Kolejny już raz, bez względu na trwający jeszcze sezon piłkarski, do Bocheńskiego Klubu Sportowego powraca szara rzeczywistość, potwierdzającą znaną heglowską teorię, że ( w dowolnym tłumaczeniu) „historia uczy tego, że ludzie nic się z niej nie nauczyli”… Dziesięć ostatnich lat funkcjonowania Klubu to powtarzająca się huśtawka wzlotów i upadków sportowo-organizacyjnych. Nerwowa i krótkowzroczna, z jednej strony podszyta strachem i niepewnością finansowego jutra, z innej, często wypełniona niezdrowymi i bez pokrycia ambicjami działaczy i klubowych władz. Ekip nastawionych na doraźny, choćby chwilowy sukces sportowy, ale tylko drużyny seniorów. Działających wg. prostego schematu – naściągać obcych, „gotowych” zawodników i zapowiadać walkę o awans. Regularnie też kończy się to w podobny sposób – po chwilowym sukcesie (wtedy awans do III-ligi), potem wszystko wraca do normy: – walka o utrzymanie, spadek, odejście zawodników. Następnie „zmiana warty”, czyli wybory nowych władz, buńczuczne plany i zapowiedzi, kolejny napływ obcych zawodników, tym razem pod postacią egzotycznej armii zaciężnej, potem systematyczny zjazd w tabeli po równi pochyłej, zakończony niewypłacalnością i pustkami w kasie, planowym exodusem pozyskanych „gwiazd” oraz rejteradą znaczącej części klubowych władz. Te cztery lata (2017-2021) radosnej twórczości ówczesnego kierownictwa Klubu (chyba nie muszę przypominać składu Zarządu Klubu i tego , kto był prezesem), to odwleczona w czasie, bo na ten rok i sprezentowana już nowemu prezesowi BKS-u degradacja zespołu seniorów do piątej ligi. Jakby komuś było mało tych „osiągnięć”, to także spadek obydwu drużyn juniorów z ligi juniorów starszych i młodszych. Dodatkowo, do tegorocznych rozgrywek nie zgłoszono zespołu juniorów młodszych z powodu braków kadrowych, czyli przekładając „na nasze”, nie uzbierano nawet jedenastu zawodników. Przyczyną tego jest coraz mniejszy dopływ do Klubu ich młodszych kolegów, czyli trampkarzy. Przyszłościowo, z pewnością nie wygląda to zbyt optymistycznie, tym bardziej że w Klubie w dalszym ciągu pozostała część osób funkcyjnych z poprzedniego składu, współodpowiedzialnych za wyniki Klubu. Chyba, że wówczas byli oni ubezwłasnowolnieni w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji – a to przepraszam…

Ale odłóżmy na bok złośliwości… Wbrew pozorom, piąta liga w obecnym kształcie wcale nie musi być – i z pewnością nie będzie – tylko chwilowym miejscem pobytu dla BKS-u, zakończonym szybkim powrotem do czwartoligowego grona. Tutaj się można zadomowić na trochę dłużej niż jeden sezon i z takim scenariuszem też trzeba się liczyć! Ciekawi mnie, czy w tej nowej rzeczywistości nastąpi jakaś znacząca rewizja poglądów kierownictwa Klubu na dalszą działalność, czy wszystko znów potoczy się w starym stylu i zakończy w łatwy do przewidzenia sposób? Czy działaczy będzie stać na jakieś odważne posunięcie, które pozwoli przywrócić to, co jest podstawą bytu każdego klubu piłkarskiego, czyli szkolenie młodzieży już od poziomu trampkarzy? Od wielu lat powtarzam i będę to robił do znudzenia, bo tylko poprzez zachowanie ciągłości szkolenia, zaczynając od piłkarskiego narybku, w jednym i tym samym środowisku można wychować w przyszłości zawodników, dla których przywiązanie do barw klubowych będzie czymś ważnym i naturalnym. Zdaję sobie sprawę z tego, że w trwającym już od bardzo dawna bocheńskim, sportowym piekiełku, w jego obecnym kształcie nie ma żadnych szans na jakąkolwiek współpracę między tutejszymi podmiotami prowadzącymi szkółki i tzw. akademie piłkarskie. Taki stan rzeczy jest w głównej mierze przyczyną późniejszych klubowych niedoborów kadrowych już na poziomie juniorskim, ponieważ co bardziej utalentowani adepci piłkarskich szkółek są wywożeni przez rodziców, lub oferowani przez prywatnych właścicieli tych szkółek do krakowskich (i nie tylko) klubów ligowych. W większości przypadków tracą na tym dzieci, bo przerośnięte ambicje rodziców dość często nie współgrają z umiejętnościami ich pociech, lub oczekiwaniami trenerów w tych klubach. Niestety, szanse na zaistnienie dostają tylko nieliczni, zaś pozostali muszą pokrótce opuścić owe kluby, w stresie i rozczarowaniu. Nie słyszałem też, aby swoją piłkarską przyszłość chcieli łączyć z BKS-em… Przy okazji – wcale nie próbuję zwalać winy za takie postępowanie na prywatnych właścicieli szkółek – oni nie prowadzą przecież działalności filantropijnej. Inwestują, więc chcą zarabiać…

Zdecydowanie inaczej przedstawia się sprawa szkolenia trampkarzy pod szyldem MOSiR-u. Pisałem już o tym nieraz i będę pisał aż do skutku, że nie ma i nie powinno być zgody na to, by za nasze, podatników pieniądze szkolono tam bocheńskie dzieci dla obcych klubów i handlowano nimi. Ponieważ pamięć ludzka jest zawodna, pozwolę sobie przypomnieć pewne fakty i ustalenia. Cofnijmy się do lat dziewięćdziesiątych… W pierwszym okresie po transformacji ustrojowej, z uwagi na bardzo trudną sytuację finansową bocheńskiego Klubu pozbawionego jakichkolwiek dotacji, Miasto zobowiązało się ponosić koszty szkolenia młodych trampkarzy BKS-u oraz opiekujących się wtedy nimi szkoleniowców. Początkowo odbywało się to poprzez Miejski Ośrodek Sportu działający przy Wydziale Oświaty UM w Bochni, później piłkarską młodzież ulokowano w strukturach Miejskiego Domu Kultury.

Po wielokrotnie opisywanym przeze mnie, oszukańczym uwłaszczeniu się Miasta na majątku BKS-u, w styczniu 1996 roku powstał Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Przejął on finansowanie piłkarskiej młodzieży na dotychczasowych zasadach. Gwarantowało to stały dopływ młodych zawodników kończących wiek trampkarza do klubowego zespołu juniorów. W 1999 roku dyrektorką MOSiR-u została osoba, która zarządza tym Ośrodkiem już 23 lata. Wystarczająco dużo napisałem o wieloletnich, niekończących się wysiłkach pani dyrektor, związanych, delikatnie mówiąc, z utrudnianiem normalnego, czyli statutowego funkcjonowania Bocheńskiego Klubu Sportowego. Teraz skupię się tylko na działaniach związanych z szkoleniem trampkarzy, mających rzekomo zasilać szeregi lokalnego Klubu. Otóż, od blisko dziesięciu już lat trenerzy młodzieży zatrudnieni u szanownej pani dyrektor, wypracowują w MOSiRze nowatorski system szkolenia trampkarzy dla Bocheńskiego Klubu Sportowego. Polega on mniej więcej na tym, żeby systematycznie, z roku na rok, zmniejszać ilość młodych zawodników, którzy mogliby zasilić BKS! Żmudna, kilkuletnia praca solidnie wykształconej kadry trenerskiej – nieważne(?), że kiedyś czołowych zawodników naszego Klubu – przyniosła długo oczekiwany efekt. Udało się! W ostatnim okresie do BKS-u nie dołączył ani jeden z wielu zawodników, kończących w MOSiRze trampkarskie szkolenie… Brawo, panowie. Gratuluję sukcesu…

Dlaczego tak się dzieje, że w dalszym ciągu kolejne władze Bocheńskiego Klubu Sportowego, same i z własnej woli, podcinają gałąź na której siedzą? Odpowiedź jest stosunkowo prosta – z wygodnictwa, podpierając się stale tą samą śpiewką – „po co drażnić panią dyrektor!” Powstaje więc pytanie, czy kolejny raz Zarząd BKS-u (w ramach „niedrażnienia”) będzie wyczekiwał na jakieś trampkarskie resztówki, których MOSiR-owi nie udało się przehandlować, czy wreszcie podejmie jakąś wiążącą decyzję? Np. o samodzielnym szkoleniu piłkarskiego zaplecza dla tego Klubu? Czy wciąż myślą, że ktoś to za nich zrobi? I tutaj należy przypomnieć bardzo ważną rzecz – żaden z poprzednich burmistrzów (pp.Wojciechowski, Cholewa, Kosturkiewicz) nie pozwalał sobie na to, by ktokolwiek, bez ich wiedzy i zezwolenia przejmował ich kompetencje i lekceważył obowiązujące ustalenia! Niestety, nie należy do tego grona burmistrz trzeciej już kadencji, który scedował na dyrektorkę MOSiR-u uprawnienia dotyczące podejmowania wszelkich decyzji związanych z bocheńskim sportem i jest to wykorzystywane w bezwzględny i bezkarny sposób! Efekty tych działań od lat konsekwentnie uderzają w podstawowe interesy Klubu – przypomnę choćby sztandarowe osiągnięcie tego duetu, czyli nieodwracalną dewastację jedynego w Bochni boiska piłkarskiego. (jzawada)
Pytanie, co dalej z bocheńską piłką w tym jubileuszowym czasie pozostaje wciąż bez odpowiedzi… Przed działaczami i piłkarzami stoją mocne wyzwania i wcale nie chodzi w tym wypadku o imprezy i uroczystości rocznicowe. Na prezenty i świętowanie trzeba sobie solidnie zapracować…
