Być może kogoś rozczaruję 🙂 nie pisząc hymnów pochwalnych pod adresem MOSiR-u i jego kierownictwa – zostawiam to „obiektywnym” lokalnym mediom, a w szczególności pewnemu redaktorowi „Gazety Krakowskiej” o nazwisku zupełnie przypadkowo zbieżnym z nazwiskiem jednego z mosirowskich trenerów. Skupię się wyłącznie na tym, jak wyglądała „współpraca” Ośrodka z Bocheńskim Klubem Sportowym na przestrzeni ostatnich pięciu lat, czyli od wyborów obecnych władz samorządowych.
W latach rządów poprzednich burmistrzów Bochni, BKS posiadał pewne prawa i przywileje. Prawo posiadania i użytkowania pomieszczeń w administrowanym przez MOSiR dawnym budynku klubowym oraz prawo do korzystania z boisk i urządzeń sportowych zgodnie z zapotrzebowaniem sekcji p.n. Klubu. Klub mógł organizować różnego rodzaju imprezy i mecze okolicznościowe służące popularyzacji tej dyscypliny sportu, jak również rekreacyjnej formy uprawiania sportu, np. przez bardziej zaawansowanych wiekowo, byłych zawodników bocheńskiego Klubu. Obecny burmistrz oddał całą, decyzyjną w sprawach sportu, władzę w ręce dyrektorki Ośrodka, która wykorzystała to we właściwy sobie sposób. Zlikwidowała jedyne pomieszczenie w budynku przy Parkowej użytkowane przez BKS, choć, chyba dla „zmylenia przeciwnika” na ścianie budynku w dalszym ciągu figurowała tabliczka z nazwą Klubu. Przestały obowiązywać dotychczasowe zasady korzystania z miejskich obiektów sportowych przez drużyny piłkarskie Klubu. Nie licząc się z potrzebami sekcji, wprowadzono limity czasowe, oraz wg. własnego „widzi mi się”zezwalano – lub nie – na korzystanie z boisk piłkarskich, ograniczając tym samym ilość jednostek treningowych niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania tejże sekcji. Na nic zdały się protesty szkoleniowców – w ich pracę zaczął ingerować fachowiec od judo, przy pomocy tzw. gospodarza obiektu. Pozwalano sobie na bezprzykładne poniżanie zawodników, np. kiedy trening pierwszej drużyny seniorów mógł odbywać się tylko na jednej połówce boiska w Chodenicach w asyście biegających psów, bo pozostała część boiska była wydzierżawiona przez dyrektorkę MOSiR-u szkole tresury psów!!!
Z jednej strony brak właściwej i zdecydowanej reakcji Zarządu (jednoosobowego zresztą!) Klubu, z drugiej zaś całkowite poparcie i akceptacja wszelkich działań dyrektorki MOSiR-u przez władze miasta, utwierdzały (i utwierdzają???) dyrektorkę w tym, że wolno jej robić, co tylko zechce. Wielokrotnie pisałem na ten temat na blogu, więc nie chcę się powtarzać… Przypomnę tylko mocno bulwersującą (podobno umorzoną w prokuraturze, m.in. ze względu na anonimowe zawiadomienie) historię prowadzenia, przez ponad dwa lata, niezgodnej z prawem – i to pod wieloma względami! – działalności gospodarczej w stowarzyszeniu o „chytrej”, nazwie „TS MOSiR” Bochnia, a „przy okazji” nieodpłatnego korzystania z administrowanych przez MOSiR miejskich obiektów.
Kolejnym, (ale czy ostatnim?) dowodem samowoli i nie liczenia się z nikim dyrektorki MOSiR-u jest ciągle nierozliczona historia kosztownej dewastacji jedynego boiska piłkarskiego w Bochni, za sprawą bezmyślnego i niekonsultowanego z nikim tzw. remontu bieżni lekkoatletycznej. Czy komuś choć włos z głowy spadnie za to marnotrawstwo? Obawiam się,że nie… przynajmniej przy tym burmistrzu…
W przerwie ostatniej przed wakacjami sesji RM, zapytałem jednego z prominentnych radnych naszego miasta, czy wobec winnych zniszczenia boiska będą wyciągnięte jakieś konsekwencje karne, lub chociażby służbowe? Ten, z lekceważącym uśmiechem, odpowiedział:-”Jakie i za co? Przecież inwestycja została wykonana… prócz tego, to były pieniądze „pozyskane”!!!”
W pierwszej chwili mnie zatkało – nieważne skutki „remontu”, koszty poniesione przez Miasto (z kasy podatnika!) i ewidentna wina określonych osób. Po chwili jednak dotarło do mnie, że wraz z dyrektorką MOSiR-u trzeba by było „pod paragraf” podciągnąć za brak nadzoru jeszcze parę osób, zaczynając od miejskiego inspektora nadzoru budowlanego, poprzez komisję rewizyjną miasta, na burmistrzu kończąc!!! Jaki więc będzie finał tej historii? Wiadomy… Znów ktoś nam, k***a, zaśpiewa: -”Polacy, nic się nie stało!”
Dla przypomnienia, poniżej, dumnie wisząca na boiskowej trybunie tablica z wypisanymi kwotami – „pozyskanymi” i dopłaconymi z kasy miejskiej…
Jak widać, dla niektórych radnych to, że ponad 60% tej kwoty pochodzi z kasy miejskiej nie ma żadnego znaczenia! To przecież nie z ich kieszeni, więc zapewne są to pieniądze „niczyje”… Brawo! Tak trzymać! 🙂 (jzawada)
W następnym odcinku dokończenie podsumowania i refleksje po Walnym Zebraniu BKS-u…
