
Pierwszy raz usłyszałem o Nim w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Wtedy to naszą bocheńską drużynę piłkarską zasilali zawodnicy z kilku krakowskich klubów. Jednym z nich był, jak się później okazało, bardzo bliski kolega Andrzeja Iwana. Leszek często opowiadał nam jak barwną, a zarazem „charakterną” i rozpoznawalną postacią na podwórkach nowohuckich blokowisk był jego rówieśnik. O tej burzliwej przyjaźni wspomina Andrzej Iwan w swojej autobiografii. Wspólnie też poznawali tajniki piłkarskiego rzemiosła w zespołach młodzieżowych małego klubu dzielnicowego o nazwie „Wanda” Nowa Huta. Już wtedy Andrzej był nieprzeciętnym talentem piłkarskim, nic więc dziwnego, że w wieku niespełna siedemnastu lat znalazł się w krakowskiej „Wiśle”, wówczas czołowym polskim klubie.
Tę błyskotliwą karierę piłkarską zna już cała Polska, nie będę więc pisał o sportowych osiągnięciach słynnego „Ajwena”, Jego życiowych sukcesach, perypetiach, czy porażkach. Kiedy Go poznałem, był już trenerem i w latach 2003-2005 z powodzeniem prowadził zespół KS „Okocimski” Brzesko.

Często też gościnnie występował w drużynie oldbojów tego klubu, biorącej udział w rozgrywkach Tarnowskiej Ligi Oldbojów. W tych samych rozgrywkach uczestniczył również zespół oldbojów BKS-u. Przeciwko sobie graliśmy kilkakrotnie, zarówno w Brzesku, jak i w Bochni, a także w towarzyskim meczu pokazowym w podbocheńskich Proszówkach. Tradycją takich zawodów było pomeczowe spotkanie wszystkich uczestników przy wspólnym grillu, lub innym poczęstunku. Integrowało to nasze sportowe środowisko i pomagało nawiązywać znajomości i często do dziś trwające przyjaźnie. Tak było z Andrzejem… Był bardzo komunikatywnym i bezpośrednim człowiekiem. Chętnie dzielił się z nami wspomnieniami ze swojej przebogatej kariery zawodniczej, jak i tej nieoficjalnej, bardziej prywatnej, około-piłkarskiej. Po zakończeniu pracy w brzeskim klubie, spotykałem Go jeszcze kilka razy na meczach Jego byłych już podopiecznych i zawsze znalazł chwilę czasu na rozmowę ze mną.


Ostatni raz spotkaliśmy się w Bochni, na promocji Jego autobiograficznej książki o dość wymownym tytule „Spalony”. Dostałem jeden egzemplarz, z bardzo osobistą dedykacją. Niestety, po przeczytaniu tej autobiografii popełniłem niewybaczalny błąd – puściłem książkę w rodzinno-towarzyski obieg i nigdy już do mnie nie wróciła… Teraz mogę tylko bardzo żałować tej nieprzemyślanej decyzji!

Jedno jest tylko pewne – Andrzeja na zawsze zachowam w życzliwej pamięci… (jzawada)
