BKS – pamiętajmy o Nich…

Nie sposób wymienić wszystkich tych, którzy przez lata współtworzyli historię Klubu. W większości ludzi, których nie ma już wśród nas, ale pamięć o Nich powinna trwać w świadomości młodszych pokoleń. To Oni, w zdecydowanej większości całkiem bezinteresownie, oddali Klubowi i Bochni umiejętności i wiele lat swojego życia.

Lwią część moich sportowych wspomnień poświęciłem b. zawodnikom Bocheńskiego Klubu Sportowego, czyli głównym aktorom sportowych wydarzeń, na których skupiała się uwaga społeczności naszego Miasta. Jednak niewybaczalnym grzechem zaniechania byłoby pominięcie, zwłaszcza w roku Jubileuszu 100-lecia Klubu, działalności ludzi tzw. drugiego frontu, odpowiedzialnych praktycznie za codzienne funkcjonowanie Klubu. Ludzi wspaniałych i nadzwyczaj pracowitych, którym należy się nasza pamięć i szacunek. To m.in. kierownicy biura Klubu, kierownicy drużyn, pracownicy gospodarczy, odpowiedzialni za sprzęt i obiekty sportowe. Ci, których znałem osobiście jako zawodnik, czy też później jako działacz klubowy.

1962r. Opiekunowie młodych piłkarzy, od prawej stoją Józef Rudnik, Stanisław Mastaj, Marian Biernat. (Poniżej drugi od prawej wyleguje się niżej podpisany).

Z najmłodszych lat pamiętam działacza sportowego, p. Józefa Rudnika, który wraz z pp. Marianem Biernatem i Stanisławem Mastajem opiekowali się grupami piłkarskiego „narybku” na letnich obozach trampkarskich. Pana Emila Regułę, b. zawodnika i działacza, zawsze pomocnego i służącego radą, po ojcowsku traktującego klubową młodzież. Kierowników klubowego biura – p. Mariana Piotrowicza, dobrego i ciepłego człowieka, dla którego nie było spraw „nie do załatwienia”. Zawsze pogodnego i uśmiechniętego p. Aleksandra Koniecznego, kierującego również klubową świetlicą, otwartą i działającą do późnych godzin wieczornych (tenis stołowy, bilard, sekcja brydżowa), pełną sportowej młodzieży i sympatyków Klubu.

1975r. Na pierwszym planie, trzeci z lewej Marian Foszcz z zespołem BKS-u…

Kierownicy drużyny – tutaj zawsze będę pamiętał tego pierwszego! Był nim nieodżałowanej pamięci p. Marian Foszcz, bezgranicznie oddany zawodnikom i Klubowi. Wieloletni opiekun pierwszego zespołu BKS-u, prawdziwy człowiek-instytucja. Kolejny kierownik to p. Jan Cepak. Nadzwyczaj pracowity i zarazem skromny. Wierny sportowym pasjom do swoich ostatnich dni. Następnym był p. Władysław Wójcik, były piłkarz, doskonale znający zarówno obowiązki kierownika drużyny jak i potrzeby podopiecznych. I wreszcie kpt. Wacław Ruchniak, żołnierz zawodowy. Sumienny i wymagający, pedantycznie dbający o poszanowanie piłkarskiego wyposażenia przez zawodników. Do historii przeszły „latające buty” – to często wyrzucane z magazynu przez okno brudne obuwie piłkarskie trzymane w szafkach przez zawodników!

Niezwykle ważnymi osobami w Klubie były te, którym powierzono pieczę nad sprzętem sportowym w klubowym magazynie, oraz utrzymujący w odpowiednim stanie obiekt piłkarski. Charyzmatyczny, nie spoufalający się w klubie z nikim p. Władysław Kozub, którego pamiętam jeszcze z Klubu mieszczącego się w kopalnianych obiektach przy szybie „Sutoris”… Niestrudzony naprawiacz wszelakiego sprzętu piłkarskiego, rozlatujących się butów i piłek, jakże innych od dzisiejszych produktów. Niezastąpiony w czasach biedy i permanentnego braku środków na zakup obuwia piłkarskiego i skórzanych piłek. Zawsze będę miał w pamięci popularne „kolarki”, przerabiane na piłkarskie buty przez p. Władysława, z „korkami” wycinanymi z kawałków skóry i przybijanymi gwoździkami do spodów kolarskiego obuwia. A że z czasem przebijały one podeszwę i raniły stopę? Kto by wtedy zwracał uwagę na takie drobiazgi… Później sprzęt wydawały już tylko kobiety… Panie Anna Zajt, a później Janina Kurek. Pracowicie łatające dziurawe skarpety, potargane koszulki i spodenki, uszkodzone getry, zwane wówczas sztucami. Niezastąpionym, tzw. gospodarzem boiska był p. Ryszard Gajek, dodatkowo wykonujący w fachowy sposób wszelkie roboty ślusarskie i mechaniczne, spawanie, naprawy sprzętu elektrycznego i ciężko pracujących przy pielęgnacji murawy kosiarek. Te wszystkie opisane osoby i sytuacje pamiętam z czasów czynnego uprawiania sportu w bocheńskim Klubie.

Ps. Z początkiem lat dziewięćdziesiątych na skutek transformacji ustrojowej do Klubu zajrzała prawdziwa bieda. Ratowaniem upadającego Klubu zajęła się kilkunastoosobowa grupka zapaleńców, wśród których byli m.in. Tadeusz Cichoń, Józef Szkolik, Kazimierz Barnaś, Antoni Noszkowski, Anna i Jan Słoninowie, Kazimierz Wójcik, Andrzej Legutek, Andrzej Kmak, Jan Fasuga, Stanisław Waśniowski, Aleksander Marszałek oraz niżej podpisany. W ciągu czterech lat wykonaliśmy olbrzymią pracę i wyprowadzili Klub na przysłowiową prostą, bez długów i zobowiązań, uwieńczoną powrotem piłkarzy do czwartej ligi. Kolejne, regulaminowe wybory wyłoniły już jednak nowy Zarząd Klubu. Zarządzaniem zajęła się ekipa „orłów” przedsiębiorczości i nieudaczników – z litości przemilczę nazwiska – którzy w przeciągu niespełna dwóch lat zniweczyli to, co z takim mozołem stworzyliśmy w poprzedniej kadencji. Majątek Klubu w niejasnych do końca okolicznościach został przekazany pod zarząd Miasta, które do dziś nie wywiązało się z umów, o czym już wielokrotnie pisałem w swoim blogu. Stuletni Klub został sprowadzony do roli żebraka, z którym nikt się nie liczy i nikt go nie szanuje. Na klubowym obiekcie od lat „pasie” się MOSiR. Niestety, kolejni prezesi i działacze BKS-u dość szybko przyzwyczaili się do takiego „dziadowania”, dowodem czego był m.in. brak reakcji na zamknięcie na kilka lat głównego wejście na stadion (dla kibiców dostępna była tylko mała furtka od ulicy Parkowej). Nikomu z Klubu to nie przeszkadzało??? Wstyd… (jzawada)

Ten wpis został opublikowany w kategorii BKS Oldboys. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz