Miasto kontra BKS – "show must go on"

 

Zacznę od przypowiastki o facecie, o którym wszyscy we wsi mówili, że jest zamieszany w sprawę kradzieży roweru. I mało ważne było to, że to nie ON, ale JEMU ukradli ten rower – najważniejsze jest to, że jest „zamieszany” więc  i „winien”. Identyczną „aferę” triumfalnie ogłoszono na wznowionym zebraniu w UM w ubiegły piątek. Wskazano winnych, tych co trzeba nawet z nazwiska – dwudziestu sześciu członków Klubu, w 1995 roku uczestniczących w umówionym z ówczesnym burmistrzem miasta zebraniu, „sprzedało” BKS.

Tak, przyznajemy się do winy, z całą pokorą chcemy nawet poddać się pod osąd prokuratury i sądu, by te orzekły, kto w rzeczywistości był (i w dalszym ciągu jest) zarabiającym na tej „transakcji”. Czy złodziejami są ludzie, którzy działając w dobrej wierze, dali się nabrać na nigdy niespełnioną obietnicę spółki akcyjnej Klub – Miasto, złożoną przez dwóch prominentnych (nazwiska znane) przedstawicieli Magistratu, czy złodziejem jest beneficjent umowy, który w aporcie do mającej powstać spółki otrzymał obciążone  zaledwie siedmiotysięcznym długiem klubowe nieruchomości warte parę milionów  złotych i których nie oddał, mimo nie wywiązania się z umowy!!!

Pomijając już  moralny aspekt tej sprawy – po prostu zostaliśmy wystrychnięci na dudka – a raczej „wydudkani na strychu” – mówiąc dosadniej. Nie znających tej historii odsyłam do tekstu z Kroniki  Bocheńskiej z 1996 roku (przedruk www.bksoldboys.pl Jak uwłaszczano majątek BKS-u).

Wracając do piątkowego spotkania w UM – nikt, ale to nikt, nie może zarzucić klubowym działaczom, że pieniądze otrzymane z kasy miasta zostały wydatkowane na inny, niż klubowa działalność, cel. Sam fakt, że części wydatków (tzw.stypendia) nie da się rozliczyć w świetle obowiązujących od niedawna przepisów, nie powinien być  argumentem służącym do unicestwiania 90-letniego dorobku tego Klubu. Stosowanie się do przepisów wcale nie musi automatycznie wyłączać u dyskutantów pewnej funkcji mózgu odpowiedzialnej za myślenie – i to dotyczy obydwu stron sporu. Przerzucanie się paragrafami w sytuacji gdy powinien być użyty zdrowy rozsadek prowadzący do kompromisu, jest beznadziejnie głupie.

Podważanie wizerunku i wiarygodności  Stalproduktu poprzez szkalowanie i poddawanie w wątpliwość bezdyskusyjnej uczciwości takich ludzi jak współtwórca potęgi tej Firmy, dyrektor finansowy p. Antoni Noszkowski , czy też czołowy manager p. Ireneusz Trojak, musiało skutkować łatwą do przewidzenia reakcją – rezygnacja ze sponsoringu stała się faktem i nie można winić za to tylko p. prezesa Piotra Janeczka.

Z drugiej strony szczerze współczuję p. burmistrzowi  Kolawińskiemu, co rusz nasadzanemu przez swoich podwładnych na „minę”, taką chociażby jak podrzucona Mu kartka z wydatkami na utrzymanie MOSiR-u i obiektów będących własnością miasta. Nieświadomy tego (mam nadzieję) p.burmistrz, zaczął to czytać zebranym jako wydatki poniesione przez Miasto na dopłaty do BKS-u!  Natychmiast spotkało się to z nieprzychylną reakcją i protestami większości uczestników spotkania. Wydaje mi się, że ktoś w Urzędzie powinien za to beknąć…

Podsumowując – kolejne spotkanie bez efektów. Dla mnie skończyło się ono w momencie odczytania przez p. Trojaka komunikatu o rezygnacji sponsora. Czy będą następne – czas pokaże.    (jzawada)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, BKS, Piłka nożna Bochnia i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 Response to Miasto kontra BKS – "show must go on"

  1. Nieznane's awatar Anonim pisze:

    i dalej proszę;

    Polubienie

Dodaj komentarz