BKS – nic nie jest dane na zawsze… cz.2

Niezdrowe reakcje niektórych osób na artykuł „BKS – nic nie jest dane na zawsze”, który niedawno ukazał się w moim blogu świadczą o całkowitym braku zrozumienia kontekstu tego, o czym i w jakim celu w ogóle piszę. Nie robię tego, by sprawiać uciechę ludziom zawistnym i złośliwym, źle życzącym Klubowi. Mojemu Klubowi przecież! Jako były zawodnik tego Klubu i wieloletni jego społeczny działacz, chcę uświadomić obecnym i przyszłym zarządcom BKS-u ciążącą na Nich odpowiedzialność za słowa i czyny oraz za mądre gospodarowanie społecznym i sponsorskim groszem! (jz)

Ekipa, która w 2017 roku przejęła zarządzanie Bocheńskim Klubem Sportowym, być może i miała dobre chęci, ale zrobiła to w najgorszym z możliwych stylu TKM (Teraz K***a My), nie biorąc w ogóle pod uwagę jakiejkolwiek współpracy z ludźmi związanymi dotychczas z Klubem, no może poza jedną osobą, deklarującą współpracę… z każdym Zarządem. Już na Walnym Zebraniu Sprawozdawczo-Wyborczym wykazała się świetnym przygotowaniem ilościowym i taktycznym, z rozpisanymi rolami. Zebranie zaczęło się od wysłuchania sprawozdania z działalności finansowej i sportowej Klubu. Podsumowania dokonał ustępujący Prezes Zarządu BKS-u, Marcin Krokosz, były piłkarz Klubu. Przypomniał całkiem nieodległe czasy, kiedy parę lat wcześniej, po kilku zebraniach członków Klubu nie było żadnych chętnych do objęcia tego stanowiska, ba, nie było chętnych do kandydowania do Zarządu! I tu należy się wyjaśnienie, co było tego powodem… Otóż, wtedy właśnie decyzją ówczesnego (czyli obecnego) burmistrza oraz skarbniczki Miasta uznano, że otrzymane w poprzedniej kadencji i od poprzedniego burmistrza miejskie dotacje na funkcjonowanie Klubu zostały wydatkowane niezgodnie z przepisami. Na paradoks zakrawa fakt, iż pieniądze te Klubowi, nie mając większych oporów, rozliczała wtedy… ta sama skarbniczka miejska!

Miasto wystawiło ledwo wiążącemu przysłowiowy koniec z końcem Klubowi rachunek zwrotny, opiewający na potężną kwotę ponad 440 tysięcy złotych, równocześnie ograniczając do minimum wszelkie dotacje. Dalsze funkcjonowanie Klubu stanęło pod dużym znakiem zapytania. Pomocną dłoń w tych ciężkich dla Klubu czasach podało Starostwo Powiatowe, które korzystając z posiadanych uprawnień objęło Klub nadzorem kuratorskim w osobie Jarosława Marca, ówczesnego przewodniczącego Rady Powiatu. Działania te pozwoliły na zachowanie ciągłości funkcjonowania Klubu i związane z tym wszelkie działania naprawcze. Miały one za zadanie m.in. w ściśle określonym przepisami czasie, bodajże sześciu miesięcy, doprowadzić do powstania nowego Zarządu Klubu, gotowego wziąć na swoje barki spłatę długów. Brak chętnych do podjęcia się tej roli oznaczał definitywne i nieodwracalne zakończenie działalności Bocheńskiego Klubu Sportowego. Dosłownie w ostatniej chwili tego niełatwego zadania podjęło się kilka osób, właśnie Marcin Krokosz, a także jego dawni koledzy z boiska, również wychowankowie Klubu, Marcin Leśniak, Marek Pączek i Marcin Imiołek. W tym pierwszym, najcięższym okresie, pomoc zaoferował także, wtedy już były kurator J. Marzec, który do współpracy namówił również jednego ze swoich kolegów, przez pewien czas wspomagającego finansowo sekcję piłkarską Klubu, za co obu Panom należą się olbrzymie podziękowania!

Wówczas, z początkiem 2012 roku, dług Klubu względem Miasta wynosił dokładnie 442 003 004 złotych, zaś na koniec 2016 roku, w momencie ustępowania ze stanowiska kwota zaległości została znacznie zmniejszona do 122 465 004 złotych, przy jednoczesnym, pierwszym od początku kadencji dodatnim bilansie finansowym wynoszącym ponad 9 tysięcy złotych. Również od strony sportowej nie było się czego wstydzić, wręcz przeciwnie! Świetnie prowadzeni przez grającego trenera Sławka Zubela piłkarze BKS-u po raz drugi w historii Klubu awansowali do III ligi i choć po dwóch sezonach zaliczyli spadek do niższej ligi, to już po roku odbudowany zespół piłkarzy potrafił wywalczyć pierwsze miejsce w swojej grupie i znów zagrać w barażach o III ligę. Był to niewątpliwie znaczący sukces sportowy zarówno piłkarzy jak i kierownictwa Klubu, nawet pomimo tego, iż w meczu barażowym musieli uznać wyższość zespołu „Hutnika” z Trzebini-Sierszy. Może i dobrze, że tak się stało, bo w ocenie wielu kibiców BKS-u, Klubu nie było stać ani finansowo, ani kadrowo na grę w trzeciej lidze. Nie gorzej spisywali się juniorzy starsi, których od awansu do Małopolskiej Ligi Juniorów dzielił już tylko jeden mecz barażowy. Wygrali go w cztery dni po ukonstytuowaniu się nowego Zarządu BKS-u, który zasługi przypisał…swoim działaniom!

Tymczasem powróćmy do Klubu na wyborcze zebranie anno domini 2017. Prowadził je w sposób mało profesjonalny, momentami nawet dyletancki, eliminujący jakąkolwiek merytoryczną dyskusję, były dwukrotny burmistrz, także były prezes Klubu. Przyjął zgłoszone same „słuszne” kandydatury, które po chwili „zaklepano” jednogłośnie i odtrąbiono zwycięstwo. Znów triumfalistycznie i w świetnie opanowanym stylu „na gotowo”… Ale wielkomocarstwowe  plany, o których mówiono już w powyborczych wywiadach do lokalnej prasy, zarówno te z gatunku urbanistycznych, jak i te sportowe okazały się w efekcie zwykłą wydmuszką. Przypomnijmy więc hasła, z którymi wystartowali: – trochę enigmatyczna „poprawa wizerunku Klubu”, dalej „wprowadzenie Klubu na wyższy poziom sportowy” (czytaj: do trzeciej ligi), „gotowa kadra trenerska”, „gotowy plan szkolenia dzieci i młodzieży, który gwarantuje odpowiedni poziom i – uwaga! – produkcję(sic!) dobrych piłkarzy”. Sztandarowym zaś hasłem była „budowa kompleksu sportowo-rekreacyjnego”, w tym priorytetowo, stadionu piłkarskiego. Całość miałaby się znajdować na terenach sąsiadujących z dawnym boiskiem nieistniejącego już klubu „Strażak” w Chodenicach n/Rabą, kilka kilometrów od centrum miasta. Epatowano sportową część opinii publicznej gotowym ponoć projektem architektoniczno-budowlanym i jakimiś wstępnymi uzgodnieniami, czy też obiecankami ze strony burmistrza Bochni. Zabrano się więc „ostro” do roboty – na należących do miasta chodenickich łąkach-nieużytkach wyznaczono palikami plac pod boisko… i to by było na tyle! – jak mawiał pewien klasyk…

Listopad 2021 – „prawie stadion” w Chodenicach…

Minęło kilka lat i oto jak wgląda ta potężna inwestycja! Choć powiem szczerze, osobiście wcale mi to nie przeszkadza, bo lubię obcować z przyrodą… Ale w tle tej historii rodzą się dwa podstawowe pytania: – komu i dlaczego tak bardzo zależało/zależy na wyprowadzeniu piłki i klubu z miasta? Deweloperom?  Bo na pewno nie bocheńskim kibicom! Nikomu zaś chyba nie muszę tłumaczyć ile jest warta działka przy Parkowej, będąca od wielu lat już tylko żałosnym substytutem boiska piłkarskiego!

Ale o tym czy były takie zakusy i innych efektach pracy dotyczącej „dźwignięcia” Klubu na wyższy poziom wizerunkowy i sportowy już wkrótce, w kolejnym odcinku… (jzawada)

Ten wpis został opublikowany w kategorii BKS Oldboys. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz