Siedem lat temu,15 sierpnia 2016 roku odszedł od nas na zawsze Antoni „Tosiu” Noszkowski. Jeden z najbardziej zasłużonych ludzi dla bocheńskiego sportu. Zawodnik, trener, niestrudzony działacz i wieloletni sponsor. Honorowy Prezes Bocheńskiego Klubu Sportowego. Serdeczny Kolega i niezawodny Przyjaciel.
„Można odejść na zawsze, by stale być blisko…”(ks. Jan Twardowski)
We wtorek, 14.03.23 na bocheńskim cmentarzu przy ulicy Orackiej pożegnano jednego z najbardziej zasłużonych sportowców i trenerów bocheńskiego środowiska sportowego. Człowieka wszechstronnie uzdolnionego, oddanego wielkiej sportowej pasji krzewienia kultury fizycznej wśród bocheńskiej młodzieży.
Bolesław Wnęk z młodzieżą z sekcji gimnastycznej.
Bolesław Wnęk, zainspirowany działalnością i historią, a potem już na zawsze wierny tradycjom Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych ub. wieku, w budynku dawnego „Sokoła” przy ulicy Parkowej, wraz z innymi szkoleniowcami prowadził zajęcia gimnastyki przyrządowej oraz podnoszenia ciężarów. Zajęcia te, kształtujące zarówno sylwetki jak i charaktery, cieszyły się olbrzymim zainteresowaniem i popularnością wśród bocheńskiej młodzieży. Pomogły one również wielu Jego wychowankom przy egzaminach sprawnościowych do ówczesnej WSWF oraz uczelni wojskowych.
1961r. Zespół szczypiornistów „Start-Sokół” Bochnia, dwukrotnych finalistów Pucharu Polski. Drugi od lewej kapitan zespołu Bolesław Wnęk.
W bocheńskich klubach „Start-Sokół” oraz „Górnik” uprawiał również wyczynowo siatkówkę i piłkę ręczną, wówczas nazywaną szczypiorniakiem. Był jednym z czołowych zawodników drugoligowej drużyny 11-osobowej szczypiornistów, która dwukrotnie (1961r. Warszawa i 1962r. Gdańsk) zajęła drugie miejsce w finałach Pucharu Polski.
W 1964 roku Bolesław Wnęk zakończył czynne uprawianie sportu oddając się całkowicie pracy zawodowej, której jako ekonomista poświęcił 48 lat swojego życia. (jzawada)
Wczoraj dotarła do mnie smutna wiadomość o śmierci Henia Rzepeckiego, mojego kolegi z boiska. Jednego z największych talentów piłkarskich w Bocheńskim Klubie Sportowym lat siedemdziesiątych ub. wieku. Zawodnika świetnie wyszkolonego technicznie, środkowego pomocnika, zdobywcy wielu bramek dla naszego zespołu. Jednocześnie człowieka bardzo skromnego i pracowitego, z dużym poczuciem humoru. Teraz właśnie zasilił niebiańską drużynę naszego Klubu.
1970r. Piłkarska drużyna BKS. Czwarty od lewej Henryk Rzepecki…
Spoczywaj w pokoju Drogi Kolego, niech Ci ziemia lekką będzie… Serdeczne kondolencje dla Rodziny i Bliskich. (jz)
Odszedł od nas na zawsze jeden z najbardziej zasłużonych ludzi bocheńskiego sportu. Szachista. Zawodnik, później sędzia i instruktor szachowy. Wieloletni działacz i kierownik sekcji szachowej Bocheńskiego Klubu Sportowego. Niestrudzony propagator tej dyscypliny sportu.
Zbigniew Drzazga – przy szachownicy (pierwszy z prawej)
1979r. Szachowe MP Juniorek. Zbigniew Drzazga (w środku)
Współorganizator i sędzia szachowych Mistrzostw Polski Juniorek, które odbyły się w Bochni w 1979 roku. Przez kilkadziesiąt lat sekcja pod Jego kierunkiem prężnie działała i rozwijała się, najpierw przy BKS-ie, później w strukturach Miejskiego Domu Kultury, wprowadzając systematyczne szkolenie młodzieży szkolnej, zaś drużyna seniorów była czołowym zespołem ligi wojewódzkiej. W uznaniu zasług wyróżniony wieloma odznaczeniami sportowymi, w tym Złotą Odznaką Polskiego Związku Szachowego. Wraz z Jego odejściem sport bocheński poniósł niepowetowaną stratę.(jzawada)
2012r. Na klubowym parkingu – od lewej Marek Motyka, Józef Zawada, Andrzej Iwan oraz Władysław Wójcik
Pierwszy raz usłyszałem o Nim w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Wtedy to naszą bocheńską drużynę piłkarską zasilali zawodnicy z kilku krakowskich klubów. Jednym z nich był, jak się później okazało, bardzo bliski kolegaAndrzeja Iwana. Leszek często opowiadał nam jak barwną, a zarazem „charakterną” i rozpoznawalną postacią na podwórkach nowohuckich blokowisk był jego rówieśnik. O tej burzliwej przyjaźni wspomina Andrzej Iwan w swojej autobiografii. Wspólnie też poznawali tajniki piłkarskiego rzemiosła w zespołach młodzieżowych małego klubu dzielnicowego o nazwie „Wanda” Nowa Huta. Już wtedy Andrzej był nieprzeciętnym talentem piłkarskim, nic więc dziwnego, że w wieku niespełna siedemnastu lat znalazł się w krakowskiej „Wiśle”, wówczas czołowym polskim klubie.
Tę błyskotliwą karierę piłkarską zna już cała Polska, nie będę więc pisał o sportowych osiągnięciach słynnego „Ajwena”, Jego życiowych sukcesach, perypetiach, czy porażkach. Kiedy Go poznałem, był już trenerem i w latach 2003-2005 z powodzeniem prowadził zespół KS „Okocimski” Brzesko.
2004r. Zespół oldbojów „Okocimski ” Brzesko – w górnym rzędzie drugi z lewej Andrzej Iwan.(zdj. ze zbiorów p.Jarka Skrzypka – u dołu, pierwszy z lewej)
Często też gościnnie występował w drużynie oldbojów tego klubu, biorącej udział w rozgrywkach Tarnowskiej Ligi Oldbojów. W tych samych rozgrywkach uczestniczył również zespół oldbojów BKS-u. Przeciwko sobie graliśmy kilkakrotnie, zarówno w Brzesku, jak i w Bochni, a także w towarzyskim meczu pokazowym w podbocheńskich Proszówkach. Tradycją takich zawodów było pomeczowe spotkanie wszystkich uczestników przy wspólnym grillu, lub innym poczęstunku. Integrowało to nasze sportowe środowisko i pomagało nawiązywać znajomości i często do dziś trwające przyjaźnie. Tak było z Andrzejem… Był bardzo komunikatywnym i bezpośrednim człowiekiem. Chętnie dzielił się z nami wspomnieniami ze swojej przebogatej kariery zawodniczej, jak i tej nieoficjalnej, bardziej prywatnej, około-piłkarskiej. Po zakończeniu pracy w brzeskim klubie, spotykałem Go jeszcze kilka razy na meczach Jego byłych już podopiecznych i zawsze znalazł chwilę czasu na rozmowę ze mną.
Andrzej wpisuje dedykację dla Zbigniewa Kurczaka, b. prezesa BKS-u…
Andrzej Iwan i Marek Motyka gratulują awansu do trzeciej ligi piłkarzom BKS-u
Ostatni raz spotkaliśmy się w Bochni, na promocji Jego autobiograficznej książki o dość wymownym tytule „Spalony”. Dostałem jeden egzemplarz, z bardzo osobistą dedykacją. Niestety, po przeczytaniu tej autobiografii popełniłem niewybaczalny błąd – puściłem książkę w rodzinno-towarzyski obieg i nigdy już do mnie nie wróciła… Teraz mogę tylko bardzo żałować tej nieprzemyślanej decyzji!
Jedno jest tylko pewne – Andrzeja na zawsze zachowam w życzliwej pamięci…(jzawada)
Niestety, już coraz częściej mój blog staje się swego rodzaju sportową kroniką żałobną… Niecałe dwa tygodnie temu żegnaliśmy byłego piłkarza BKS-u, śp. Wiesława Żabczyńskiego, zaś w minioną środę dziesiątego sierpnia, do tej niebiańskiej drużyny Bocheńskiego Klubu Sportowego podążył kolejny zawodnik naszego Klubu, Władysław Dygutowicz. Ojciec Jacka i Mariusza, a także brat Andrzeja, niegdyś równie znanych piłkarzy BKS-u. Mój serdeczny Kolega, nie tylko z boiska. Już z końcem lat sześćdziesiątych został zawodnikiem pierwszego zespołu naszego Klubu, kilka lat później zasilił drużynę „Hutnika” Bochnia, by znów w 1977 roku, po fuzji obydwu bocheńskich klubów, powrócić do BKS-u i stać się jednym z jego podstawowych zawodników. Wszechstronnie wyszkolony piłkarz, którego największym atutem była świetna gra głową. Całym sercem oddany drużynie i Klubowi. Po skończeniu czynnego uprawiania sportu, z końcem lat osiemdziesiątych wyemigrował z kraju i podjął pracę w Niemczech. Do Bochni powrócił na stałe przed kilkoma laty. Nigdy nie zapominał o Klubie, w najcięższych czasach wspomagając go finansowo. Żegnaj Władku, drogi Kolego. Będzie nam Ciebie brakowało. Spoczywaj w pokoju... Serdeczne kondolencje dla Rodziny św. pamięci Zmarłego.
1971r. Władysław Dygutowicz (u dołu z lewej) z drużyną BKS-u na bocheńskim Rynku.
1973r. Piłkarski zespół KS „Hutnik” Bochnia. Władysław Dygutowicz w dolnym rzędzie pierwszy z lewej…
Msza św. żałobna w kaplicy cmentarza komunalnego „Łychów” w sobotę 13 sierpnia o godz. 11.00
Informuję również, że w przyszły czwartek 19.08.22 o godz. 18.30 w Kaplicy na Murowiance odbędzie się msza św. w intencji św. pamięci zmarłego Władysława, w celebracji ks. Stanisława Jachyma, kapelana naszej Rady Seniorów.Serdecznie zapraszamy wszystkich chętnych do uczestnictwa w mszy świętej.(jzawada)
Pierwszego sierpnia 2022 roku odszedł od nas na zawsze śp. Wiesław Żabczyński, były piłkarz Bocheńskiego Klubu Sportowego z lat sześćdziesiątych ub. wieku. Obrońca, niezwykle ofiarnie grający zawodnik. Później, aż do ostatnich chwil, jeden z najwierniejszych kibiców bocheńskiego zespołu. Członek Klubu Seniora BKS.
1962 r. Zespół BKS przed meczem na bocheńskim stadionie. Trzeci od lewej p.Wiesław Żabczyński…
2016 r. Czwórka najstarszych kibiców w wyjazdowym meczu bocheńskiej drużyny. Drugi z prawej p.Wiesław Żabczyński...
Spoczywaj w pokoju Panie Wiesławie. RIP. Serdeczne kondolencje dla Rodziny śp. Zmarłego. Msza Św. żałobna w kaplicy Cmentarza przy ul. Orackiej 09.08.22 (wtorek) o godz. 10.00
Świętowana niedawno setna, a tak naprawdę sto pierwsza rocznica powstania jedynego w Bochni Klubu Sportowego stała się dla mnie okazją do podsumowania mojej blogerskiej działalności, w dużej mierze związanej z opisywaniem szeroko pojętej historii Klubu. Jest ona przekazem wiedzy o ludziach, którzy ten Klub tworzyli, byli jego zawodnikami, później działaczami i wiernymi kibicami. Klubu z założenia piłkarskiego, który w pewnym okresie, poprzez różnego rodzaju uwarunkowania społeczno-polityczne rozrósł się do rozmiarów klubu wielosekcyjnego, by już z początkiem lat 90-tych ub. wieku, po wielkiej transformacji ustrojowej znów stać się klubem tylko piłkarskim.
Pamiątkowe proporczyki rocznicowe Bocheńskiego Klubu Sportowego…
Po dwunastu latach prowadzenia sportowego bloga i ponad czterystu autorskich wpisach o innych, najwyższy czas napisać coś o sobie – kiedyś zawodniku, później społecznym działaczu, a teraz już tylko „zdalnym” sympatyku Bocheńskiego Klubu Sportowego. Przypomnieć czasy, kiedy marzeniem każdego dzieciaka uganiającego się z rówieśnikami po bocheńskich podwórkach za czymś, co często tylko umownie przypominało piłkę, było, by móc tę dyscyplinę sportu uprawiać kiedyś w BKS-ie. Kopać prawdziwą piłkę na prawdziwym boisku, w kierunku którego w każdą „meczową” niedzielę ciągnęły tłumy ludzi, by kibicować bocheńskiej drużynie piłkarskiej. W moim przypadku marzenie te się spełniły…
1960r. Wakacyjna półkolonia piłkarska. Z rozpoznanych na zdjęciu: J.Zawada (podparty pod boki), przed nim późniejszy bramkarz BKS-u J.Filipek, w środku trener Marian Biernat, przy nim z prawej J.Kurek, z ręką przy brodzie A.Hojnik
Rok 1961. Wakacyjne zajęcia na boisku BKS-u. Drugi od prawej leży J.Zawada, z tyłu za grupą stoją od lewej trenerzy M.Biernat i St.Mastaj oraz J.Rudnik (współorganizator półkolonii)
Wszystko zaczęło się z początkiem lat sześćdziesiątych. O naborze do wakacyjnych tzw. półkolonii piłkarskich dowiedziałem się od trenującego już w Klubie mojego starszego brata Janka. Zajęcia z kandydatami na piłkarzy prowadzili byli zawodnicy BKS-u, trenerzy Marian Biernat i Stanisław Mastaj. Forma i sposób prowadzenia tych zajęć zdecydowanie różniły się od tego, co aplikuje się piłkarskiemu narybkowi dzisiaj w różnego rodzaju szkółkach, akademiach i innych pseudo-wylęgarniach piłkarskich talentów, zajmujących się ich „produkcją” na masową skalę. Przyuczających do tego zawodu dzieci w wieku już 5-6 lat! Wtedy, była to raczej usprawniająca ruchowo zabawa, z elementami podstaw gry w piłkę nożną, polegająca na oswajaniu się z niesfornymi gumowo-plastykowymi balonami, imitującymi prawdziwą piłkę. Dlaczego akurat takimi? Bo w dorosłej piłce królowała jeszcze wtedy skórzana, sznurowana rzemieniem piłka, z pompowanym, także gumowym wkładem. Podczas deszczu nasiąkała wodą i stawała się bardzo ciężka. Dodatkowo, jej zakup był sporym wydatkiem. Jednak wbrew pozorom, nasze treningi z tymi lekkimi piłkami przynosiły wiele korzyści, bo uczyły podstaw techniki, jakże przydatnej w późniejszej piłkarskiej edukacji. Zajęcia były bardzo urozmaicone, wśród nich piesze wyprawy nad Rabę, połączone z kąpielami i nauką pływania. Dwutygodniowe półkolonie (z tzw. dożywianiem) były finansowane z pieniędzy Powiatowego Komitetu Kultury fizycznej i Turystyki oraz LZS. Ta wakacyjna akcja usportowienia bocheńskich dzieciaków była prowadzona przez ok. 5-6 kolejnych lat. Jej efektem był stały dopływ utalentowanej piłkarsko młodzieży do drużyny trampkarzy BKS-u, z której ci najbardziej wytrwali zasilali zespoły juniorów, a później seniorów Klubu.
1961r. A-klasowy zespół BKS-u. Stoją od lewej; G.Jonak, R.Turkiewicz, J.Szlachetko, A.Jaroszewski, A.Wnęk poniżej M.Starzyk, J.Ślizowski, M.Rataj, J.Olesiński, W.Reguła, A.Łakoma
Trener Jan Mastaj z zespołem rezerwowym BKS Ib. Od lewej: J.Mastaj, J.Kowalski, W.Starzyk, R.Majcher, W.Klima, R.Migda, Z.Florek, K.Klimek, A.Wnęk (wtedy jeszcze czynny zawodnik – 47 lat!) poniżej K.Kita (także świetny piłkarz ręczny BKS-u), M.Cempa, A.Wawrowski, W.Dygutowicz.
W tamtym okresie (pierwsza połowa lat sześćdziesiątych), w Polsce funkcjonowało sześć piłkarskich poziomów rozgrywek – I i II liga, liga okręgowa oraz klasy A,B,C. Nie było wtedy III, ani IV ligi, trzeci poziom rozgrywkowy został nazwany ligą okręgową i jako taki funkcjonował w latach 1959-1966. Zespół seniorów BKS-u grał wówczas w A-klasie, czyli na czwartym poziomie. W ówczesnym systemie juniorzy rozgrywali swoje mecze bezpośrednio przed występami pierwszego zespołu z młodzieżowymi zespołami drużyny przeciwnej. Dla nas, 15-16-letnich zawodników miało to bardzo duże znaczenie, bo nasze mecze oglądali – w całkiem pokaźnych ilościach – kibice, powoli zapełniający trybuny przed meczami seniorów. Można śmiało powiedzieć, że wtedy zawody juniorów oglądało zdecydowanie więcej osób, niż teraz przychodzi na pierwszą drużynę BKS-u… W zespole juniorów trenowało regularnie grubo ponad dwudziestu chłopców prezentujących wyrównany i solidny poziom wyszkolenia, toteż konkurencja wśród zawodników była olbrzymia, tym bardziej że każdy z nas chciał być zauważony przez szkoleniowców pierwszego zespołu BKS-u. Co prawda nie gwarantowało to od razu występów w A-klasowej drużynie, ale już dawało wybrańcom możliwość treningów z zespołem i stopniowe oswajanie się z atmosferą panującą w tamtym, mocno zhierarchizowanym piłkarskim środowisku. Uczyło też szacunku do zawodników starszych, tych już nawet o 2-3 lata, do ich umiejętności piłkarskich i zasług dla Klubu. W początkowym okresie, czymś całkiem normalnym było noszenie przez „młodych” torby ze sprzętem meczowym za tymi zawodnikami. Niewyobrażalnym też było zwrócić się do któregoś z nich per „ty”, nawet w trakcie meczu! Uwierzcie, umieli też ten szacunek wyegzekwować. Czasami boleśnie… Zawodnicy kończący wiek juniora, którzy nie „załapali” się do szerokiej kadry pierwszego zespołu, zasilali drużynę rezerw „BKS Ib”, czyli zespół grający co najmniej o jeden szczebel niżej i czekali na swoją szansę.
Sezon 1965/66. Juniorzy BKS-u. Od prawej: M.Pacuła, A.Krakowiak, C.Krepel, W.Władyga, J.Kukla, NN, A.Klima, J.Zawada, J.Mrózek, E.Szwab, A.Wawrowski, M.Mildner
Rok 1968. Letni obóz szkoleniowy w Żegocinie. W górnym rzędzie od lewej; trener W.Biernat, J.Kołodziej, T.Buczkiewicz, F.Surma (późniejszy zawodnik „Cracovii” i ojciec reprezentanta Polski Łukasza Surmy), poniżej NN, J.Aksamit, W.Dygutowicz, Z.Obroślak.
W owym czasie tylko nielicznym zawodnikom w wieku juniora udawało się zadebiutować w pierwszym zespole. Szczęście to mogło spotkać jakiegoś bardziej utalentowanego, bramkostrzelnego napastnika, rzadziej zaś obrońców, bo te pozycje w drużynie były zarezerwowane dla najbardziej doświadczonych zawodników, dodatkowo posiadających odpowiednie warunki fizyczne. Byłem jednym z nielicznych, któremu to się udało w wieku siedemnastu lat i pomógł w tym zwykły przypadek. W sezonie piłkarskim 1967/68, w meczu wyjazdowym BKS-u z zespołem „Unia” Niedomice zastąpiłem kontuzjowanego obrońcę grającego na pozycji tzw. forstopera. Była to dość niewdzięczna rola, bo prócz podstawowych umiejętności piłkarskich wymagała solidnej kondycji oraz dobrej gry głową, a polegała na „czyszczeniu” zagrożeń w strefie przed środkowym obrońcą własnej drużyny. Nabiegać się trzeba było w każdym spotkaniu co niemiara! Zremisowaliśmy wtedy bezbramkowo, a mój debiut został oceniony bardzo pozytywnie. Kolejne mecze potwierdziły moją przydatność do pierwszego zespołu i tego miejsca nie oddałem już nikomu przez blisko czternaście lat, bez względu na to w jakiej drużynie występowałem.
1970r. Zespół BKS w oczekiwaniu na I-majowy pochód… Od lewej: J.Nosek, J.Zawada, A.Buczkiewicz, H.Rzepecki, W.Władyga, Z.Florek, W.Reguła, J.Aksamit, poniżej W.Dygutowicz, M.Pacuła
W 1972 roku zostałem kapitanem pierwszego zespołu BKS-u. Stoję z bramkarzem M.Pacułą, obok A.Dygutowicz, H.Rzepecki, Z.Maszewki, J.Nowak, A.Węgrzyn, R.Romański, R.Mildner, W.Władyga, J.Kołodziej, W.Reguła
Pod koniec lat sześćdziesiątych nastąpiła w BKS-ie pokoleniowa „zmiana warty”. Piłkarską karierę stopniowo kończyli starsi wiekiem, przez całe lata „etatowi” zawodnicy BKS-u. Ówczesnym trenerem naszej drużyny był p. Jan Mastaj. Wieloletni kapitan piłkarskiego zespołu BKS-u, prawdziwa legenda Bocheńskiego Klubu Sportowego. Sukcesywnie odmładzał pierwszą drużynę, wprowadzając do zespołu wyróżniających się juniorów. Wkrótce, jej podstawowymi zawodnikami stali się moi młodsi, utalentowani koledzy, napastnicy: Andrzej Węgrzyn, Zbigniew Maszewski i Roman Romański oraz pomocnik Henryk Rzepecki. Wtedy zmieniła się również moja pozycja, na której zaczynałem grę w seniorach BKS-u – po dwóch latach gry na forstoperze, trener Mastaj powierzył mi bardziej odpowiedzialną rolę środkowego obrońcy. Na tej pozycji grałem już do końca mojej piłkarskiej przygody w każdej drużynie i klubie, w którym występowałem. Podobnie było z zaszczytną i odpowiedzialną funkcją kapitana zespołu. Powierzono mi ją w wieku niespełna dwudziestu dwu lat i pełniłem ją do ostatnich chwil wyczynowego uprawiania sportu, również bez względu na zespół i Klub w którym grałem.
1978r. Obóz zimowy MS BKS w Krościenku n/Dunajcem. Stoją od lewej: R.Szewczyk, M.Kurek, J.Noszkowski, J.Krupa, R.Dziedzic, J.Balicki, A.Noszkowski, trener J.Tyrka, poniżej J.Międzik, A.Sitek, W.Laśkiewicz, J.Zawada
1978r. Krościenko… Obozowa „starszyzna”: od lewej trener J.Tyrka, kierownik drużyny J.Cepak, W.Dygutowicz, J.Zawada
Tych klubów było trzy – „BKS” Bochnia, „Hutnik” Bochnia oraz „Jadowniczanka”Jadowniki i wszystkie były moimi, w pełni świadomymi wyborami. Z żadnym z nich nigdy nie spadłem do niższej klasy rozgrywkowej. W sumie rozegrałem w drużynach seniorów tych klubów ok. 350 spotkań mistrzowskich. Grając w BKS-ie spełniłem swoje młodzieńcze marzenia, z kolei nowo powstały Zakład Przetwórstwa Hutniczego (ZPH) i założony przy nim klub piłkarski „Hutnik”Bochnia zaproponowały warunki o jakich mógł tylko pomarzyć każdy młody człowiek, zakładający właśnie rodzinę! Mieszkanie, dobrze płatna praca i pół-zawodowy status piłkarza, były dla mnie, jak i dla wielu moich kolegów z hutniczej drużyny, propozycją nie do odrzucenia. Bocheński „Hutnik” rozgrywał swoje mecze na boisku w Chodenicach. Z tym zespołem awansowałem po roku do tej samej, co BKS, klasy rozgrywkowej. Niespodziewanie jednak, bo już w następnym sezonie nastąpił mój powrót na Parkową za sprawą odgórnie uzgodnionej fuzji obydwu bocheńskich klubów piłkarskich. W 1977 roku na bazie obiektów BKS-u powstał klub o nazwie Międzyzakładowy Spółdzielczy Bocheński Klub Sportowy, w skrócie MS BKS. Zawodnikom stworzono warunki, jakich nigdy wcześniej, ani później w tym Klubie nie było. Mogliśmy korzystać z bazy treningowej, obiektów i urządzeń oraz kadry trenerskiej „Hutnika” Kraków, a także wzmocnień zawodniczych z tego klubu. Powoli tworzył się zespół mogący powalczyć o trzecią ligę dla Bochni. W latach 1978-80 byliśmy blisko realizacji tego zadania, niestety, dwukrotnie wyprzedziły nas mocne zespoły, najpierw drużyna „Błękitnych” Tarnów, następnym razem lepszy okazał się zespół budującego właśnie swoją potęgę „Igloopolu” Dębica. Tak było do sierpnia 1980 roku. Szybko następujące zmiany społeczno-polityczne nie mogły ominąć również sportu. Mocno ograniczona została pomoc dla Klubu ze strony ZPH. Część „armii zaciężnej” naszej drużyny, w dużym stopniu stanowiąca o jej sile, zrezygnowała z dalszej gry. Do USA wyemigrowali: Ryszard Zamojdzik (d. „Cracovia”) oraz bramkarz Andrzej Sitek (d. Hutnik” Kraków). Austrię wybrali: Leszek Uniwersał (d. „Wawel” Kraków) i bochnianin Władysław Filipek (d. „Metal” Tarnów). Nie podjęło treningów kilku innych zawodników. Drużynę opuścił świetny fachowiec, trener Jan Tyrka, b. zawodnik i szkoleniowiec krakowskiego „Hutnika”. Niedługo potem, w połowie kolejnej rundy rozgrywek, również i ja podjąłem decyzję o rezygnacji z dalszej gry w piłkę nożną.
Zespół „Jadowniczanki” z sezonu 1982/83. Stoją od lewej: J.Zawada, H.Bąk, J.Wołek, W.Świerad, K.Hebda, A.Kozub, A.Kumor, ponizej NN, S.Kostrzewa, J.Cebula, T.Kozub, P.Okas
Rok 1984. Skład wyjściowy „Jadowniczanki” w meczu z „Widzewem” Łódź. Stoją od lewej: Z.Zając, J.Bodzioch, T.Szydłowski, S.Wiecha, Z.Osiecki, J.Dudek, prezesi klubu F.Mól i J.Dadej, poniżej P.Okas, S.Kostrzewa, J.Cebula, H.Bąk, W.Filipek(zdj. z albumu J. Dudka)
Nie zamierzałem już wracać do czynnego uprawiania sportu, ale życie płata różne niespodzianki… Pod koniec 1981 roku odwiedzili mnie działacze niewielkiego klubu „Jadowniczanka” Jadowniki z propozycją podjęcia gry w ich zespole. Przekonali mnie zaproponowanymi warunkami i to wcale nie finansowymi. Ich efektem była wydatna i fachowa pomoc przy budowie powstającego właśnie mojego zakładu usługowego. Można teraz śmiało powiedzieć, że w ten sposób udało mi się połączyć przyjemne z pożytecznym! W krótkich odstępach czasu drużynę tę wzmocniło jeszcze czterech zawodników BKS-u: W. Filipek, R. Dziedzic, A. Kumor oraz bramkarz J. Międzik. Wtedy w Jadownikach tworzył się zespół, o którym niedługo potem usłyszała cała piłkarska Polska. Przyczyniła się do tego świetna postawa piłkarzy „Jadowniczanki” w rozgrywkach o Puchar Polski. Niestety, nie było to już moim udziałem, bowiem jeszcze w początkowej fazie tych rozgrywek odniosłem poważną kontuzję kolana, która zakończyła moje wyczynowe kopanie piłeczki. Prawdziwy pech, bo właśnie wtedy, po pokonaniu przez drużynę z Jadownik kilku zespołów z trzeciej i drugiej ligi, na ich stadion w 1/16 Pucharu zawitał ówczesny piłkarski gigant, łódzki „Widzew” z połową reprezentantów Polski w składzie! Zgodnie z przewidywaniami, w tym meczu niespodzianki nie było, a po trzech trafieniach Dariusza Dziekanowskiego w ciągu pierwszych dziewięciu minut meczu zanosiło się na wysoki, dwucyfrowy wynik. Na szczęście do tego nie doszło i mecz zakończył się wynikiem „tylko” 7:1 dla łodzian, a honorową bramkę dla gospodarzy zdobył rezerwowy Andrzej Wołek. Ten historyczny mecz na niewielkim stadionie oglądało – wg. różnych źródeł – ok. 12-13 tys. widzów!!!
W meczu oldbojów z „Orłami Górskiego” nasz zespół z ogromnym szacunkiem traktował swoich niedawnych idoli i wcale nie przeszkadzał im w grze, co widać na załączonym obrazku. Robert Gadocha w honorowej asyście K.Skrzypka, R.Dziedzica i Z.Olszewskiego zmierza z piłką w kierunku naszej bramki, co sam z niepokojem obserwuję z oddali… U dołu zdjęcia L.Ćmikiewicz, w środku H.Miłoszewicz.
Wymiana proporczyków klubowych przed meczem oldbojów BKS-u z zespołem „GKS” Katowice…
Dopiero po kilku latach udało mi się na tyle usprawnić kontuzjowane kolano, że mogłem, chociaż już tylko jako oldboy, uczestniczyć w różnego rodzaju rozgrywkach. Tych z awansem do małopolskiej pierwszej ligi oldbojów, jak i różnych turniejach oraz meczach charytatywnych i pokazowych. organizowanych przez niestrudzonego w takich działaniach Antoniego „Tosia” Noszkowskiego, mojego kolegę z hutniczej drużyny futbolowej. Przez blisko trzydzieści lat, aż do 2018 roku, wraz z zespołem „BKS Stalprodukt Oldboys” czynnie uczestniczyłem w niezliczonej ilości zawodów sportowych, w tym również w Słowacji. Tam, dzięki operatywności pp. Wiesława Biernata i Antoniego Noszkowskiego z początkiem lat dziewięćdziesiątych zostały nawiązane międzynarodowe kontakty z klubem sportowym „Jednota” Keżmarok i trwają one do dnia dzisiejszego.
2001r. Zespół „BKS-Stalprodukt Oldboys” przed zawodami w Słowacji…
Piłkarski zespół „BKS Stalprodukt Oldboys” w większości składał się z aktualnych i byłych już pracowników tego największego bocheńskiego zakładu. Dlatego też przez wiele lat, dzięki przychylności kierownictwa zakładu i staraniom nieodżałowanej pamięci Antoniego Noszkowskiego mógł liczyć na pomoc finansową „Stalproduktu”. Umożliwiało to kontynuację naszej działalności sportowej, a tym samym pozwalało przeżywać wiele emocji związanych z piłkarską rywalizacją, choćby z takimi drużynami jak oldboje „Wisły” Kraków, „GKS” Katowice, „Garbarni” Kraków, „Wisłoki” Dębica, czy też „Orłów Górskiego”.
Miła pamiątka od Zarządu i Prezesa PZPN Zbigniewa Bońka…
O swojej wieloletniej, społecznikowskiej pracy na rzecz Klubu w charakterze działacza sportowego pisałem już w moim blogu przy okazji różnego rodzaju wydarzeń i uroczystości rocznicowych Bocheńskiego Klubu Sportowego. Pracy czasami ciężkiej i nie zawsze przynoszącej spodziewane efekty, wymagającej wielu wyrzeczeń. Wykonywanej często kosztem zaniedbywanego, prywatnego życia rodzinnego i różnych problemów z tym związanych. Za to, tak „na osłodę”, docenionej odznaczeniami Polskiego Związku Piłki Nożnej oraz Małopolskiego ZPN pod postacią honorowych złotych, srebrnych i brązowych odznak. Dla mnie osobiście, praca ta była jednak przede wszystkim formą spłaty długu wdzięczności wobec mojego Klubu, za lata niezapomnianych przeżyć sportowych i wspaniałą szkołę życia.(jzawada)
W ubiegły piątek, w Kaplicy na Murowiance odbyła się tradycyjna msza święta w intencji działaczy, piłkarzy i sędziów piłkarskich, a także niedawno zmarłych naszych kolegów z Rady Seniorów przy Podokręgu Piłki Nożnej w Bochni.
I tutaj króciutkie przypomnienie: – „Rada Seniorów (RS) Podokręgu Piłki Nożnej w Bochnijest stowarzyszeniem działaczy, byłych zawodników, trenerów i sędziów piłkarskich z Bochni oraz powiatu bocheńskiego. Jest (teoretycznie?) [dop. mój]organem doradczym i opiniodawczym Zarządu Podokręgu PN w Bochni. Podstawą działania RS jest m.in. integracja działaczy i wykorzystanie ich doświadczeń w realizacji celów i zadań związanych z lokalną piłką nożną, propagowanie historii i osiągnięć bocheńskiej piłki nożnej oraz kultywowanie jej najlepszych tradycji. Ważnym zadaniem Rady jest organizowanie spotkań członków RS z przedstawicielami władz sportowych i samorządowych, a także uczestnictwo w różnego rodzaju ceremoniach i uroczystościach” .
Murowianka. Msza św. w Kaplicy
Wspólne zdjęcie na stopniach Kaplicy…
Mszę świętą celebrował ks. Stanisław Jachym, proboszcz parafii z podbocheńskiego Sobolowa i kapelan naszej Rady Seniorów. Postać nietuzinkowa – niezwykle skromny i pracowity duchowny, który wypełniając posługę i obowiązki kapłańskie potrafi wygospodarować czas na pracę z młodzieżą w klubie sportowym „Naprzód” Sobolów, jak i na wiele innych, społecznych inicjatyw. O księdzu Stanisławie i Jego pasjach napiszę już wkrótce – oczywiście tylko za Jego zgodą i pozwoleniem…
Wróciły również wspomnienia… Na górnym zdjęciu stoję z moim pierwszym trenerem Panem Marianem Biernatem (w pierwszym rzędzie drugi z lewej). Zdjęcie poniżej – wakacyjny obóz trampkarski z Marianem Biernatem 60 lat wcześniej… (ten z tyłu, najbardziej wyrośnięty, to ja)
Spotkanie na Murowiance zgromadziło wielu byłych i aktualnych działaczy sportowych. Równocześnie było okazją do wznowienia, po dwuletniej przerwie spowodowanej pandemią, zawieszonej działalności Rady Seniorów. Bezpośrednio po mszy, w jednej z sal pobliskiej restauracji „Murowianka” uczestnicy spotkania zapoznali się z planami działalności stowarzyszenia na najbliższą przyszłość. Za sprawę priorytetową uznano konieczność rozszerzenia zasięgu terytorialnego działania Rady, poprzez pozyskiwanie nowych członków z terenu powiatu bocheńskiego. Ustalono również termin kolejnego zebrania, które odbędzie się pod koniec czerwca br.
Cieszy liczna obecność członków Rady, uczestników tego spotkania, a także całkiem niezła kondycja fizyczna zdecydowanej większości Seniorów. Ludzi, którzy bezinteresownej działalności sportowej poświęcili znaczną część swojego życia. Działalności na rzecz innych… (jzawada)
Kolejny już raz, bez względu na trwający jeszcze sezon piłkarski, do Bocheńskiego Klubu Sportowego powraca szara rzeczywistość, potwierdzającą znaną heglowską teorię, że ( w dowolnym tłumaczeniu) „historia uczy tego, że ludzie nic się z niej nie nauczyli”… Dziesięć ostatnich lat funkcjonowania Klubu to powtarzająca się huśtawka wzlotów i upadków sportowo-organizacyjnych. Nerwowa i krótkowzroczna, z jednej strony podszyta strachem i niepewnością finansowego jutra, z innej, często wypełniona niezdrowymi i bez pokrycia ambicjami działaczy i klubowych władz. Ekip nastawionych na doraźny, choćby chwilowy sukces sportowy, ale tylko drużyny seniorów. Działających wg. prostego schematu – naściągać obcych, „gotowych” zawodników i zapowiadać walkę o awans. Regularnie też kończy się to w podobny sposób – po chwilowym sukcesie (wtedy awans do III-ligi), potem wszystko wraca do normy: – walka o utrzymanie, spadek, odejście zawodników. Następnie „zmiana warty”, czyli wybory nowych władz, buńczuczne plany i zapowiedzi, kolejny napływ obcych zawodników, tym razem pod postacią egzotycznej armii zaciężnej, potem systematyczny zjazd w tabeli po równi pochyłej, zakończony niewypłacalnością i pustkami w kasie, planowym exodusem pozyskanych „gwiazd” oraz rejteradą znaczącej części klubowych władz. Te cztery lata (2017-2021) radosnej twórczości ówczesnego kierownictwa Klubu (chyba nie muszę przypominać składu Zarządu Klubu i tego , kto był prezesem), to odwleczona w czasie, bo na ten rok i sprezentowana już nowemu prezesowi BKS-u degradacja zespołu seniorów do piątej ligi. Jakby komuś było mało tych „osiągnięć”, to także spadek obydwu drużyn juniorów z ligi juniorów starszych i młodszych. Dodatkowo, do tegorocznych rozgrywek nie zgłoszono zespołu juniorów młodszych z powodu braków kadrowych, czyli przekładając „na nasze”, nie uzbierano nawet jedenastu zawodników. Przyczyną tego jest coraz mniejszy dopływ do Klubu ich młodszych kolegów, czyli trampkarzy. Przyszłościowo, z pewnością nie wygląda to zbyt optymistycznie, tym bardziej że w Klubie w dalszym ciągu pozostała część osób funkcyjnych z poprzedniego składu, współodpowiedzialnych za wyniki Klubu. Chyba, że wówczas byli oni ubezwłasnowolnieni w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji – a to przepraszam…
Trampkarze byli zawsze nieodłączną częścią tego Klubu… Początek lat sześćdziesiątych ub. wieku – wakacyjna szkółka trampkarzy i ich opiekunowie – od lewej Marian Biernat, Stanisław Mastaj i Józef Rudnik.
Ale odłóżmy na bok złośliwości… Wbrew pozorom, piąta liga w obecnym kształcie wcale nie musi być – i z pewnością nie będzie – tylko chwilowym miejscem pobytu dla BKS-u, zakończonym szybkim powrotem do czwartoligowego grona. Tutaj się można zadomowić na trochę dłużej niż jeden sezon i z takim scenariuszem też trzeba się liczyć! Ciekawi mnie, czy w tej nowej rzeczywistości nastąpi jakaś znacząca rewizja poglądów kierownictwa Klubu na dalszą działalność, czy wszystko znów potoczy się w starym stylu i zakończy w łatwy do przewidzenia sposób? Czy działaczy będzie stać na jakieś odważne posunięcie, które pozwoli przywrócić to, co jest podstawą bytu każdego klubu piłkarskiego, czyli szkolenie młodzieży już od poziomu trampkarzy? Od wielu lat powtarzam i będę to robił do znudzenia, bo tylko poprzez zachowanie ciągłości szkolenia, zaczynając od piłkarskiego narybku, w jednym i tym samym środowisku można wychować w przyszłości zawodników, dla których przywiązanie do barw klubowych będzie czymś ważnym i naturalnym. Zdaję sobie sprawę z tego, że w trwającym już od bardzo dawna bocheńskim, sportowym piekiełku, w jego obecnym kształcie nie ma żadnych szans na jakąkolwiek współpracę między tutejszymi podmiotami prowadzącymi szkółki i tzw. akademie piłkarskie. Taki stan rzeczy jest w głównej mierze przyczyną późniejszych klubowych niedoborów kadrowych już na poziomie juniorskim, ponieważ co bardziej utalentowani adepci piłkarskich szkółek są wywożeni przez rodziców, lub oferowani przez prywatnych właścicieli tych szkółek do krakowskich (i nie tylko) klubów ligowych. W większości przypadków tracą na tym dzieci, bo przerośnięte ambicje rodziców dość często nie współgrają z umiejętnościami ich pociech, lub oczekiwaniami trenerów w tych klubach. Niestety, szanse na zaistnienie dostają tylko nieliczni, zaś pozostali muszą pokrótce opuścić owe kluby, w stresie i rozczarowaniu. Nie słyszałem też, aby swoją piłkarską przyszłość chcieli łączyć z BKS-em… Przy okazji – wcale nie próbuję zwalać winy za takie postępowanie na prywatnych właścicieli szkółek – oni nie prowadzą przecież działalności filantropijnej. Inwestują, więc chcą zarabiać…
Lata siedemdziesiąte… Marian Biernat, Marian Foszcz i Stanisław Broszkiewicz ze swymi podopiecznymi…
Zdecydowanie inaczej przedstawia się sprawa szkolenia trampkarzy pod szyldem MOSiR-u. Pisałem już o tym nieraz i będę pisał aż do skutku, że nie ma i nie powinno być zgody na to, by za nasze, podatników pieniądze szkolono tam bocheńskie dzieci dla obcych klubów i handlowano nimi. Ponieważ pamięć ludzka jest zawodna, pozwolę sobie przypomnieć pewne fakty i ustalenia. Cofnijmy się do lat dziewięćdziesiątych… W pierwszym okresie po transformacji ustrojowej, z uwagi na bardzo trudną sytuację finansową bocheńskiego Klubu pozbawionego jakichkolwiek dotacji, Miasto zobowiązało się ponosić koszty szkolenia młodych trampkarzy BKS-u oraz opiekujących się wtedy nimi szkoleniowców. Początkowo odbywało się to poprzez Miejski Ośrodek Sportu działający przy Wydziale Oświaty UM w Bochni, później piłkarską młodzież ulokowano w strukturach Miejskiego Domu Kultury.
Rok 1978… Kolejne roczniki najmłodszych piłkarzy BKS-u z wciąż niezastąpionym szkoleniowcem Marianem Biernatem…
Po wielokrotnie opisywanym przeze mnie, oszukańczym uwłaszczeniu się Miasta na majątku BKS-u, w styczniu 1996 roku powstał Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Przejął on finansowanie piłkarskiej młodzieży na dotychczasowych zasadach. Gwarantowało to stały dopływ młodych zawodników kończących wiek trampkarza do klubowego zespołu juniorów. W 1999 roku dyrektorką MOSiR-u została osoba, która zarządza tym Ośrodkiem już 23 lata. Wystarczająco dużo napisałem o wieloletnich, niekończących się wysiłkach pani dyrektor, związanych, delikatnie mówiąc, z utrudnianiem normalnego, czyli statutowego funkcjonowania Bocheńskiego Klubu Sportowego. Teraz skupię się tylko na działaniach związanych z szkoleniem trampkarzy, mających rzekomo zasilać szeregi lokalnego Klubu. Otóż, od blisko dziesięciu już lat trenerzy młodzieży zatrudnieni u szanownej pani dyrektor, wypracowują w MOSiRze nowatorski system szkolenia trampkarzy dla Bocheńskiego Klubu Sportowego. Polega on mniej więcej na tym, żeby systematycznie, z roku na rok, zmniejszać ilość młodych zawodników, którzy mogliby zasilić BKS! Żmudna, kilkuletnia praca solidnie wykształconej kadry trenerskiej – nieważne(?), że kiedyś czołowych zawodników naszego Klubu – przyniosła długo oczekiwany efekt. Udało się! W ostatnim okresie do BKS-u nie dołączył ani jeden z wielu zawodników, kończących w MOSiRze trampkarskie szkolenie… Brawo, panowie. Gratuluję sukcesu…
Połowa lat dziewięćdziesiątych… Trener Wiesław Biernat z zespołem trampkarzy (jeszcze) BKS-u…
Dlaczego tak się dzieje, że w dalszym ciągu kolejne władze Bocheńskiego Klubu Sportowego, same i z własnej woli, podcinają gałąź na której siedzą? Odpowiedź jest stosunkowo prosta – z wygodnictwa, podpierając się stale tą samą śpiewką – „po co drażnić panią dyrektor!” Powstaje więc pytanie, czy kolejny raz Zarząd BKS-u (w ramach „niedrażnienia”) będzie wyczekiwał na jakieś trampkarskie resztówki, których MOSiR-owi nie udało się przehandlować, czy wreszcie podejmie jakąś wiążącą decyzję? Np. o samodzielnym szkoleniu piłkarskiego zaplecza dla tego Klubu? Czy wciąż myślą, że ktoś to za nich zrobi? I tutaj należy przypomnieć bardzo ważną rzecz – żaden z poprzednich burmistrzów (pp.Wojciechowski, Cholewa, Kosturkiewicz) nie pozwalał sobie na to, by ktokolwiek, bez ich wiedzy i zezwolenia przejmował ich kompetencje i lekceważył obowiązujące ustalenia! Niestety, nie należy do tego grona burmistrz trzeciej już kadencji, który scedował na dyrektorkę MOSiR-u uprawnienia dotyczące podejmowania wszelkich decyzji związanych z bocheńskim sportem i jest to wykorzystywane w bezwzględny i bezkarny sposób! Efekty tych działań od lat konsekwentnie uderzają w podstawowe interesy Klubu – przypomnę choćby sztandarowe osiągnięcie tego duetu, czyli nieodwracalną dewastację jedynego w Bochni boiska piłkarskiego. (jzawada)
Pytanie, co dalej z bocheńską piłką w tym jubileuszowym czasie pozostaje wciąż bez odpowiedzi… Przed działaczami i piłkarzami stoją mocne wyzwania i wcale nie chodzi w tym wypadku o imprezy i uroczystości rocznicowe. Na prezenty i świętowanie trzeba sobie solidnie zapracować…