Świętowana niedawno setna, a tak naprawdę sto pierwsza rocznica powstania jedynego w Bochni Klubu Sportowego stała się dla mnie okazją do podsumowania mojej blogerskiej działalności, w dużej mierze związanej z opisywaniem szeroko pojętej historii Klubu. Jest ona przekazem wiedzy o ludziach, którzy ten Klub tworzyli, byli jego zawodnikami, później działaczami i wiernymi kibicami. Klubu z założenia piłkarskiego, który w pewnym okresie, poprzez różnego rodzaju uwarunkowania społeczno-polityczne rozrósł się do rozmiarów klubu wielosekcyjnego, by już z początkiem lat 90-tych ub. wieku, po wielkiej transformacji ustrojowej znów stać się klubem tylko piłkarskim.

Po dwunastu latach prowadzenia sportowego bloga i ponad czterystu autorskich wpisach o innych, najwyższy czas napisać coś o sobie – kiedyś zawodniku, później społecznym działaczu, a teraz już tylko „zdalnym” sympatyku Bocheńskiego Klubu Sportowego. Przypomnieć czasy, kiedy marzeniem każdego dzieciaka uganiającego się z rówieśnikami po bocheńskich podwórkach za czymś, co często tylko umownie przypominało piłkę, było, by móc tę dyscyplinę sportu uprawiać kiedyś w BKS-ie. Kopać prawdziwą piłkę na prawdziwym boisku, w kierunku którego w każdą „meczową” niedzielę ciągnęły tłumy ludzi, by kibicować bocheńskiej drużynie piłkarskiej. W moim przypadku marzenie te się spełniły…


Wszystko zaczęło się z początkiem lat sześćdziesiątych. O naborze do wakacyjnych tzw. półkolonii piłkarskich dowiedziałem się od trenującego już w Klubie mojego starszego brata Janka. Zajęcia z kandydatami na piłkarzy prowadzili byli zawodnicy BKS-u, trenerzy Marian Biernat i Stanisław Mastaj. Forma i sposób prowadzenia tych zajęć zdecydowanie różniły się od tego, co aplikuje się piłkarskiemu narybkowi dzisiaj w różnego rodzaju szkółkach, akademiach i innych pseudo-wylęgarniach piłkarskich talentów, zajmujących się ich „produkcją” na masową skalę. Przyuczających do tego zawodu dzieci w wieku już 5-6 lat! Wtedy, była to raczej usprawniająca ruchowo zabawa, z elementami podstaw gry w piłkę nożną, polegająca na oswajaniu się z niesfornymi gumowo-plastykowymi balonami, imitującymi prawdziwą piłkę. Dlaczego akurat takimi? Bo w dorosłej piłce królowała jeszcze wtedy skórzana, sznurowana rzemieniem piłka, z pompowanym, także gumowym wkładem. Podczas deszczu nasiąkała wodą i stawała się bardzo ciężka. Dodatkowo, jej zakup był sporym wydatkiem. Jednak wbrew pozorom, nasze treningi z tymi lekkimi piłkami przynosiły wiele korzyści, bo uczyły podstaw techniki, jakże przydatnej w późniejszej piłkarskiej edukacji. Zajęcia były bardzo urozmaicone, wśród nich piesze wyprawy nad Rabę, połączone z kąpielami i nauką pływania. Dwutygodniowe półkolonie (z tzw. dożywianiem) były finansowane z pieniędzy Powiatowego Komitetu Kultury fizycznej i Turystyki oraz LZS. Ta wakacyjna akcja usportowienia bocheńskich dzieciaków była prowadzona przez ok. 5-6 kolejnych lat. Jej efektem był stały dopływ utalentowanej piłkarsko młodzieży do drużyny trampkarzy BKS-u, z której ci najbardziej wytrwali zasilali zespoły juniorów, a później seniorów Klubu.


W tamtym okresie (pierwsza połowa lat sześćdziesiątych), w Polsce funkcjonowało sześć piłkarskich poziomów rozgrywek – I i II liga, liga okręgowa oraz klasy A,B,C. Nie było wtedy III, ani IV ligi, trzeci poziom rozgrywkowy został nazwany ligą okręgową i jako taki funkcjonował w latach 1959-1966. Zespół seniorów BKS-u grał wówczas w A-klasie, czyli na czwartym poziomie. W ówczesnym systemie juniorzy rozgrywali swoje mecze bezpośrednio przed występami pierwszego zespołu z młodzieżowymi zespołami drużyny przeciwnej. Dla nas, 15-16-letnich zawodników miało to bardzo duże znaczenie, bo nasze mecze oglądali – w całkiem pokaźnych ilościach – kibice, powoli zapełniający trybuny przed meczami seniorów. Można śmiało powiedzieć, że wtedy zawody juniorów oglądało zdecydowanie więcej osób, niż teraz przychodzi na pierwszą drużynę BKS-u… W zespole juniorów trenowało regularnie grubo ponad dwudziestu chłopców prezentujących wyrównany i solidny poziom wyszkolenia, toteż konkurencja wśród zawodników była olbrzymia, tym bardziej że każdy z nas chciał być zauważony przez szkoleniowców pierwszego zespołu BKS-u. Co prawda nie gwarantowało to od razu występów w A-klasowej drużynie, ale już dawało wybrańcom możliwość treningów z zespołem i stopniowe oswajanie się z atmosferą panującą w tamtym, mocno zhierarchizowanym piłkarskim środowisku. Uczyło też szacunku do zawodników starszych, tych już nawet o 2-3 lata, do ich umiejętności piłkarskich i zasług dla Klubu. W początkowym okresie, czymś całkiem normalnym było noszenie przez „młodych” torby ze sprzętem meczowym za tymi zawodnikami. Niewyobrażalnym też było zwrócić się do któregoś z nich per „ty”, nawet w trakcie meczu! Uwierzcie, umieli też ten szacunek wyegzekwować. Czasami boleśnie… Zawodnicy kończący wiek juniora, którzy nie „załapali” się do szerokiej kadry pierwszego zespołu, zasilali drużynę rezerw „BKS Ib”, czyli zespół grający co najmniej o jeden szczebel niżej i czekali na swoją szansę.


W owym czasie tylko nielicznym zawodnikom w wieku juniora udawało się zadebiutować w pierwszym zespole. Szczęście to mogło spotkać jakiegoś bardziej utalentowanego, bramkostrzelnego napastnika, rzadziej zaś obrońców, bo te pozycje w drużynie były zarezerwowane dla najbardziej doświadczonych zawodników, dodatkowo posiadających odpowiednie warunki fizyczne. Byłem jednym z nielicznych, któremu to się udało w wieku siedemnastu lat i pomógł w tym zwykły przypadek. W sezonie piłkarskim 1967/68, w meczu wyjazdowym BKS-u z zespołem „Unia” Niedomice zastąpiłem kontuzjowanego obrońcę grającego na pozycji tzw. forstopera. Była to dość niewdzięczna rola, bo prócz podstawowych umiejętności piłkarskich wymagała solidnej kondycji oraz dobrej gry głową, a polegała na „czyszczeniu” zagrożeń w strefie przed środkowym obrońcą własnej drużyny. Nabiegać się trzeba było w każdym spotkaniu co niemiara! Zremisowaliśmy wtedy bezbramkowo, a mój debiut został oceniony bardzo pozytywnie. Kolejne mecze potwierdziły moją przydatność do pierwszego zespołu i tego miejsca nie oddałem już nikomu przez blisko czternaście lat, bez względu na to w jakiej drużynie występowałem.


Pod koniec lat sześćdziesiątych nastąpiła w BKS-ie pokoleniowa „zmiana warty”. Piłkarską karierę stopniowo kończyli starsi wiekiem, przez całe lata „etatowi” zawodnicy BKS-u. Ówczesnym trenerem naszej drużyny był p. Jan Mastaj. Wieloletni kapitan piłkarskiego zespołu BKS-u, prawdziwa legenda Bocheńskiego Klubu Sportowego. Sukcesywnie odmładzał pierwszą drużynę, wprowadzając do zespołu wyróżniających się juniorów. Wkrótce, jej podstawowymi zawodnikami stali się moi młodsi, utalentowani koledzy, napastnicy: Andrzej Węgrzyn, Zbigniew Maszewski i Roman Romański oraz pomocnik Henryk Rzepecki. Wtedy zmieniła się również moja pozycja, na której zaczynałem grę w seniorach BKS-u – po dwóch latach gry na forstoperze, trener Mastaj powierzył mi bardziej odpowiedzialną rolę środkowego obrońcy. Na tej pozycji grałem już do końca mojej piłkarskiej przygody w każdej drużynie i klubie, w którym występowałem. Podobnie było z zaszczytną i odpowiedzialną funkcją kapitana zespołu. Powierzono mi ją w wieku niespełna dwudziestu dwu lat i pełniłem ją do ostatnich chwil wyczynowego uprawiania sportu, również bez względu na zespół i Klub w którym grałem.


Tych klubów było trzy – „BKS” Bochnia, „Hutnik” Bochnia oraz „Jadowniczanka” Jadowniki i wszystkie były moimi, w pełni świadomymi wyborami. Z żadnym z nich nigdy nie spadłem do niższej klasy rozgrywkowej. W sumie rozegrałem w drużynach seniorów tych klubów ok. 350 spotkań mistrzowskich. Grając w BKS-ie spełniłem swoje młodzieńcze marzenia, z kolei nowo powstały Zakład Przetwórstwa Hutniczego (ZPH) i założony przy nim klub piłkarski „Hutnik” Bochnia zaproponowały warunki o jakich mógł tylko pomarzyć każdy młody człowiek, zakładający właśnie rodzinę! Mieszkanie, dobrze płatna praca i pół-zawodowy status piłkarza, były dla mnie, jak i dla wielu moich kolegów z hutniczej drużyny, propozycją nie do odrzucenia. Bocheński „Hutnik” rozgrywał swoje mecze na boisku w Chodenicach. Z tym zespołem awansowałem po roku do tej samej, co BKS, klasy rozgrywkowej. Niespodziewanie jednak, bo już w następnym sezonie nastąpił mój powrót na Parkową za sprawą odgórnie uzgodnionej fuzji obydwu bocheńskich klubów piłkarskich. W 1977 roku na bazie obiektów BKS-u powstał klub o nazwie Międzyzakładowy Spółdzielczy Bocheński Klub Sportowy, w skrócie MS BKS. Zawodnikom stworzono warunki, jakich nigdy wcześniej, ani później w tym Klubie nie było. Mogliśmy korzystać z bazy treningowej, obiektów i urządzeń oraz kadry trenerskiej „Hutnika” Kraków, a także wzmocnień zawodniczych z tego klubu. Powoli tworzył się zespół mogący powalczyć o trzecią ligę dla Bochni. W latach 1978-80 byliśmy blisko realizacji tego zadania, niestety, dwukrotnie wyprzedziły nas mocne zespoły, najpierw drużyna „Błękitnych” Tarnów, następnym razem lepszy okazał się zespół budującego właśnie swoją potęgę „Igloopolu” Dębica. Tak było do sierpnia 1980 roku. Szybko następujące zmiany społeczno-polityczne nie mogły ominąć również sportu. Mocno ograniczona została pomoc dla Klubu ze strony ZPH. Część „armii zaciężnej” naszej drużyny, w dużym stopniu stanowiąca o jej sile, zrezygnowała z dalszej gry. Do USA wyemigrowali: Ryszard Zamojdzik (d. „Cracovia”) oraz bramkarz Andrzej Sitek (d. Hutnik” Kraków). Austrię wybrali: Leszek Uniwersał (d. „Wawel” Kraków) i bochnianin Władysław Filipek (d. „Metal” Tarnów). Nie podjęło treningów kilku innych zawodników. Drużynę opuścił świetny fachowiec, trener Jan Tyrka, b. zawodnik i szkoleniowiec krakowskiego „Hutnika”. Niedługo potem, w połowie kolejnej rundy rozgrywek, również i ja podjąłem decyzję o rezygnacji z dalszej gry w piłkę nożną.


Nie zamierzałem już wracać do czynnego uprawiania sportu, ale życie płata różne niespodzianki… Pod koniec 1981 roku odwiedzili mnie działacze niewielkiego klubu „Jadowniczanka” Jadowniki z propozycją podjęcia gry w ich zespole. Przekonali mnie zaproponowanymi warunkami i to wcale nie finansowymi. Ich efektem była wydatna i fachowa pomoc przy budowie powstającego właśnie mojego zakładu usługowego. Można teraz śmiało powiedzieć, że w ten sposób udało mi się połączyć przyjemne z pożytecznym! W krótkich odstępach czasu drużynę tę wzmocniło jeszcze czterech zawodników BKS-u: W. Filipek, R. Dziedzic, A. Kumor oraz bramkarz J. Międzik. Wtedy w Jadownikach tworzył się zespół, o którym niedługo potem usłyszała cała piłkarska Polska. Przyczyniła się do tego świetna postawa piłkarzy „Jadowniczanki” w rozgrywkach o Puchar Polski. Niestety, nie było to już moim udziałem, bowiem jeszcze w początkowej fazie tych rozgrywek odniosłem poważną kontuzję kolana, która zakończyła moje wyczynowe kopanie piłeczki. Prawdziwy pech, bo właśnie wtedy, po pokonaniu przez drużynę z Jadownik kilku zespołów z trzeciej i drugiej ligi, na ich stadion w 1/16 Pucharu zawitał ówczesny piłkarski gigant, łódzki „Widzew” z połową reprezentantów Polski w składzie! Zgodnie z przewidywaniami, w tym meczu niespodzianki nie było, a po trzech trafieniach Dariusza Dziekanowskiego w ciągu pierwszych dziewięciu minut meczu zanosiło się na wysoki, dwucyfrowy wynik. Na szczęście do tego nie doszło i mecz zakończył się wynikiem „tylko” 7:1 dla łodzian, a honorową bramkę dla gospodarzy zdobył rezerwowy Andrzej Wołek. Ten historyczny mecz na niewielkim stadionie oglądało – wg. różnych źródeł – ok. 12-13 tys. widzów!!!


Dopiero po kilku latach udało mi się na tyle usprawnić kontuzjowane kolano, że mogłem, chociaż już tylko jako oldboy, uczestniczyć w różnego rodzaju rozgrywkach. Tych z awansem do małopolskiej pierwszej ligi oldbojów, jak i różnych turniejach oraz meczach charytatywnych i pokazowych. organizowanych przez niestrudzonego w takich działaniach Antoniego „Tosia” Noszkowskiego, mojego kolegę z hutniczej drużyny futbolowej. Przez blisko trzydzieści lat, aż do 2018 roku, wraz z zespołem „BKS Stalprodukt Oldboys” czynnie uczestniczyłem w niezliczonej ilości zawodów sportowych, w tym również w Słowacji. Tam, dzięki operatywności pp. Wiesława Biernata i Antoniego Noszkowskiego z początkiem lat dziewięćdziesiątych zostały nawiązane międzynarodowe kontakty z klubem sportowym „Jednota” Keżmarok i trwają one do dnia dzisiejszego.

Piłkarski zespół „BKS Stalprodukt Oldboys” w większości składał się z aktualnych i byłych już pracowników tego największego bocheńskiego zakładu. Dlatego też przez wiele lat, dzięki przychylności kierownictwa zakładu i staraniom nieodżałowanej pamięci Antoniego Noszkowskiego mógł liczyć na pomoc finansową „Stalproduktu”. Umożliwiało to kontynuację naszej działalności sportowej, a tym samym pozwalało przeżywać wiele emocji związanych z piłkarską rywalizacją, choćby z takimi drużynami jak oldboje „Wisły” Kraków, „GKS” Katowice, „Garbarni” Kraków, „Wisłoki” Dębica, czy też „Orłów Górskiego”.

O swojej wieloletniej, społecznikowskiej pracy na rzecz Klubu w charakterze działacza sportowego pisałem już w moim blogu przy okazji różnego rodzaju wydarzeń i uroczystości rocznicowych Bocheńskiego Klubu Sportowego. Pracy czasami ciężkiej i nie zawsze przynoszącej spodziewane efekty, wymagającej wielu wyrzeczeń. Wykonywanej często kosztem zaniedbywanego, prywatnego życia rodzinnego i różnych problemów z tym związanych. Za to, tak „na osłodę”, docenionej odznaczeniami Polskiego Związku Piłki Nożnej oraz Małopolskiego ZPN pod postacią honorowych złotych, srebrnych i brązowych odznak. Dla mnie osobiście, praca ta była jednak przede wszystkim formą spłaty długu wdzięczności wobec mojego Klubu, za lata niezapomnianych przeżyć sportowych i wspaniałą szkołę życia. (jzawada)
