Sportowe powiązania i kontakty Bocheńskiego Klubu Sportowego i Hutnika Kraków sięgają początków lat siedemdziesiątych ub. wieku. Sekcja piłki nożnej BKS-u przez wiele lat działała w oparciu o pomoc finansową hutniczego zakładu z Bochni, podległego wówczas krakowskiej Hucie im.Lenina, później im.Sendzimira. Często korzystaliśmy z obiektów Hutnika Kraków przygotowując się do rozgrywek, grając sparingi, czy też ćwicząc w okresie zimowych w hali i siłowni.
Nasz zespól wzmacniali zawodnicy i trenerzy z hutniczym rodowodem. Na zdjęciu: pierwszy z prawej trener Jan Tyrka, leżą od prawej Wojtek Laśkiewicz i Andrzej Sitek (wszyscy Hutnik Kraków)
Rok 1999. Po turnieju na Suchych Stawach – i mnie też się coś od życia należy… 🙂
Nasza oldbojowska ekipa utrzymuje te sportowe kontakty nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat, uczestnicząc w rozgrywkach i turniejach organizowanych zarówno w Bochni, jak i w Krakowie. Sparingi z olbojami Hutnika są okazją do fajnej zabawy, spotkań z przyjaciółmi, a także całkiem poważnej, sportowej rywalizacji. Właśnie w ub.piątek, na wspaniałym, pełnowymiarowym boisku ze sztuczną murawą…

…pokonaliśmy zespół oldbojów Hutnika 2:0, podtrzymując zwycięską passę ostatnio rozegranych spotkań. Bramki zdobyli Marcin Imiołek i Daniel Goryczko. Prócz nich grali: Krzysiek Cepak, Staszek Szydłowski, Jurek Noskowicz, Mirek Wilk, Sławek Maślaniec, Jacek Budzyn, Piotrek Turkiewicz, Łukasz Grabarz, Staszek Broszkiewicz oraz gościnnie młody bramkarz BKS-u Damian Szydłowski i niżej podpisany (JZ)
Akurat dzień później, w sobotę, na bocheńskim stadionie odbył się III-ligowy pojedynek BKS-u z Hutnikiem Kraków. Choć sam mecz toczył się w sportowej atmosferze, to już otoczka wokół spotkania, ze sportem miała niewiele wspólnego i stała się okazją do zademonstrowania tego, co w ostatnich latach całkowicie obnaża słabość, a momentami wręcz kuriozalność polskiego prawa administracyjno-karnego. Rozwydrzona hołota, w asyście ochroniarzy i policji jest wprowadzana na obiekty sportowe jako ” zorganizowane grupy kibiców” dezorganizując przy okazji funkcjonowanie połowy miasta. Na szczęście w Bochni skończyło się to „tylko” pobiciem przez kiboli kilku osób, (w tym jednej całkiem przypadkowej,spacerującej po Lasku w „niesłusznej” koszulce), co władze mogą uznać za sukces – przecież mogło się skończyć obcięciem maczetą głowy lub ręki, tak jak niedawno w Krakowie, i śmiercią napadniętego.
Sama organizacja meczu „podwyższonego ryzyka” wykazała, że następuje tu całkowite pomieszanie z poplątaniem – normalny kibic przegrywa pod każdym względem. Kiboli wpuszcza się odgrodzoną przez policję główną bramą, oddając im do dyspozycji praktycznie cały stadion. Zwykłych kibiców upchnięto na niewielkiej trybunce jak w jakimś getcie, duża ich część nie została poinformowana, że nie ma wejścia przez główną bramę i weszła na stadion dopiero w trzydziestej minucie meczu. Towarzyszące spotkaniu wulgarne przyśpiewki zwaśnionych grup kibolskich jakoś dziwnie korelowały z odwołującym się do przestępstwa napisem na stadionowym murze.
Zdjęcie, nieznikającego już od wielu tygodni napisu, dedykuję po raz kolejny administratorce stadionu, oraz władzom miasta, właścicielowi obiektu… (JZ)







