Ostatnią z przedstawianych formacji zespołów piłkarskich naszego Klubu z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku są napastnicy. W opisywanym przeze mnie okresie Bocheński Klub Sportowy reprezentowała dość liczna grupa utalentowanych zawodników, w zdecydowanej większości wychowanków Klubu.

Jak powszechnie wiadomo, głównym zadaniem napastników było (i jest) zdobywanie bramek, więc do tej formacji dobierano zawodników posiadających odpowiednie walory piłkarskie, które upoważniały ich do gry najbliżej bramki przeciwnika. Tak więc dwójka skrzydłowych, oprócz techniki i szybkości, musiała również posiadać umiejętności dryblingu, zaś środkowy napastnik przeważnie przyzwoite warunki fizyczne i dobrą grę głową. Ówczesny sposób gry napastników, bez względu na zajmowaną pozycję, charakteryzował się bardzo dużym indywidualizmem poszczególnych zawodników, którzy często i za wszelką cenę chcieli swoje akcje finalizować samodzielnie, nie bacząc na lepiej ustawionych partnerów. Przypominało to trochę powrót do historycznych początków futbolu i „systemu” 1-0-0-10, gdzie każdy z dziesięciu zawodników w polu czuł się „właścicielem” piłki i pędził z nią sam w stronę bramki przeciwnika.

Bocheński zespół posiadał wtedy takich wspaniałych dryblerów jak Józef Ślizowski i Rudolf Skipioł, którzy dysponując wszystkimi potrzebnymi umiejętnościami, czasami w nadmiarze korzystali z zamiłowania do samego „wkręcania w glebę” obrońców przeciwnika. W efekcie, zwlekając z oddaniem strzału, zmęczeni samym „kiwaniem” dość często tracili piłkę, zaś w kolejnej akcji… zaczynali zabawę od początku…
Oczywiście, zdobywali również wiele bramek, a grając w tak widowiskowy sposób, byli ulubieńcami publiczności. Starsi kibice w anegdotach opowiadali, że niejednokrotnie, któryś z Nich po wymanewrowaniu całej obrony dopóty nie uderzał na bramkę, dopóki nie ograł jeszcze bramkarza…

Skrzydłowymi byli również: nieustępliwy, twardo grający Kazimierz Samoder, dobry technicznie i bardzo szybki Stanisław Broszkiewicz, zaś w późniejszym okresie, posiadający podobne parametry umiejętności oraz wrodzonej szybkości Ryszard Reguła i Ryszard Migda.
Środkowi napastnicy, wśród których do wyróżniających się zawodników należał niezbyt wysoki jak na tę pozycję, za to z niesamowitym wyczuciem miejsca i sytuacji strzeleckich, bramkostrzelny Henryk Widełka, byli wspierani w akcjach ofensywnych przez świetnie wyszkolonych pod każdym względem łączników, takich jak Jan Mastaj i Tadeusz Ropek oraz pomocników, Stefana Lipinę i Eryka Piesiura. Ich późniejszymi następcami w ataku byli zawodnicy, z którymi przez pewien czas miałem satysfakcję grać w jednej drużynie. Byli to Włodzimierz Reguła, bardzo szybki i skoczny zawodnik, Janusz Nowak, silny, ambitnie i ostro grający napastnik oraz Jerzy Nosek, posiadający potężne uderzenie z prawej nogi, kapitalnie grający głową

Jednak największe wrażenie w tamtym czasie zrobił na mnie (i chyba nie tylko!) Andrzej Dyl, zawodnik III-ligowej wówczas „Korony” Kraków, odbywający zasadniczą służbę wojskową w bocheńskiej jednostce. Posiadał on wszystkie walory cechujące dobrego, środkowego napastnika i potrafił je świetnie wykorzystywać na boisku, będąc przez dwa sezony najskuteczniejszym strzelcem bocheńskiego zespołu. Ponieważ BKS przez kilka lat miał możliwość pozyskiwania żołnierzy-sportowców powołanych do służby wojskowej w naszym mieście, dlatego też w zespole pojawiło się w tym czasie kilku całkiem niezłych zawodników (m.in. Guczalski, Książek), wzmacniając tym samym konkurencję i poziom sportowy drużyny. (jzawada)
Ps. O kolejnym, ale w innym już czasie, mariażu sportowym naszego Klubu z bocheńską Jednostką Wojskową, już niedługo… (jz)
