższym artykule przedstawiłem.
Na zakończenie nie odmówię sobie zacytowania końcowego fragmentu pisma burmistrzowskiej pary w odpowiedzi na ową interpelację radnego: – „…Ponadto informuję, że MOSiR udostępnia Stowarzyszeniu BKS bezpłatnie boiska wraz z trybunami przy ul. Parkowej oraz w Chodenicach, zarówno do rozgrywania meczów jak i prowadzenia zajęć treningowych. BKS korzysta również z pomieszczeń magazynowych, w tym pralni i suszarni pomieszczeń biurowych, sali konferencyjnej do obrad Zarządu, sprzętu komputerowego, nagłaśniającego oraz w sezonie zimowym z sauny, siłowni i sal sportowych całkowicie bezpłatnie, nie ponosząc ŻADNYCH kosztów. Ostatnie porozumienie w tej sprawie zostało zawarte w dniu 2 kwietnia 2007 roku.Stowarzyszenie korzysta z tych przywilejów do chwili obecnej… Także w myśl zawartych z MDK umów Stowarzyszenie BKS korzysta na preferencyjnych warunkach z boiska na hali widowiskowo-sportowej oraz pomieszczenia biurowego”.
Nie będę tego komentował… nie dam rady!!! O opinię i komentarze zapytajcie zawodników i działaczy BKS-u…
Za każdym razem, kiedy wracam do tych wspomnień odczuwam coraz większy odruch wymiotny… Ileż czasu i przy pomocy jakich wykrętów i prawnych wygibasów można udawać, że nic się nie stało. Wprzęgać w to bardzo wątpliwy autorytet Miasta i jego niektórych urzędników i mieć stale gębę pełną frazesów, chwaląc się, ileż to łask spływało i spływa na ten niewdzięczny Klub. Szczerze podziwiam ludzi, którzy mimo wszystko mają jeszcze ochotę poświęcać swój czas i często prywatne pieniądze na to ciągle jako-takie funkcjonowanie Klubu. (jzawada)
Kartka z kalendarza… Dwadzieścia sześć lat temu, 1 stycznia 1996 roku decyzją UM Bochnia nowo powstały MOSiR uwłaszczył się na majątku Bocheńskiego Klubu Sportowego. Kulisy tego wydarzenia przypomnę już wkrótce.
Tymczasem powróćmy jeszcze do tematu związanego z tzw. remontem stadionowej bieżni, skutkującym, jak się później okazało, nieodwracalną dewastacją funkcjonalną jedynego w mieście pełnowymiarowego boiska piłkarskiego. Dostałem wiele zapytań od osób, które dziwią się, że piszę o dewastacji, a na obiekcie są przeprowadzane nie tylko treningi, ale także rozgrywane mistrzowskie mecze piłkarzy. Przyznam szczerze, że mnie samego to nurtuje, bo mocno pachnie jakimś przekrętem, w który zamieszane są dwie ugadujące się strony – zarządca boiska, czyli MOSiR i przedstawiciel Komisji Licencyjnej MZPN! W czym rzecz – wg. przepisów, które wtedy i dzisiaj obowiązują, minimalne wymiary tego typu obiektów to: dł.100m, szer. 60m, tymczasem obecne wymiary to 100×58!!! Więc jak to się dzieje, że mimo tak poważnych zastrzeżeń i warunkowego (na trzy miesiące) odbioru płyty boiska, to już szósty rok na bocheńskim obiekcie rozgrywane są oficjalne zawody piłkarskie zarówno seniorów jak i juniorów? Odwołam się więc do opinii wyrażonej wtedy przez ówczesnego przedstawiciela Komisji Licencyjnej MZPN w Krakowie, przewodniczącego p. Andrzeja Palczewskiego, nb. bochnianina, syna jednego z historycznych założycieli naszego Klubu. Nie zostawił on przysłowiowej suchej nitki na ludziach odpowiedzialnych za zaistniały stan rzeczy. W emocjonalnym komentarzu po odbiorze licencyjnym boiska działania dyrektorki nazwał świętokradztwem na jedynym w Bochni piłkarskim obiekcie blisko stuletniego Klubu. Chce jednak znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, dlatego zaproponuje Komisji warunkowy odbiór boiska ważny tylko trzy miesiące, do zakończenia IV-ligowych rozgrywek. Co będzie potem, nie pozostawia złudzeń:
… „Nie wyobrażam sobie, aby komisja zgodziła się na przyznanie licencji temu boisku w przyszłym roku. Trener zapewne zgodzi się ze mną, że strata na długości nie jest aż tak bardzo odczuwalna, natomiast na szerokości jest aż nadto widoczna. To już jest zupełnie inna gra. Gdy odległość między chorągiewką a linią pola karnego staje się tak dużo mniejsza, to staje się to parodią a nie piłką nożną. Nie mam zamiaru z panią dyrektor sprzeczać się. Stało się… (cyt.sportomaks.pl)
Przypomnę, iż rok wcześniej przed tym „remontem” kontrolujący stan obiektu zapisali w dokumencie pokontrolnym, że szerokość boiska wynosiła wówczas 67m (teraz 58m!), zaś długość 105m (teraz 100m), czyli zmniejszono powierzchnię boiska o ponad 900 mkw!!!
Ale za to mamy betonową ścieżkę zdrowia, pardon, bieżnię… Tak, betonową i wcale się nie pomyliłem! Może nie wszyscy wiedzą jak zbudowana jest taka bieżnia, więc z grubsza postaram się to opisać. Na betonowej podbudowie znajduje się natryskiwana lub wylewana ok. 13-milimetrową warstwa mieszanki poliuretanowej, po której można sobie spokojnie biegać w odpowiednim obuwiu. W przypadku bocheńskiego obiektu piłkarskiego sprawa się znacznie komplikuje – o ile na prostych odcinkach odległość linii bocznych boiska od bieżni jest stosunkowo bezpieczna, o tyle na łukach, na styku linii bocznych boiska i linii bramkowych znajduje się już niebezpieczna, betonowa pułapka. Przykryto ją kilkumetrowej szerokości kawałkami cienkiej maty ze sztucznego tworzywa (imitacji trawy) i w kilku miejscach dociążono workami z piaskiem. Luźno położone płachty nie tylko nie zabezpieczają przed niczym, ale dodatkowo stwarzają niebezpieczeństwo poślizgnięcia się, czy też zaplątania (buty piłkarskie posiadają różnej wysokości metalowe kołki) i tym samym odniesienia poważnej kontuzji w kontakcie z betonem. Nie można przecież zapominać, że w tym obszarze boiska bardzo często dochodzi do agresywnych i ostrych starć między rywalami, powodujących upadki zawodników. Nikomu nie życzę źle, ale właśnie wtedy można bardzo łatwo złamać rękę, czy rozbić głowę w kontakcie z betonem. Stąd już jeden krok do spraw sądowych i zasądzonych odszkodowań. Ale co kogo to obchodzi…
Arena Lekkoatletyczna w Wieliczce. Wszystkim tym, którzy są (nie)odpowiedzialni za sport i bocheńskie obiekty sportowe, czyli burmistrzowi, radnym, a zwłaszcza pewnej pani marnującej społeczne pieniądze na dewastację, zwaną remontem bieżni – z okazji Nowego 2022 Roku dedykuję „obrazek” pokazujący jak powinien wyglądać normalny stadion. Stadion na miarę czasów i sensu wydawanych na taki cel pieniędzy.
Niecały rok przed rozpoczęciem tego „remontu” zespół oldbojów naszego Klubu dostał zaproszenie na turniej piłkarski w Wieliczce z okazji otwarcia Małopolskiej Areny Lekkoatletycznej w tym mieście. Mieliśmy więc okazję poznać i popodziwiać sam obiekt, jak i jego walory funkcjonalne. W skład tego kompleksu wchodzą: boisko piłkarskie ze sztuczną nawierzchnią o wym. 68m x 105m, bieżnia (z rowem do biegu z przeszkodami), rzutnia (kula), skocznie (wzwyż, w dal, o tyczce, trójskok), boiska do siatkówki i tenisa, tor narto-rolkowy, urządzenia do ćwiczeń gimnastycznych, szatnie, sztuczne oświetlenie. Obiekt tylko częściowo funkcjonuje jako komercyjny, z opłatami za udostępnianie. Jest przystosowany do treningów sportowych, organizacji zawodów i turniejów (piłkarskich, siatkarskich i lekkoatletycznych), ale także koncertów, pikników, imprez integracyjnych (w tym dla osób niepełnosprawnych). Otwarty codziennie od 8.00 do 22.00. Całkowity koszt budowy wyniósł ok. 4.6 mln złotych, przy wkładzie Miasta ok. 2 mln. Pozostałą kwotę pozyskano m.in z Totalizatora Sportowego i PFRON-u. Od wykonania projektu do otwarcia obiektu upłynęło raptem niecałe dwa lata! I co? Da się? Ale nie u nas! Bochnię stać tylko na betonową bieżnię, betonowe centrum i … beton w Urzędzie Miasta.
Na niedawnym, okolicznościowym spotkaniu w UM, burmistrz miasta zapytany przez klubowych działaczy o to, czy możliwe są jakieś przeróbki pozwalające przywrócić prawidłowe wymiary boiska dość szybko pozbawił ich złudzeń mówiąc, że w ogóle nie jest to brane pod uwagę. Pocieszył ich jednak tym, iż rozpatruje możliwość położenia sztucznej nawierzchni na bocheńskim stadionie piłkarskim!!! Przyznaję, że jestem wręcz zszokowany Jego wspaniałomyślnością. Toż to niesamowity prezent dla miasta i Klubu, prawie taki sam, jak kompleks sportowy w Chodenicach! Byłbym nawet za tym, by przed trybuną, albo w jakimś innym znaczącym miejscu stanął pomnik, albo chociaż popiersie tego wielkiego dobroczyńcy i przyjaciela Bocheńskiego Klubu Sportowego.
Tylko trochę niepokoi mnie to, że chyba p. burmistrz nie wziął pod uwagę dwóch rzeczy: bez likwidacji bieżni nie powstanie żadna pełnowymiarowa, nawet sztuczna płyta przy Parkowej, zaś teren niedoszłej inwestycji w Chodenicach został za Pana burmistrza zgodą zaorany i wydzierżawiony rolnikowi co najmniej na trzy lata, a więc do końca burmistrzowania… Z całą świadomością i bez specjalnej złośliwości dedykuję to ciągle wierzącym w cuda byłym i obecnym działaczom BKS-u. (jzawada)
Poniższe, dość obszerne wprowadzenie jest niezbędne dla zrozumienia tego, jak można łatwo, jedną bezmyślną decyzją, zniszczyć ogrom pracy i wspólny dorobek wielu pokoleń bochnian. Bezkarnie, nie ponosząc za to jakichkolwiek konsekwencji!
Początki kopania piłki w sposób mniej lub więcej zorganizowany na terenie naszego miasta, według wiarygodnych źródeł przypisane są do roku 1921. Przez pierwsze lata, na różnych placach, w większości położonych na ówczesnych obrzeżach miasta, kopało tę piłkę kilka drużyn skupiających zawodników z różnych społecznie i wyznaniowo środowisk. Place te tylko umownie można było nazwać boiskami piłkarskimi, gdyż nie spełniały wielu podstawowych warunków. Dopiero w 1923 roku ówczesny Urząd Miejski zgodził się na udostępnienie klubowi TS Bochnia terenu sąsiadującego z siedzibą władz Miasta. Właśnie tam, na dzisiejszym Placu Turka, drużyna piłkarska TS Bochnia mogła czasowo rozgrywać swoje mistrzowskie mecze w godziwych warunkach. Dzisiaj możemy sobie zadawać pytanie, gdzie byłoby usytuowane obecne, jedyne piłkarskie boisko w naszym mieście, gdyby w 1927 roku do Bochni nie zawitał pewien młody człowiek, absolwent UJ w Krakowie, który objął posadę lekarza powiatowego. Tym przybyszem był ówczesny piłkarz krakowskiej „Wisły”, Władysław Krupa. Jego olbrzymich zasług, jako lekarza, dla Bochni i społeczności naszego miasta nie muszę przypominać bo są równie znane, tak jak i Jego działalność sportowa, skupię się tylko na przewodnim temacie mojego dzisiejszego „wypracowania” – bocheńskich obiektach piłkarskich. To właśnie dzięki nieustępliwym i w efekcie bardzo skutecznym działaniom Doktora Krupy, powstało w Bochni, u podnóża Uzborni, w ciągu zaledwie dwóch lat, boisko piłkarskie z prawdziwego zdarzenia! Oficjalne otwarcie tego miejskiego obiektu nastąpiło z początkiem 1930 roku.
Łatwo policzyć – niespełna dziewięć lat po pierwszych wzmiankach o zalążkach Klubu, Bochnia staje się posiadaczem pełnowymiarowego stadionu piłkarskiego, blisko centrum miasta. Na całe dziesiątki lat staje się on chlubą naszego miasta. Miejscem ogniskującym najważniejsze wydarzenia, nie tylko sportowe, Bochni i powiatu. Po zniszczeniach wojennych, społecznym wysiłkiem odbudowane i przywrócone miastu i Klubowi.
Lata pięćdziesiąte… Drużyna szczypiornistów (11 osob.) na bocheńskim stadionie…
Tutaj trenowali i rozgrywali mecze nie tylko piłkarze nożni. Do połowy lat sześćdziesiątych, na tym właśnie obiekcie, zacięte II-ligowe boje toczyli piłkarze ręczni drużyn 11-osobowych naszego Klubu, dwukrotni finaliści Pucharu Polski w tej dyscyplinie.
Przygotowania do otwarcia Spartakiady Młodzieży w lekkiej atletyce…
Z kolei, do lat osiemdziesiątych odbywały się tutaj szkolne, lekkoatletyczne Spartakiady Młodzieży w dyscyplinach takich, jak: skok w dal i wzwyż, biegi na różnych dystansach, pchnięcie kulą, rzut dyskiem oraz oszczepem. Bocheński stadion był wyposażony w służące do tego celu skocznie i rzutnie, a także czterotorową bieżnię żużlową o przepisowej szerokości torów. Jeśli porównamy ówczesny stan posiadania z dzisiejszym, oferowanym przez MOSiR… to rezygnuję z komentarza! Codziennie, aż do późnych godzin wieczornych boisko tętniło życiem, a trenująca młodzież mogła się wykazywać sportowymi umiejętnościami.
1962 r. Wakacyjna szkółka trampkarska. Nam brak trawy nie przeszkadzał…
Podobnie, jak na wielu tego typu małomiasteczkowych obiektach sportowych, przez długie lata grubą przesadą byłoby nazywać płytę naszego boiska „zieloną murawą”. Z prostego względu – trawą nawet nie pokryte, a poprzerastane było zaledwie ok. czterdziestu procent powierzchni płyty. Z czasem jednak zaczęto zwracać coraz większą uwagę na stan nawierzchni boiska. W latach sześćdziesiątych, jak i trochę późniejszych, najprostszym i łatwo dostępnym sposobem poprawy wyglądu i funkcjonalności boiska było uzupełnianie ubytków trawy w najbardziej newralgicznych miejscach, czyli w polu bramkowym i dalej, aż po linię „szesnastek”, poprzez tzw. darniowanie. Wycinano w miarę równe, o grubości kilkunastu centymetrów kawałki dobrze ukorzenionego trawnika z terenu znajdującego się tuż za liniami końcowymi boiska i układano na odpowiednio przygotowanych odcinkach płyty boiska. Następnie, przy pomocy ręcznego walca ubijano je na wysokość pozostałej murawy, a łączenia darni przesiewano nasionami trawy i systematycznie podlewano. Czymś zupełnie normalnym było, że w pracach tych czynnie i obowiązkowo uczestniczyliśmy my, zawodnicy, a także nasi trenerzy i klubowi działacze. W późniejszym okresie zatrudniano już w Klubie osoby, które w fachowy sposób zajmowały się konserwacją płyty boiska pełniąc funkcję tzw. gospodarza obiektu, co jednocześnie w żaden sposób nie wykluczało naszego (zawodników i działaczy) udziału w częstych pracach przy utrzymaniu boiska. Bocheński obiekt przy Parkowej powoli zaczynał nabierać wyglądu prawdziwego stadionu piłkarskiego. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przeprowadzono solidny remont boiska, wykonano drenaż płyty i od tego czasu, w deszczowych miesiącach wiosny i jesieni, bocheńskie boisko przestało przypominać błotniste bajoro, w którym kiedyś musieli taplać się zawodnicy.
Przez wiele następnych lat, dzięki różnego rodzaju zabiegom i wysiłkom klubowych działaczy, stan piłkarskiego obiektu utrzymywany był na całkiem przyzwoitym poziomie. Wreszcie, z początkiem lat dwutysięcznych, gdy stworzyła się szansa na awans piłkarzy do trzeciej ligi, olbrzymim nakładem sił i środków, zarówno władz miasta jak i prywatnych sponsorów, a także ofiarnej pracy zawodników i nas, działaczy Klubu, przeprowadzono kapitalny remont płyty stadionu piłkarskiego. Boisko zostało powiększone do licencyjnych rozmiarów wymaganych w trzeciej lidze. Wymieniono i udrożniono znaczną część wadliwie już działającego melioracyjnego odwodnienia boiska, położono ponad 1000 mkw trawnika w rolkach, eliminując całkowicie ubytki trawy w płycie stadionu. Wymieniono czarną, żużlową nawierzchnię bieżni na czerwoną, z mączki ceglanej. Bieżnię z obu stron otoczono krawężnikiem. Odnowiony obiekt cieszył oko zarówno miejscowych kibiców, jak i przyjezdnych drużyn. Było się czym pochwalić…
Niestety – kilka lat później tak wyglądała ta „czerwona” bieżnia…
O ile z pielęgnacją i prawidłowym utrzymaniem murawy stadionu dawaliśmy sobie radę wspomagając w tych czynnościach gospodarza obiektu, o tyle nie będąca w naszej gestii, sporadycznie konserwowana bieżnia, poprzerastana w wielu miejscach trawą i mchem, z roku na rok coraz bardziej zaniedbana, stawała się szpetnym wizualnie problemem dla pani dyrektor. W MOSiRze narodził się więc pomysł, by zrobić kolejną przeróbkę i tę brzydką, tylko miejscami czerwonawą bieżnię zastąpić tym razem taką, przy której nie trzeba już będzie nic robić – z tworzywa sztucznego. Niezwłocznie przystąpiono do działań i już wkrótce na boisku pojawiły się koparki i inny ciężki sprzęt budowlany.
2015r.” Remont”, a raczej dewastacja w toku…
I tutaj potrzebne jest pewne wyjaśnienie, bo jeśli ktoś mówi, że jakoś złośliwie i z osobistych pobudek krytykuję działalność kierownictwa MOSiRu, to jest to jego problem, nie mój… Ja przedstawiam fakty! Faktem jest, że zdewastowano piłkarski obiekt i było to pokłosiem nierozważnych, jeśli nie dyletanckich decyzji i działań dyrektorki oraz autorów projektu przebudowy bieżni. Już w trakcie dość zaawansowanych prac „remontowych” udało mi się wejść na boisko i porozmawiać z wykonawcą tych robót. Grzecznie przedstawiłem się z nazwiska i jako działacz BKS-u zapytałem o możliwość zapoznania się z dokumentacją techniczną projektu. Wykonawca nie robił żadnych problemów i już wkrótce, po wspólnym i dokładnym sprawdzeniu okazało się, że w projekcie podane są wszystkie szczegóły dotyczące wymiarów mającej powstać bieżni, ale za to w ogóle nie ujęto wymiarów jednej z głównych składowych projektu, czyli boiska piłkarskiego!!! Wychodzi więc na to, że z pełną świadomością zakładano, iż liczy się tylko bieżnia, a z tego, co jeszcze zostanie, zrobi się jakieś tam boisko! Już później wyszło na jaw, że zmian tych, tak jak i w ogóle tego projektu, nie konsultowano z nikim kompetentnym ze strony BKS-u, bocheńskiego Podokręgu Piłki Nożnej, wreszcie Małopolskiego Związku Piłki Nożnej w Krakowie. Bezkarność, czy głupota? Wg. mnie – jedno i drugie!
„Lekkoatletyczne” dzieło i obcięte boisko…
Finalnym efektem tej radosnej twórczości są dzisiaj dwa kalekie „twory” w sportowej infrastrukturze miasta – niezgodne z obowiązującymi przepisami, pozbawione wymaganych rozmiarów boisko piłkarskie i równie kulawa, miejscami już zapadająca się, poliuretanowa pseudo-bieżnia. Najgorszym zaś było to, że Bocheński Klub Sportowy stracił możliwość rozgrywania na tym obiekcie spotkań nie tylko w wyższej lidze, ale nawet w tej, w której obecnie się znajduje!!! Ta kosztująca ponad pół miliona złotych inwestycja powinna dla bochnian stać się na długie lata symbolem urzędniczej niekompetencji i bezkarnego marnotrawienia społecznych pieniędzy. Jeśli dodać do tego nieremontowane, będące w tragicznym stanie technicznym i śmierdzące w letnich miesiącach gumowym odorem na całą okolicę pobliskie boisko ze sztuczną nawierzchnią, to mamy pełny obraz kompromitujących działań ludzi odpowiedzialnych za sport i obiekty sportowe w Bochni.
Tabliczka informująca o tym, ile zmarnowano publicznych pieniędzy, dość szybko zniknęła z boiskowej trybuny…
To wszystko działo się i dzieje na naszych oczach… Bezczelnie, bez skrupułów, z pełną akceptacją burmistrza i rady miejskiej! W setną rocznicę powstania Klubu, osiemdziesiątą rocznicę oddania do użytku bocheńskiego stadionu piłkarskiego… Zapewne już wkrótce, na szumnie zapowiadanych uroczystościach jubileuszowych, dumnie wypięte klaty magistrackich oficjeli i innych „dobroczyńców” Klubu ozdobią okolicznościowe medale i odznaczenia za wybitną działalność na rzecz Bocheńskiego Klubu Sportowego. Pochwalnym i dziękczynnym przemowom nie będzie końca… Tylko gdzieś tam daleko, w bocheńskiej nekropolii przy Orackiej, spoczywający w rodzinnym grobie śp. Doktor Władysław Krupa chyba przewróci się na drugi bok… Tyłem do UM i Parkowej… (jzawada)
Poruszając jakiekolwiek drażliwe społecznie tematy, trzeba zdawać sobie sprawę nie tylko z odpowiedzialności za słowa, ale także z konsekwencji jakie się z tego tytułu ponosi. Zarówno w wymiarze prawnym, jak i – nazwijmy go – towarzyskim. Doświadczam tego co jakiś czas i na różne sposoby, czy to poprzez straszenie mnie listem adwokackim, czy też „koleżeńskimi” ostrzeżeniami typu „uważaj, bo bardzo skrupulatnie czytam te twoje wpisy…”! Cóż mogę Wam na to odpowiedzieć? Jedynie to, że dzięki moim wpisom na blogu możecie cośkolwiek dowiedzieć się o Klubie, lub poszerzyć swoją skromną wiedzę o Nim – mówię to zupełnie szczerze i bez zbytniej złośliwości.
Ale wracajmy do tematów poruszonych w poprzednich dwóch odcinkach… Porównując zrobione w odstępie zaledwie dwóch tygodni zdjęcia tego samego terenu zapytam, czy jest on aktualnie objęty pracami związanymi z budową zapowiadanego od blisko pięciu lat kompleksu rekreacyjno-sportowego, czy też zaoranym i wybronowanym polem pod uprawy rolne??? No, jak myślicie? Terenem własności UM w Bochni ponoć „zaklepanym” pod tę inwestycję, czy wydzierżawionym na kilka lat przez jakiegoś rolnika??? Czy może testem wiarygodności i skuteczności działania działaczy poprzedniego i częściowo obecnego Zarządu Klubu? Wydaje mi się, że są to pytania retoryczne…
04.12.2021r. Chodenice n/Rabą – „przygotówka” pod murawę stadionu, czy pod zasiew rolny?
Pytajmy dalej… Czy nie odbyło się utajnione spotkanie przedstawiciela poprzedniego Zarządu Klubu z członkami Rady naszego pięknego grodu w sprawie odsprzedaży deweloperom terenów, na których znajduje się miejski stadion sportowy? Czy ktoś to autorytatywnie zaneguje? Zaprzeczy, że nie było takiego spotkania? I że nie chodzi mi tutaj o to, iż na owym spotkaniu ostatecznie nie doszło do porozumienia w tej sprawie, tylko że z taką handlową propozycją wystąpił ówczesny członek Zarządu BKS-u???
Kolejnymi punktami programu tamtego Zarządu była „poprawa wizerunku Klubu” oraz „wprowadzenie Klubu na wyższy poziom sportowy”… Powstaje pytanie, czy miało się to dokonać poprzez ściągnięcie do Klubu kilku (pięciu?) zawodników z różnych egzotycznych zakątków świata, m.in. z Brazylii i Pakistanu? Bo komuś zamarzyła się znów trzecia liga? Kiedy zapytałem jednego z działaczy, dlaczego nie wprowadzają do pierwszego zespołu własnych wychowanków, czyli juniorów, usłyszałem: -” ale którego? … żaden się nie nadaje!…”. Czyżby tak szybko zapomniano o kolejnym haśle programowym pt. „gotowy plan szkolenia dzieci i młodzieży, który gwarantuje odpowiedni poziom i… produkcję dobrych piłkarzy”? Chciałbym wiedzieć ile „tego” naprodukowano i dlaczego efektem tej produkcji był spadek obydwu zespołów juniorów do lokalnych, „buraczanych lig”??? Że w tym samym kierunku podążył zespół seniorów? O jakim szkoleniu dzieci była mowa? Pod hasłem „dzieci” rozumiem grupy naborowe, a już później, wyłonione z tych najbardziej utalentowanych dzieciaków drużyny trampkarskie, będące naturalnym zapleczem zespołów juniorskich, zaś w kolejnym etapie szkolenia przechodzących do pierwszego zespołu seniorów. Ale żeby tak się to wszystko „kręciło”, powinien być spełniony ten jeden, podstawowy warunek – trampkarze MUSZĄ wrócić do macierzy, czyli do Bocheńskiego Klubu Sportowego. Nigdy, ale to nigdy, w stuletniej historii BKS-u nie było tak okaleczonej sekcji piłkarskiej Klubu, jak za czasów panoszenia się na Parkowej, nieustannie hołubionego przez władze miejskie, MOSiR-u! Dość tego żerowania i czerpania zysków z handlu trampkarzami, szkolonymi tam, przykro mi to mówić, przez trenerów, będących niegdyś czołowymi piłkarzami BKS-u! Chyba również nikomu nie muszę tłumaczyć, jak ułomnym tworem jest klub, w którym nie jest zachowana ciągłość sportowego szkolenia. Jak młody piłkarz może czuć jakąkolwiek więź z Klubem, z którym sportowo, a co dopiero emocjonalnie, nic go nie łączy??? Wreszcie, jak długo jeszcze można pozwalać na to, by trampkarze byli szkoleni w bocheńskim Mosirze, za pieniądze bocheńskiego podatnika dla obcych klubów??? Czy to normalne, że np. w tym roku ANI JEDEN z kończących okres szkolenia trampkarskiego w Mosirze nie zasilił drużyny juniorów BKS-u? Że szkoli się ich tam i sprzedaje do „Puszczy” Niepołomice, oraz kilku krakowskich klubów? Odzyskanie tej piłkarskiej młodzieży dla Naszego Klubu powinno być jednym z priorytetowych działań nowego Prezesa BKS-u i Jego współpracowników. Jestem pełen nadziei, że uda im się tego dokonać, bo pokazują, że można skutecznie działać!
2015r. Dewastacja boiska kosztem budowy pseudo-bieżni…
Wreszcie kolejna, nieustająco podnoszona przeze mnie sprawa dotycząca zdewastowanego przez bezkarną samowolę szefowej MOSiR-u, jedynego w mieście boiska piłkarskiego. Przy braku jakiejkolwiek reakcji na tę samowolę zarówno burmistrza Bochni, jak i odpowiadających za prawidłowe wykonanie zadania odpowiednich służb kontrolnych, m.in. nadzoru budowlanego.
Ale o tym i paru jeszcze innych sprawach napiszę wkrótce…(jz)
Ps. Kiedy w 2010 roku założyłem sportowego bloga o nazwie „BKS Oldboys” przyświecał mi jeden, główny cel – nie pozwolić, by pamięć o Bocheńskim Klubie Sportowym i ludziach, którzy tworzyli Jego historię odchodziła w zapomnienie. By wspominanie tych ludzi i wydarzeń związanych z klubową działalnością było dla czytających nie tylko powrotem do przeszłości, ale równocześnie sprawiało im przyjemność i uczyło szacunku do historii i osiągnięć tego zasłużonego dla miasta Klubu. Niestety, dość szybko okazało się, że co rusz trafia się właśnie na tzw. sprawy drażliwe, co siłą rzeczy może generować pewne problemy. Jak już wcześniej pisałem, co jakiś czas straszy się mnie karnymi konsekwencjami za moje niektóre działania. Czasami w sposób absurdalny i „na zapas”. Właśnie w ostatnich dniach do grona „straszaków” dołączył pewien współautor książki o stuletniej historii BKS-u, który na spotkaniu w UM w obecności kilku osób, w tym przekazującego mi tę informację uczestnika w/w imprezy, zaocznie i na wszelki wypadek groził mi strasznymi wręcz konsekwencjami „karno-sądowo-Bóg wie jakimi”, jeśli odważę się kiedyś opublikować w swoim blogu cokolwiek z tego wiekopomnego dzieła. Spoko – nie wezmę nawet tej książki do ręki, obiecuję! Ale pisać nie przestanę, też obiecuję… Zaś wszystkim tym próbującym mnie zastraszyć i każdemu z osobna, dedykuję fragment skeczu pt. „Ucz się, Jasiu…” w wykonaniu artystów niezapomnianego warszawskiego Kabaretu „Dudek”: -„Oni mogą panu majstrowi skoczyć tam, gdzie pan może pana majstra w du*ę pocałować…wężykiem…wężykiem…”(jzawada)
Niezdrowe reakcje niektórych osób na artykuł „BKS – nic nie jest dane na zawsze”, który niedawno ukazał się w moim blogu świadczą o całkowitym braku zrozumienia kontekstu tego, o czym i w jakim celu w ogóle piszę. Nie robię tego, by sprawiać uciechę ludziom zawistnym i złośliwym, źle życzącym Klubowi. Mojemu Klubowi przecież! Jako były zawodnik tego Klubu i wieloletni jego społeczny działacz, chcę uświadomić obecnym i przyszłym zarządcom BKS-u ciążącą na Nich odpowiedzialność za słowa i czyny oraz za mądre gospodarowanie społecznym i sponsorskim groszem! (jz)
Ekipa, która w 2017 roku przejęła zarządzanie Bocheńskim Klubem Sportowym, być może i miała dobre chęci, ale zrobiła to w najgorszym z możliwych stylu TKM (Teraz K***a My), nie biorąc w ogóle pod uwagę jakiejkolwiek współpracy z ludźmi związanymi dotychczas z Klubem, no może poza jedną osobą, deklarującą współpracę… z każdym Zarządem. Już na Walnym Zebraniu Sprawozdawczo-Wyborczym wykazała się świetnym przygotowaniem ilościowym i taktycznym, z rozpisanymi rolami. Zebranie zaczęło się od wysłuchania sprawozdania z działalności finansowej i sportowej Klubu. Podsumowania dokonał ustępujący Prezes Zarządu BKS-u, Marcin Krokosz, były piłkarz Klubu. Przypomniał całkiem nieodległe czasy, kiedy parę lat wcześniej, po kilku zebraniach członków Klubu nie było żadnych chętnych do objęcia tego stanowiska, ba, nie było chętnych do kandydowania do Zarządu! I tu należy się wyjaśnienie, co było tego powodem… Otóż, wtedy właśnie decyzją ówczesnego (czyli obecnego) burmistrza oraz skarbniczki Miasta uznano, że otrzymane w poprzedniej kadencji i od poprzedniego burmistrza miejskie dotacje na funkcjonowanie Klubu zostały wydatkowane niezgodnie z przepisami. Na paradoks zakrawa fakt, iż pieniądze te Klubowi, nie mając większych oporów, rozliczała wtedy… ta sama skarbniczka miejska!
Miasto wystawiło ledwo wiążącemu przysłowiowy koniec z końcem Klubowi rachunek zwrotny, opiewający na potężną kwotę ponad 440 tysięcy złotych, równocześnie ograniczając do minimum wszelkie dotacje. Dalsze funkcjonowanie Klubu stanęło pod dużym znakiem zapytania. Pomocną dłoń w tych ciężkich dla Klubu czasach podało Starostwo Powiatowe, które korzystając z posiadanych uprawnień objęło Klub nadzorem kuratorskim w osobie Jarosława Marca, ówczesnego przewodniczącego Rady Powiatu. Działania te pozwoliły na zachowanie ciągłości funkcjonowania Klubu i związane z tym wszelkie działania naprawcze. Miały one za zadanie m.in. w ściśle określonym przepisami czasie, bodajże sześciu miesięcy, doprowadzić do powstania nowego Zarządu Klubu, gotowego wziąć na swoje barki spłatę długów. Brak chętnych do podjęcia się tej roli oznaczał definitywne i nieodwracalne zakończenie działalności Bocheńskiego Klubu Sportowego. Dosłownie w ostatniej chwili tego niełatwego zadania podjęło się kilka osób, właśnie Marcin Krokosz, a także jego dawni koledzy z boiska, również wychowankowie Klubu, Marcin Leśniak, Marek Pączek i Marcin Imiołek. W tym pierwszym, najcięższym okresie, pomoc zaoferował także, wtedy już były kurator J. Marzec, który do współpracy namówił również jednego ze swoich kolegów, przez pewien czas wspomagającego finansowo sekcję piłkarską Klubu, za co obu Panom należą się olbrzymie podziękowania!
Wówczas, z początkiem 2012 roku, dług Klubu względem Miasta wynosił dokładnie 442 003 004 złotych, zaś na koniec 2016 roku, w momencie ustępowania ze stanowiska kwota zaległości została znacznie zmniejszona do 122 465 004 złotych, przy jednoczesnym, pierwszym od początku kadencji dodatnim bilansie finansowym wynoszącym ponad 9 tysięcy złotych. Również od strony sportowej nie było się czego wstydzić, wręcz przeciwnie! Świetnie prowadzeni przez grającego trenera Sławka Zubela piłkarze BKS-u po raz drugi w historii Klubu awansowali do III ligi i choć po dwóch sezonach zaliczyli spadek do niższej ligi, to już po roku odbudowany zespół piłkarzy potrafił wywalczyć pierwsze miejsce w swojej grupie i znów zagrać w barażach o III ligę. Był to niewątpliwie znaczący sukces sportowy zarówno piłkarzy jak i kierownictwa Klubu, nawet pomimo tego, iż w meczu barażowym musieli uznać wyższość zespołu „Hutnika” z Trzebini-Sierszy. Może i dobrze, że tak się stało, bo w ocenie wielu kibiców BKS-u, Klubu nie było stać ani finansowo, ani kadrowo na grę w trzeciej lidze. Nie gorzej spisywali się juniorzy starsi, których od awansu do Małopolskiej Ligi Juniorów dzielił już tylko jeden mecz barażowy. Wygrali go w cztery dni po ukonstytuowaniu się nowego Zarządu BKS-u, który zasługi przypisał…swoim działaniom!
Tymczasem powróćmy do Klubu na wyborcze zebranie anno domini 2017. Prowadził je w sposób mało profesjonalny, momentami nawet dyletancki, eliminujący jakąkolwiek merytoryczną dyskusję, były dwukrotny burmistrz, także były prezes Klubu. Przyjął zgłoszone same „słuszne” kandydatury, które po chwili „zaklepano” jednogłośnie i odtrąbiono zwycięstwo. Znów triumfalistycznie i w świetnie opanowanym stylu „na gotowo”… Ale wielkomocarstwowe plany, o których mówiono już w powyborczych wywiadach do lokalnej prasy, zarówno te z gatunku urbanistycznych, jak i te sportowe okazały się w efekcie zwykłą wydmuszką. Przypomnijmy więc hasła, z którymi wystartowali: – trochę enigmatyczna „poprawa wizerunku Klubu”, dalej „wprowadzenie Klubu na wyższy poziom sportowy” (czytaj: do trzeciej ligi), „gotowa kadra trenerska”, „gotowy plan szkolenia dzieci i młodzieży, który gwarantuje odpowiedni poziom i – uwaga! – produkcję(sic!) dobrych piłkarzy”. Sztandarowym zaś hasłem była „budowa kompleksu sportowo-rekreacyjnego”, w tym priorytetowo, stadionu piłkarskiego. Całość miałaby się znajdować na terenach sąsiadujących z dawnym boiskiem nieistniejącego już klubu „Strażak” w Chodenicach n/Rabą, kilka kilometrów od centrum miasta. Epatowano sportową część opinii publicznej gotowym ponoć projektem architektoniczno-budowlanym i jakimiś wstępnymi uzgodnieniami, czy też obiecankami ze strony burmistrza Bochni. Zabrano się więc „ostro” do roboty – na należących do miasta chodenickich łąkach-nieużytkach wyznaczono palikami plac pod boisko… i to by było na tyle! – jak mawiał pewien klasyk…
Listopad 2021 – „prawie stadion” w Chodenicach…
Minęło kilka lat i oto jak wgląda ta potężna inwestycja! Choć powiem szczerze, osobiście wcale mi to nie przeszkadza, bo lubię obcować z przyrodą… Ale w tle tej historii rodzą się dwa podstawowe pytania: – komu i dlaczego tak bardzo zależało/zależy na wyprowadzeniu piłki i klubu z miasta? Deweloperom? Bo na pewno nie bocheńskim kibicom! Nikomu zaś chyba nie muszę tłumaczyć ile jest warta działka przy Parkowej, będąca od wielu lat już tylko żałosnym substytutem boiska piłkarskiego!
Ale o tym czy były takie zakusy i innych efektach pracy dotyczącej „dźwignięcia” Klubu na wyższy poziom wizerunkowy i sportowy już wkrótce, w kolejnym odcinku… (jzawada)